kapitan.kirk
16.01.08, 08:53
Nie bardzo znam się na nowoczesnym malarstwie, ale to co tworzyła
p. Rosenstein nawet na takim laiku jak ja robi duże wrażenie. Nie
sposób nie podziwiać jej za umiejętność życia z opisaną, okupacyjną
traumą. Była też niewątpliwie niezłą poetką. Więc skąd ten niesmak?
Ano, młoda Erna była w jakowymś "rewolucyjnym ruchu społecznym".
Walczyła o "postęp, lepszy świat" - czyli o komunizm, bo wszak
nawet "socjalizm nie miał tu dobrej odpowiedzi" ("ta jego
filantropia!"). Skądinąd wiadomo z innych źródeł, że
ów "rewolucyjny ruch", to była po prostu Komunistyczna Parta
Polski, której większość członków "pierwszej" Grupy Krakowskiej
była nawet nie sympatykami, ale aktywnymi członkami. Młodszym
przypomnieć warto, że KPP była organizacją, która zupełnie jawnie
głosiła konieczność likwidacji niepodległości Polski i przyłączenia
jej do ZSRR, przy jednoczesnym oddaniu Śląska i Pomorza Niemcom.
Partia ta była finansowana i kierowana przez NKWD, na rzecz Moskwy
współorganizując nie tylko „postępowe” wystawy i spektakle, ale też
działalność szpiegowską, liczne zamachy bombowe i dywersyjne napady
z bronią w ręku. Zaprawdę, korkociąg się w barku otwiera, kiedy
czytamy: "Patrzyliśmy na Polskę, widzieliśmy niesprawiedliwość,
zacofanie. Z tym walczyliśmy”, po czym opisany jest przejmujący,
rewolucyjny happening teatralny w związku z brutalnym stłumieniem
przez władze demonstracji, w trakcie którego zastrzelono kilkunastu
robotników. Przypomnijmy, że jest to rok 1936: w ZSRR dopiero co
skończył się wieloletni „Hołodomor”, kiedy to Bolszewicy celowo
zamorzyli głodem lub wymordowali ok. 10 mln ludzi, tj. liczbę
bliską 1/3 ludności ówczesnej Polski. W obozach katorżniczej pracy
przebywa stale ok. 700 tys. ludzi; rocznie z głodu, zimna i chorób
ginie ok. 10% z nich, ale stale przybywa co najmniej drugie tyle,
na skutek tych samych sfingowanych śledztw, po których NKWD
rozstrzeliwuje corocznie bez sądu tysiące niewinnych osób. No ale
cóż, „traktowaliśmy [to] jak burżuazyjną propagandę” (ciekawe, w
czym komunistyczna propaganda okazała się bardziej
przekonująca...). Prof. Jan Świderski wspominał ongiś, jak to w
1937 roku – a zatem w apogeum stalinowskich czystek – odwiedziła go
właśnie Erna Rosenstein w towarzystwie Bolesława Stawińskiego
(innego członka Grupy Krakowskiej), by wręczyć mu do podpisu
petycję do Stalina, w której „postępowi intelektualiści” zwracali
się z prośbą o włączenie Polski do Związku Radzieckiego (Świderski
posłał ich, rzecz prosta, do diabła). Nie dziwi milczenie o tym, w
publikowanym w WO wywiadzie; no bo jak to właściwie można
skomentować...?
Oczywiście możliwe, że po wojennej tragedii i kolejnych przeżyciach
p. Rosenstein zmieniła się i przestała narzucać reszcie świata
lekarstwa stokroć gorsze od chorób. Choć na pewno nie od razu,
skoro jeszcze w epoce socrealizmu groziła jej „nagana partyjna” za
nie podporządkowanie się wytycznym władz (a więc działała w
partii). Nota bene jakoś przypomina się tu śp. Stefan Kisielewski –
ze swoim ironicznym zdziwieniem na widok komunistów lamentujących
nad prześladowaniami doznawanymi przez siebie w ustroju, który
wcześniej sami ochoczo pomagali budować, umacniać i wychwalać, i
który jakoś nie bardzo przeszkadzał im do tej pory, tj. dopóki to
inni brali w d... W każdym razie możliwe, że p. Rosenstein zmieniła
swój pogląd na świat np. w latach 60., kiedy to wiele o zbrodniach
stalinowskich było już wiadomo, mąż Artur podpisał „List 34” i
publikował w paryskiej „Kulturze”, a syn Adam działał w „marcowej”
opozycji. Z wywiadu w WO jednak niczego się o tym nie dowiemy. Może
zresztą nie bardzo jest o czym, skoro inna znana artystka, Zofia
Kulik, wspomina p. Rosenstein jeszcze z pochodów pierwszomajowych w
epoce Gierka – maszerującą w gronie starych towarzyszy, z pięścią
podniesioną w górę, jak za „starych, dobrych” czasów KPP. Prawdę
mówiąc także słowa p. Rosenstein zanotowane w 2001 roku, a
opublikowane w omawianym wywiadzie, jakoś nie przekonują o takiej
ewentualnej przemianie – przeciwnie, odnosi się wrażenie, że
artystka całkiem szczerze nadal uważała stalinowski komunizm
za „właściwą odpowiedź” na problemy społeczne i pomimo upływu 70
lat ciągle miała za złe socjalistom brak radykalizmu, a
rodzicom „niby postępowość”.
A może po prostu p. Rosenstein mówiła to wszystko ironicznie, a
tylko Autorka wywiadu nie dostrzegła owej ironii lub nie zdołała
jej przekazać czytelnikom? Zresztą czy jest sens wywlekać na
wierzch takie brudy, skoro de mortuis nihil nisi bene? W końcu
najważniejsze, że Erna Rosenstein była utalentowaną, wszechstronną
i poruszającą artystką; poglądy polityczne to wszak rzecz
prywatna...
Oj, nie tak panowie, nie tak! Gazetę Wyborczą czytuję od samego jej
początku, podziwiam szczerze heroiczne biografie wielu jej twórców
i doceniam zaangażowanie GW w walkę ze wszelkiego rodzaju
totalizmami i dyktaturami, i w ogóle wkład w propagowanie idei
wolnościowo-demokratycznych. Cenię ją nawet wtedy, gdy nie wszystko
robi konsekwentnie, np. kiedy mówi jakby półgębkiem o niektórych
ważnych (nie tylko według mnie) sprawach, rozdmuchując zarazem do
granic absurdu rzeczy raczej marginalne. Ta moja estyma dla GW
sprawia, że nie wierzę, by kiedykolwiek ukazał się w niej np.
wywiad z jakąś artystką twierdzącą, iż przed wojną największym
problemem Polski były rządy judeo-masońskie i że właściwą
odpowiedzią na nie był faszyzm, przy czym z łezką w oku
wspominałaby wieczory artystyczne na cześć orłów z ONR i Falangi
prześladowanych brutalnie przez sanację za rozbijanie żydowskich
sklepów lub obronę pałkowo-kastetową zdrowej przestrzeni narodowej
w szkołach. W szczególności nie wierzę w taki wywiad przeprowadzony
w podobnej tonacji, co z p. Rosenstein – na wpół na kolanach, z
podkreślaniem jedynie dorobku artystki i jej wrażliwości na los
kotów, tudzież pudełek; ale z pominięciem np. tego, że domagała się
ongiś „Żydów na Madagaskar”, a nawet po wojnie i ujawnieniu zbrodni
nazistowskich nadal wspierała segregację rasową, co roku w rocznicę
Puczu Monachijskiego maszerując razem z parteigenossen w postawie
na „Heil Hitler”. Powtarzam, taki artykuł zapewne w GW nie mógłby
się ukazać – i bardzo dobrze, bo wtedy musiałbym stracić dla gazety
szacunek. Tylko dlaczego, kurka bagienna, ta zasada tak często nie
bywa równie stanowczo zachowywana przez Redakcję – by tak rzec – „w
drugą stronę” polityczną? :-/
Pozdrawiam
PS Cytowane w wywiadzie słowa p. Rosenstein o Jonaszu Sternie są
następujące: „Jonasz Stern to był więzień Berezy Kartuskiej. Był w
grupie rozstrzelanych, ale przeżył. Leżał między trupami nagi, we
krwi. Potem, gdy przyszła noc, wyczołgał się. Uciekł. Jaremianka
też przed wojną działała.” Być może to tylko wynikające z wieku
przejęzyczenie lub skrót myślowy, jednak pozbawione komentarza
stwarza wrażenie zupełnie fałszywe. Bereza nie była wprawdzie
chlubną kartą w historii Polski, ale oczywiście nikogo tam nie
rozstrzeliwano. Stern przesiedział w obozie dozwolone ustawą 6
miesięcy, po czym wyszedł na wolność. Uwięzienie to zresztą
uratowało mu życie, wskutek niego nie zdążył bowiem wyjechać do
Moskwy na wezwanie kierownictwa KPP, dzięki czemu uniknął losu
większości pozostałych aktywistów tej partii, których Stalin
rozkazał zamordować w 1938 roku. Opisywany przerażający
wypadek „nieudanego” rozstrzelania i ucieczki spod zwału trupów
zdarzył się dopiero 1 czerwca 1943 r. w getcie lwowskim, a
rozstrzeliwującymi byli oczywiście Niemcy.