18.12.04, 04:15
Pielgrzymowanie


Kazimierz Kutz 16-12-2004 , ostatnia aktualizacja 16-12-2004 23:16

Powiedzieć by można, że jeszcze nie wysechł mi atrament na piórze, a
rzeczywistość potwierdziła moje intuicyjne przypuszczenia.

Oto "Gazeta Wyborcza" z 13 grudnia na drugiej stronie wybija tytuł tłustym
drukiem: "Mazury i Warmiacy wracają nad jeziora", jakby na Mazurach zjawić się
mieli kosmici, jak ci od Leppera w Klewkach.

Przeciąg kultur

Zaiste, jest to jednak informacja sensacyjna i pokrzepiająca. Pokrzepiająca
dlatego, że stanowi zwiastun najnowszych przemian na naszym kontynencie, czyli
wejścia Polski do Unii Europejskiej. To nowy, choć wtórny proces demograficzny
powrotu do Edenu. Jeszcze kilka lat temu trudny do wyobrażenia. Podobny do
tego, który ma ostatnio miejsce na niemieckim przygraniczu, gdzie Niemcy
zaczynają gwałtownie uczyć się języka polskiego już nawet na poziomie
przedszkoli. Zaczyna się przeciąganie interesów, edukacji i kultur w obydwie
strony. Podobnie dzieje się na terenie byłych Prus Wschodnich, na terenie
Warmii i Mazur.

Z końcem wojny nie była to najszczęśliwsza ziemia dla tamtejszej ludności
autochtonicznej. Oblicza się, że pomiędzy latami 1963 a 1980 wyjechało z
tamtych terenów około 130 tys. osób. Nie wytrzymywali upokorzeń. Wyjeżdżali
przez szykany, wskutek ignorancji władzy politycznej i administracyjnej,
prymitywnego polonocentryzmu wynikającego z niskiego ilorazu inteligencji w
głowach obywateli byłego zaboru rosyjskiego, a także komunistycznej edukacji
nakazującej mieć wroga i go niszczyć. Mazurzy, Warmiacy, Ślązacy (zwłaszcza ci
z Opolszczyzny), od wieków przypisani do Rzeszy Niemieckiej, stali się
idealnym materiałem na odreagowanie wszystkich krzywd przede wszystkim
polskiego przepędzenia. Pięć milionów ludzi przepchano z rubieży wschodnich na
Ziemie Odzyskane, z innego pejzażu geograficznego w inną cywilizację. W tej
największej wędrówce ludu w XX wieku natykali się na tubylców, którzy nie
opuścili swoich stron. Wygnańcom ze wschodu zdawało się, że nie powinni ich
spotykać. Nie będę przypominał co wtedy się działo, bo było to brzydkie i
niegodne polskiej społeczności ochrzczonej. Z biegiem lat ci krzywdzeni
Warmiacy i Mazurzy umykali na Zachód, przeważnie do Niemiec. Pustoszały całe
połacie Prus Wschodnich.

Wtórne domy rodowe

Polskę opuściło wtedy prawie 1,5 miliona ludzi. 10 procent to byli Kaszubi i
Warmiacy. I teraz - przez ostatnie dwa lata - wracają. Powroty te są czymś
nowym. Wróciło ich już kilkaset. Ci wypędzeni ludzie, Kaszubi czy Warmiacy,
nie stracili polskiego obywatelstwa i teraz wyciągają stare dokumenty bądź
zwracają się do swoich dawnych gmin, by potwierdzić swoją narodowość,
wyrabiają nowe dowody osobiste, przyjeżdżają, starają się o swoje domy, ale
raczej kupują ziemię blisko jezior i osiadają u siebie od nowa. W odzyskanej
ciszy i spokoju. Oczywiście są to ludzie urodzeni na Warmii i Mazurach; w
Niemczech się dorobili lub mają wysokie emerytury. A przecież tam zostawili
swoje potomstwo i swoje wnuki, więc w perspektywie domy w Polsce to będą domy
rodowe. Wtórne domy rodowe, z wieloma polsko-niemieckimi małżeństwami. Tak
więc ten kontrexodus będzie się z roku na rok powiększał. Oto jedna z jaskółek
- wprawdzie demograficznych - poświadczających nasz powrót do Europy. Bo nowi
Warmiacy i Kaszubi będą powiększać swoje grupy etniczne, asymilować się
pomiędzy nowymi sąsiadami i w ten sposób wzbogacą barwy Mazur i Warmii. I
resztę kraju. Ta reemigracja prędzej czy później i jej następstwa wymuszać
będą remonty umysłowych pustostanów naszego ksenofobicznego zaścianka i
uszlachetnią polskie praktyki umiłowania do bliźniego, choćby były mieszkaniec
Prus Wschodnich przyjechał z Pernambuco.

Nadciągają Ślązacy

Jestem pewien, że na Śląsku podobnych powrotów jest też wiele, choć nie mam
pod ręką dokładnych danych na ten temat, ale trzeba będzie przyjrzeć się tej
sprawie bliżej. Bo godna jest rozpoznania. Ale znane mi są przypadki ożywienia
przedsiębiorczego, a co za tym idzie, i wiele nowych miejsc pracy, które są
dziełem powrotu Ślązaków z kapitałem w ręku. Wracają, by potwierdzić swoją
tożsamość i w swoich Szopienicach robić interesy.

Toteż z prawdziwą radością powitałem książkę wydaną przez Towarzystwo
Przyjaciół Śląska w Warszawie pt. "Nadciągają Ślązacy, czy istnieje narodowość
śląska?" pod redakcją Lecha M. Nijakowskiego. Są to eseje Jerzego Gorzelika,
Tadeusza Kijonki, Krzysztofa Kwaśniewskiego, Marka S. Szczepańskiego, Jacka
Wodza i Kazimiery Wódz, Lecha M. Nijakowskiego, Doroty Simonides, Mariana
Grzegorza Gerlicha, Bogusława Wyderki i Henryka Wańka. Praca ta, jak czytam na
tylnej okładce, "oświetla wywołany przez Ruch Autonomii Śląska i gorąco
dyskutowany problem "narodowości śląskiej", związany z próbą rejestracji
Związku Ludności Narodowości Śląskiej".

To bardzo ważna i cenna książka. Po tym, co wokół ustawy o mniejszościach
narodowych i etnicznych działo się ostatnio w Sejmie i Senacie, książka ta
ukazuje się w najwłaściwszym momencie i ma bardzo dobrze brzmiący tytuł. Dla
wszystkich zainteresowanych współczesną problematyką Śląska, w tym także niżej
podpisanego, książka ta stać się może rodzajem solidnego "podpiwniczenia"
świadomości regionalnej. Zwłaszcza że zestaw autorów nie jest chórem, który
śpiewa tę samą melodię. Zapewniają to choćby odmienne temperamenty i
właściwości umysłowe Jerzego Gorzelika i Tadeusza Kijonki. Dlatego czyta się
tę książkę chwacko, bo każdy z autorów zachowuje swój tembr głosu, swoją
intelektualną odmienność i wiedzę. I choć jest monotematyczna - bo jakże mogło
być inaczej - nie zanudza ani nie kleci prowincjonalnie. Nie jest też wąsko
zaadresowana do samych Ślązaków. Powiem więcej: może być bardzo ważnym
kompendium wiedzy o Śląsku zwłaszcza dla ludzi spoza Śląska, którzy mają
potrzebę albo nawet głód dowiedzenia się czegoś o nim z ust osób
kompetentnych. Niejako z pierwszej ręki. Bo dzisiejsza sprzeczność pomiędzy
uchwalonym ostatnio martwym prawem państwowym a gulgocącym życiem społecznym
na Górnym Śląsku sprawia, że jest w kraju wiele osób, które będą chciały
zgłębić ów tajemniczy dysonans. I dowiedzieć się prawdy. Bo idzie śląski top;
"nadciągają Ślązacy" ze swoimi odmiennymi sprawami, wolą etniczną. Wyłażą spod
starej miotły i domagają się swego.

Ślązak antyniemiecki?

Choć na światło dzienne wychyną kompleksy ukryte głębiej, ale i te trzeba
wpisywać w dobrodziejstwo ozdrowieńczych procesów poakcesyjnych. Dla przykładu
podaję anonim, który przyszedł na adres mojego biura marszałkowskiego: "Naród
Niemiecki nie zapomni Ci antyniemieckich filmów i tego, że jesteś teraz
orędownikiem tzw. narodu śląskiego. My tu w Prusach Wschodnich jesteśmy dalej
Niemcami i takich jak ty "ślązaków" gdy przyjdzie czas wdepczemy w gó..!
Śląsk zawsze był i pozostanie Niemiecki".


Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka