ballest
02.08.05, 12:11
"
------------------------------------------------------------------------------
--
DRUKUJ ARTYKUŁ
ZAMKNIJ OKNO
ROZMOWA Beno Otręba, basista zespołu Dżem, przed pierwszym
pokazem "Skazanego na bluesa"
Muzyka przegrała z chorobą
Rysiek był wiecznym marzycielem, który naprawdę żył muzyką - mówi Beno
Otręba, basista zespołu Dżem, przed pierwszym pokazem filmu "Skazany na
bluesa"
Tomasz Kot znakomicie wcielił się w postać Ryszarda Riedla
(c) ITI CINEMA
Czy na ekranie oglądamy takiego Ryszarda Riedla, jakiego pan pamięta?
Beno Otręba: W filmie poza kadrami z życia zespołu pojawiają się wątki, które
znaliśmy tylko z opowiadań - dzieciństwo Ryśka, jego relacje z ojcem.
Zastanawialiśmy się, jak w krótkim filmie zmieści się tak skomplikowany
życiorys? Baliśmy się, że uproszczenia mogą zniekształcić obraz. Myślę
jednak, że udało się pokazać prawdziwego Riedla. Sceny koncertowe, w których
występowaliśmy razem z Tomaszem Kotem (odtwórcą roli Ryszarda Riedla - przyp.
red.), wypadły bardzo realistycznie. Były dla nas jak podróż wehikułem czasu,
jak powrót do przeszłości.
Przeszłość to także uzależnienie Riedla od narkotyków. Czy powrót do tych
wspomnień był dla zespołu trudny?
Na pewno tak, ale i fascynujący. Mimo wszystkich problemów były to wspaniałe
chwile. Szczególnie muzyka, którą wtedy tworzyliśmy, a która do dziś nas
niesie.
Film pozostawia wrażenie, że dobry dla Dżemu okres trwał krótko, a choroba
Riedla szybko skomplikowała życie grupy.
Na ekranie i tak nie widać wszystkiego, chwilami przeżywaliśmy prawdziwy
horror. Przeciwwagą dla niego była muzyka. Ona nie powstała w próżni,
wymagała czasu, pasji i zaangażowania - ścieżka dźwiękowa filmu jest dowodem,
że równocześnie robiliśmy kawał porządnej roboty.
Wspólnej pracy zespołu w filmie poświęcono niewiele scen, nie żałuje pan?
Mamy świadomość, że to, co robiliśmy w okresie pracy z Ryśkiem, pozostanie
niedocenione. Jego choroba przesłoniła muzykę, która była wówczas w
działalności Dżemu najważniejsza.
Nie baliście się filmu, który otwarcie mówi o uzależnieniu Riedla? Przez lata
staraliście się je ukryć.
To była nasza tajemnica, problem, który chowaliśmy przed ludźmi, z wyjątkiem
kilku bliskich zespołowi osób. Niektóre sceny wypadły łagodniej niż
rzeczywistość, ale są i takie, które dobitnie obrazują, z czym wiążą się
narkotyki. Cieszę się, że młodzi ludzie zobaczą film na festiwalu "Ku
przestrodze" w Tychach, bo czytać czy słyszeć o tym to jedno, a zobaczyć -
zupełnie co innego. Ja nigdy nie widziałem, jak Rysiek bierze. Scena, w
której wbija sobie strzykawkę, była dla mnie szokująca, ale też uświadomiła
mi, z jak wielkim problemem wtedy walczyliśmy. I walczymy, bo nawet dziś
spotykamy się z zarzutami, że za mało Ryśkowi pomogliśmy.
Na ekranie pokazano, jak członkowie zespołu namawiają Riedla na terapię
odwykową.
Takie sytuacje miały miejsce po każdej trasie koncertowej, niemal po każdym
koncercie. To był rytuał, my gadaliśmy, a Rysiek robił swoje. Staraliśmy się
też dać mu chwilę oddechu na leczenie, ale nie robił nic w tym kierunku,
uciekł z przygotowanej przez Marka Kotańskiego kuracji. Nie lekceważyliśmy
problemu, ale na pewno nie zdawaliśmy sobie sprawy, że tak się to skończy.
Okres po jego śmierci był dla nas potwornie trudny, dlatego szybko wzięliśmy
się za granie. Teraz, gdy zbliża się premiera filmu, ten czas powraca, zwykle
w postaci bolesnych pytań. Myślę, że zawsze będziemy na nie skazani.
Dlaczego zdecydowaliście się pomóc w realizacji "Skazanego..."?
Bo ten film pokazuje Ryśka jako niejednoznaczną postać - także jako wiecznego
marzyciela, autsajdera, dla którego płacenie rachunków było fikcją na miarę
zdobywania kosmosu. Myślę, że trochę za mało jest na ekranie jego pasji do
muzyki - on nią naprawdę żył, cały czas chodził ze słuchawkami na uszach.
Zawsze mieliśmy nadzieję, że ta pasja wygra z nałogiem.
Rozmawiała Paulina Wilk
------------------------------------------------------------------------------
--
Czytaj także
Żywy portret bluesmana
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050730/kultura/kultura_a_1.html