Niektóre z was spewnie mnie pamiętają, już w ciąży pisałam pierwsze posty,
potem po urodzeniu dziecka.
Próbowałam jakoś to wszystko ułożyć, próbowałam życ razem z uwagi na dziecko,
bo bardzo kocha ojca. Ale chyba nie dam rady. Chyba znalazłam się w punkcie,
gdzie nie wiem jak bardzo by się chciało uratować jeszcze małżeństwo
(przecież kiedyś było tak wspaniale)już nie można. Mówi mi takie rzeczy, że
jak je słysze to robi mi się zimno, że mój mąż może tak myśleć i tak się do
mnie odzywać

Wczorajznów mi powiedział, że z małżeństwa ze mną to czuje tylko smród, że
jestem gnida, wcześniej, że "nie przespałby się ze mną, żeby syfa nie
załapać"-jeżeli ktoś miałby wątpliwości od razu donoszę, że nie ma powodu tak
mówić i myśleć. Czuję, że nie mogę z nim po tym być, a jednoczesnie tak mi
strasznie szkoda tamtych fajnych chwil. Z przerzażeniem odkrywam, że jest on
zupełnie kimś innym niż facet, za którego wyszłam za mąż. Imponował mi bo był
dobrym, czułym człowiekiem a teraz mam wrażenie jakby chciał mnie wdeptać w
podłogę.
Mieszkamy w mieszkaniu kupionym przez moją mamę, od mamy dostalismy też
samochód w prezencie ślubnym a jak mama go poprosiła, żeby pojechał z nią na
działkę jej pomógł przy założeniu kłodki, to się zgodził ale mi wczoraj
powiedział, że nie pozwoli sobie chomątu na szyję zakładać. Zgroza.
Ja cały czas myślę, co ja takiego zrobiłam, że mnie to spotkało???
Rozumiem, zdrada, zakochał się zostawia chce na nowo ułożyć sobie życie. Ale
nie rozumiem takiego czegoś, takiej nienawiści, takiej niechęci. Zawsze
starałam się pomagac ludziom, być dobrym człowiekiem i dlaczego spotkałam na
swojej drodze takiego drania niedobrego? Najbardziej mnie boli ta jego
nienawiść do mnie, mojej mamy.
Niedawno jak jego mama była chora stawałam na głowie, żeby zorganizować dla
niej krew (nie było w szpitalu), starałam się mu pomagać na ile potrafiłam i
po prostu dziś po tym wszystkim chce mi sie wyć. Wiem, że już nie ma odwrotu..
Poniosłam klęskę

Smutno mi bardzo