Barbra już kiedyś ode mnie słyszała, że niemiła mi jest "współpraca" z Koterią.
Panie zachowywały się tam tak, jakby robiły mi jakąś wyjątkową grzeczność przyjmując umówionego kota.
Wiecznie był problem z czymś, cokolwiek miałoby to znaczyć

Ponieważ często gęsto towarzyszy mi mój M, wiem, że nie jestem jakoś przewrażliwiona, panie tam są niegrzeczne.
Ale to co dziś mnie spotkało, przekracza wszelkie granice.
Otóż przywiozłam w (umówionym dniu) kota, owszem później niż "zalecane" godziny poranne, bo i nie miałam jak, i kot łaskaw był przyjść na działkę dość późno, na działce zaś łaził godzinę wokół klatki-łapki zanim wszedł.
No, ale bardzo mi zależało, bo i zaniedbany był i trochę pobity - widać, że walczący samiec, więc bardzo chciałam właśnie jego upolować, coby kotek nie zapładniał.
Trochę z duszą na ramieniu, dojechałam. Pani, która zazwyczaj na mnie krzyczała była dziś ujmująca. Więc się rozluźniłam( a muszę Wam powiedzieć, że każda moja wizyta w Koterii kosztuje mnie ogromne nerwy), pani wydziwia nad kotem, bo okazuje się, że samiec i do tego prawie szylkret, co się nie zdarza. Wydziwia w sensie pozytywnym....
I jak na złe woła panią Doktor, a ona jak na mnie nie wsiądzie, że za późno, że co to ma znaczyć, że to, tamto i owamto...
No, to ja grzecznie powiadam do Pani Doktor, że czekałam na kota, że po 24 godzinach pracy, że korki i że autobusem z Siekierek(a wcześniej z Białołęki), i że mi zależało, bo to rozpłodowiec.
A ta, sorry - smarkula(w wieku moich dzieci mniej więcej)drze się coraz głośniej i po chamsku.Więc mówię spokojnie, że proszę na mnie się nie wydzierać - bez efektu, a właściwie z efektem odwrotnym. Wchodzi na coraz wyższe tony. Powiadam więc owej paniusi, że rozmawiałam z Panią Prezes(mogłam pomylić się w hierarchiach, bo podobno to Pani Kierownik)i usłyszałam od niej, że jeśli tak się zdarzy, że kot da się złapać później, to trudno - nie martwić się, przywieźć i już.
A Pani wrzeszcząca drze się, że to niemożliwe, że ona zadzwoni do Pani Kierownik, a poza tym one też jest kierownikiem....blablablabla....i jakie jest moje nazwisko, toż podałam, bo czego jak czego, ale tożsamości się swej nie wstydzę.
Tak czy inaczej, nie dałam się sprowokować, bo krew by się polała, jestem cierpliwa - do czasu, potem bywam bardzo niegrzeczna, a taką osobę potrafiłabym uderzyć.
Prawdopodobnie zbladłam jak płócienko(jak mnie furia dopada, to naprawdę jestem biała na gębie)bo Pani, która zwyczajowo marudziła i narzekała, dziś pogłaskała mnie po ręku i szepnęła"przepraszam, niech się pani nie przejmuje".
Na koniec pani Doktór kilkakrotnie wrzasnęła "czy pani mnie słucha?" i "proszę mnie nie lekceważyć". Zgodnie z prawdą powiedziałam, że już nie słucham, bo skończyłam z Panią "rozmawiać", załatwiłam sprawy papierkowe i wyszłam.
Czułam się jak śmieć. Podobno w pracy(i nie tylko) bywam zasadnicza, "prokuratorska" itd.itp.
Pracuję z trudnymi ludźmi(alkoholicy), bywa, że rzucą we mnie grubym słowem, bywa, że ja muszę kogoś zdrowo opierdzielić, ale przy tym koncercie jakim mnie dziś uraczono, to ja jestem Janko Muzykant i cichuteńka msza żałobna.
Przykre, i żenujące.
No to się wyżaliłam