pi.asia
22.09.11, 20:11
mrrau, mrrraaauu, mrrrauuuu....
siedzę na kolanach u mojej Pani i piszę sobie.... STOP! coś trzeba wyjaśnić, żeby nie było nieporozumień.
Wiem o tym, że wiele kotów uważa, że to KOT jest PANEM CZŁOWIEKA. Prawdopodobnie mają rację. Wszystko zależy od tego, co sobie ustalą z człowiekiem, albo co mu narzucą.
Ale akurat u nas funkcjonuje taki model, że Pani jest Panią i kropka.
Pasuje mi to, nie jestem jakąś zagorzałą felinistką.
Zresztą wiele jej zawdzięczam, właściwie to uratowała mi życie.
Z najwcześniejszego dzieciństwa nie pamiętam nic. To się nazywa wypieranie złych wspomnień. Wiem tylko, że w TEN dzień miałam już dość życia. Byłam strasznie głodna, brudna, uszy miałam prawie zupełnie zatkane, a w moim futrze łaziły jakieś drobne stwory, których nie byłam w stanie złapać, i gryzły mnie bez litości.
Zatrzymałam się na chodniku i rozpłakałam. Każdy by się rozpłakał na moim miejscu. Gdzieś wysoko nade mną usłyszałam jakiś ruch, a chwilę później zza węgła wybiegła Ona. Zatrzymała się i zawołała "kici kici". Patrzyła przy tym na mnie i wyciągnęła rękę, więc wywnioskowałam, że mówi do mnie.
Podbiegłam.
Natychmiast wzięła mnie na rękę - nie było to trudne, bo mieściłam się na jej dłoni. Dłoń miała ciepłą, więc mój brzuszek natychmiast uruchomił funkcję mruczenia. Ona zrobiła wielkie oczy - i zaniosła mnie do domu, i postawiła na dywanie.
Omal nie umarłam ze strachu - w moją stronę podszedł wielki kudłaty potwór na czterech łapach - sam jego pysk był większy niż ja cała!!! Podkuliłam łapeczki i starałam się być jak najmniejsza - a Ona pogłaskała potwora i powiedziała "Kłopotku, to jest kotek".
Potwór obwąchał mnie swoim wielkim nosem ze wszystkich stron, a potem ułożył się przede mną i wlepił we mnie ślepia. Początkowo bałam się drgnąć, bo myślałam że on mnie pilnuje, ale jak spojrzałam uważniej, to przestałam się bać. On patrzył na mnie takim wzrokiem, jak kiedyś patrzyła na mnie moja mama. Chyba wiecie, co mam na myśli.
A tymczasem Ona gadała coś do małego czarnego pudełeczka. Potem wzięła mnie na ręce i wyniosła z powrotem na dwór!!! Ale nie postawiła na chodniku, tylko poszła do jakiegoś domu gdzie w zielonym pokoju czekała na mnie inna pani. Ta pani mnie obejrzała, stwierdziła, że jestem dziewczynką, mam miesiąc, ważę czterdzieści deko i mam świerzba w uszach. A potem mi odetkała uszy!!! Nareszcie!!! I jeszcze wsunęła mi do pyszczka jakąś plastikową rurkę i coś z tej rurki wypchnęła do mojej mordki. To było pyszne, i nie chciałam tej rurki wypuścić. A ona się śmiała, że pierwszy raz widzi, żeby kot tak chętnie łykał lekarstwo na robaki i że pewnie jestem strasznie głodna.
A potem zaczęła przekonywać moją Panią, żeby mnie zatrzymała. Pani się broniła, bo miała już dwa psy, wreszcie orzekła że pomyśli, a na razie porozwiesza ogłoszenia, że mnie znalazła.
W efekcie pomyślenia zostałam u niej.
Z Kłopotem zaprzyjaźniłam się od pierwszej chwili. Ten pies kocha wszystko co żywe! Mam nawet zdjęcie jak śpię leżąc na jego plecach. Z drugim psem nie miałam tak dobrego kontaktu, ale ten drugi to był niedołężny staruszek ze złamaną łapką, znaleziony na ulicy, podobnie jak ja. Na imię miał Supeł, już nie żyje. Aha, ja dostałam imię Duszka, bo jestem biała (tylko ogonek mam bury, i dwie łatki na głowie) a Pani znalazła mnie 1-go listopada. To jakieś ludzkie święto. I dobrze, że święto, bo gdyby to był zwykły dzień, to Pani byłaby w pracy i nie słyszałaby jak płaczę pod jej balkonem, i by mnie nie wzięła...
Pomyślałam też sobie, że skoro Ona zbiera zwierzaki z ulicy, to pewnie niedługo znów coś znajdzie i przywlecze.
O, zgania mnie sprzed komputera, bo musi z Kłopotem wyjść na spacer!
Jeszcze się odezwę!
Duszka