Wyszłam z Kłopotem na spacer i w krzakach zauważyłam biało-rudego kota. Młody (jako laik oceniam wiek na 6-9 miesięcy), czyściutki, zadbany, jednak nieco nieufny. Reaguje na kicianie, ale trzyma się na wyciągnięcie ręki. Udało mi się go dotknąć. Pognałam do domu po chrupki, zareagował na grzechotanie miseczką. Capnęłam go w czasie jedzenia, ale nabawiłam się tylko ran cięto-drapanych.
Cóż, poczęstowałam go resztą chrupek, zrobiłam zdjęcie i wróciłam do domu.
Kot (chyba niekastrowany kocurek, ale pewności nie mam) nie wygląda na bezdomniaka. Futerko i łapki czyściutkie i suche (przy padającym dziś przez cały dzień deszczu!), oczy lśniące, bez odrobiny wycieków, uszy jak płatki róż.
Albo wypadł komuś z balkonu i zaszył się te w krzaki, albo to faktycznie kocurek, który siknął i został ciupasem wystawiony poza mieszkanie.
Jutro spróbuję wkupić się w jego łaski

Jest śliczny - umaszczony jak dziewczyny Mitty, oczy ma pomarańczowo-miodowe. Już zdążyłam pogodzić się z myślą o czwartym kocie. Zgłupiałam.
Oto Problem:
Poradźcie baby (i panowie) co robić.