wiesia.and.company
04.09.18, 11:43
Moja niepełnosprawna Leosia (z hipoplazją móżdżku) to niesłychanie inteligentna, dzielna koteńka. Przez 11 lat nic się nie działo, ułamała tylko kiełek, gdy się raz przewróciła znienacka. Bez wpływu na spożywanie mięsa i chrupek.
Ale od miesiąca zaczęła się czasem pokazywać odrobina krwi z ropą u nasady uszka. Przemywałam rivanolem, no cóż, wydawało mi się że to sprawa zewnętrznego podrażnienia nasady ucha, że sobie rozdrapała kiedyś a teraz nawraca. Naiwna. Nie zaglądałam jej w ucho, bo się nie bardzo dało zajrzeć, wejście do środka zrobiło się ciasne, jakby trochę puchło. Zakrapiałam początkowo Dicortineffem. Mój błąd. Pojechałam do lasu. I tam zaczęła się pojawiać czysta krew w uszku. Leosia czuła się normalnie. Ale ja już panikowałam.
Po powrocie z lasu umówiłam się z lekarzem chirurgiem na wizytę (już wiedziałam, że to coś poważnego). Nie dało się wziernikiem zobaczyć, bo tam było czarno, niewidocznie, żadnego prześwitu, pobrany wymaz z ucha. Przez tydzień 3 razy dziennie wstrzykiwałam w ucho specjalny lek robiony tylko dla Leosi. Teraz wróciłyśmy od naszego prowadzącego z kolejną dawką leku do wstrzykiwania.
Dało się zajrzeć do ucha. Wziernikowanie ujawniło guza. W czwartek operacja usunięcia guza i usunięcia polipa z drugiego ucha. Guz pojedzie na badanie histopatologiczne.
W każdym razie jesteśmy w doskonałych rękach bardzo doświadczonego lekarza (jego ojciec też był znanym wetem) chirurga z 20-letnią praktyką. Umarłabym ze strachu, gdyby nie mój lekarz, który swoją pewnością siebie, znajomością tematu dodaje mi otuchy. Więc robimy następny krok... w czwartek (i oby się na tej ingerencji już skończyło). A jednak ciężko...