Nie wiem, czemu, ale tak strasznie mnie decerwują teksty "przecież
to tylko kot". A to był mój "syneczek", mój ukochany psotnik, który
co rano mnie witał i pędził każdy krok za mną. Potem tylko czekał,
aż dziecko pójdzie spać, żeby wylegiwać się na moich kolanach. Miał
tylko 2,5 roku, był zawsze zdrowy aż tu nagle, niespodziewanie w
tamten czwartek dostał potężnych bólów i niedowładu tylnych łapek. U
wetrynarza okazało sie , że to zakrzep w sercu. Zostawiłam go w
szpitalu, dostawał leki hamujące dalsze zakrzepy. W poniedziałek był
już w domu inny niż zwykle - miałczał z bólu, nie chciał jeść, łapki
mimo rehabilitacji, termoforów, ćwiczeń, nadal zimne. Dzisiaj na
wizycie kontrolnej okazało się, że ma odleżyny, mimo, że go nosiłam,
zmieniałam podkłady, suszyłam suszarką futerko - tak, jak lekarz
zalecił. Lekarz stwierdził, że to już nie ma sensu, nie widzi
możliwości przeżycia, a ja już naprawdę nie mogłam patrzeć, jak on
skręca się z bólu. podjęłam decyzję o eutanazji.
Proszę, nie linczujcie mnie, ja już i tak ciągle ryczę i nic nie
daje mi ukojenia. Nawet nie wiecie jaki to ból zwłaszcza że
otoczenie mnie nie rozumie - dziecko malutkie, rodzice twierdzą, że
to tylko kot. A ja mam ochotę zapić się do nieprzytomności.
Czy to prawda, że zwierząt nie można długo opłakiwać, bo one nie
mogą zaznać spokoju po śmierci ? Tak gdzieś kiedyś wyczytałam i mnie
to dręczy