święta tuż tuż i w związku z tym przypomniała mi się taka historia. wprawdzie
miało to miejsce przed świętami Bożego Narodzenia, ale przytoczę...
Miałam może z 5-6 lat. Jakimś dziwnym trafem (nie pamiętam jakim...) znalazł
się u nas w domu zając. Zając niestety był nieżywy (upolowany
Rodzina wymyśliła, że z zająca trzeba zrobić pasztet. Zając był duży, więc
potrzebna była duża kuchnia. Kuchnię taką miała w swoim domu siostra mojej
mamy....Trzeba było zwierzę przetransportować kilkanaście ulic dalej...
Z powodu braku samochodu, zając wylądował na moich sankach, został
przywiązany i ruszyliśmy w drogę...
Z całej wycieczki pamiętam tabuny dzieciaków, które przez całą drogę szły za
nami i krzyczały - MORDERCY!! MORDERCY!!
To było straszne...wtedy... biedny zajączek...
Jednak z perspektywy lat
wszyscy mamy z tego niezły ubaw

)
Czy Wy też macie podobne przedświąteczne wspomnienia?