sloggi
30.05.05, 12:56
Ci z prowincji są zachłanni i zakompleksieni. Ci z Warszawy to zarozumiali
egoiści. To typowe opinie, jakie wyrażają o sobie nawzajem ci, którzy w
metryce urodzenia mają wpisaną Warszawę i ci, którzy wpisanej jej nie mają.
Z braku wolnych stolików w pobliskich knajpach, warszawianka Ewa Ratkowska,
studentka IV roku kulturoznawstwa, poszła do nielubianego przez nią Cinnamonu.
To najmodniejszy obecnie klub w stolicy, salon wystawowy aktorów serialowych,
stylistek i fryzjerów. – Patrzę, a tam przy drinku siedzi dziewczyna, która
sprzedaje w warzywniaku obok mojego bloku. Pamiętam, że kiedyś mówiła mi, że
pochodzi spod Siedlec – opowiada Ewa. Zdaniem warszawiaków to typowy przykład
leczenia kompleksów prowincjuszy poprzez aspirowanie do „towarzystwa”. – Takim
„pannom na kartoflach” wydaje się, że przyjechały do Nowego Jorku i od razu
zostają nowojorczykami, ludźmi wielkiego świata – mówi urodzony w Warszawie
Zbyszek, student psychologii społecznej. Panna na kartoflach – to jedno z
tysiąca określeń na przyjezdnych. Warszawiacy nawet Gdańsk czy Poznań nazywają
prowincją. A prowincja nazywa Warszawę największą wsią w Polsce. Podobnie
sprawa wygląda w całej Europie. Konflikt stolica – reszta kraju nie jest
bowiem typowy tylko dla Polski.
W szwedzkim Umei czy w Malmö stwierdzenie „ty zero ósemko” jest najgorszą z
możliwych obelg. „08” to numer kierunkowy do znienawidzonego na szwedzkiej
prowincji Sztokholmu…
Warszawiacy nie znoszą przyjezdnych i odmawiają uznania ich za obywateli
stolicy, bo obawiają się o swoje miejsca pracy i tożsamość miasta. Na pytanie
OBOP-u, co najbardziej denerwuje ich w przyjezdnych, niemal wszyscy odparli:
„że zostają tu na stałe”.
Konflikt Warszawy i reszty kraju jaskrawo widać w sferze pracy. Ludzie z
prowincji oskarżani są o demoralizowanie pracodawców – demoralizują, bo
pracują za półdarmo. – To warszawiacy sami nakręcają ten młyn. Z jednej strony
wolą zarobić na przyjezdnych, z drugiej oskarżają nas o odbieranie im pracy.
No to, kto jest w końcu winny? – irytuje się pochodzący ze Słupska Mariusz
Kalukin. – Nie zaniżamy pensji, to raczej warszawiak wietrzy spisek, że mało
zarabia przez przyjezdnych, choć tak naprawdę jest po prostu słaby. Lub słaba
jest firma, która go zatrudnia – dodaje Edyta Oskierko, która do Warszawy
przyjechała pięć lat temu z Mazur. Jej pierwszą pracą było smażenie
hamburgerów w sieci fast foodów. Pracując kilkanaście godzin dziennie, z
trudem zarabiała na czesne w studium technik prac biurowych. Po fast foodzie
nadszedł awans zawodowy w postaci pracy na recepcji w hotelu, potem asystentki
szefa w biurze handlowym, aż wreszcie etat producenta programu telewizyjnego w
Polsacie, gdzie dziś pracuje. Warszawiacy byli zirytowani tą karierą – im
przecież w znalezieniu pracy pomaga mama czy ciocia, a przyjezdni są z reguły
w Warszawie pozostawieni sami sobie.
kiosk.onet.pl/dlaczego/1230488,1920,artykul.html