szapte
31.10.05, 13:58
Może życie dziele na czas przed 1997 rokiem i po .
To co było przed tym rokiem jest już dla mnie daleką przeszłością. Nigdy już
nie będzie tak jak do tego roku. Zbyt dużo się wydarzyło. Od tamtej pory moje
dni , miesiące lata są coraz bardziej samotne trudne i zgorzkniałe. Coraz
więcej ważą dosłownie i w przenośni. Cóż z tego, ze starałam się aby życie po
1997 roku wróciło do dawnych schematów. Aby atmosfera, zainteresowania,
przyjaźnie przetrwały. To już nie to samo, nigdy nie będzie tak samo. Trudno
mi przedzierać się przez gąszcz codzienności. Odkrywam na nowo siebie,
swojego partnera, swoje dzieci i pozostałych bliskich. Już nie ważne to co
było kiedyś istotą mojej codzienności. Ten zmieniający się stosunek do
wszystkiego uwiera jak groch , dokucza i tylko na krótką chwilę pozwala o
sobie zapomnieć. Nie umiem zaakceptować swojej obecnej sytuacji, a może nie
chcę. Nie wiem.
Zależy mi na poprawnych stosunkach z ludźmi ale jednocześnie widzę jak bardzo
byłam ślepa i uległa . Kto tak naprawdę trzymał w kupie ten dom tę rodzinę.
Jedni z nich odeszli bezpowrotnie a inni poddali się. Widz jak wiele zależało
ode mnie samej. Teraz kiedy puściłam lejce i nie chcę trzymać w cuglach tego
wszystkiego - wszystko się rozsypuje, wszyscy są bezradni, każdy czuje się
obrażony, opuszczony. Działania poszczególnych członków rodziny są
bezsensowne, chaotyczne, moje komendy już nie padają a wiec nie wiadomo co
robić. Jestem zmęczona dawną funkcją , już nie chce dowodzić tą rodziną. Nie
chce być odpowiedzialna za wszystko. Dlaczego nie wiem/ Czy się boję, czy tez
czuje się niedocenioną , że brak mi akceptacji,?
Może wreszcie zauważam jak bardzo dużo złego narobiłam swoim prowadzeniem.
Jak bardzo skrzywdziłam tym moich bliskich. Chciałam być niezastąpiona,
chciałam pokazać jakaż ja jestem bohaterska, jaka pracowita, ciągle
pracowałam na uznanie. Czy taki miał być cel. Może 1997 rok był po to żebym
oprzytomniała . Beze mnie nic w tym domu nie może się zadziać, bez mojej
komendy, pomysłu. Wszystko jest bezsensowne i niepotrzebne, nikt nie wpadnie
na pomysł zrobienia czegokolwiek, nie widzi konieczności pracy jakiejkolwiek,
chyba, ze nie ma co jeść albo nie ma czystych ubrań żyje się tylko marną
codziennością. Wegetuje.
Każdy czeka na moje rozkazy, n moje pomysły. Czy to wakacje, czy zakup
sprzętu czy ubrania. Nie mam nikogo kto by za mnie przejął ten obowiązek.
Jestem odpowiedzialna za wszystko i za wszystkich. Zupełny brak jakiejkolwiek
komunikacji.
Nie umiem z tym żyć. Mam ogromne poczucie winy, ale nie chcę już być dowódcą.
Chcę odpocząć. Jestem jednak teraz postrzegana jako leń obibok, tak mi się
wydaje.
Nawet dzisiaj wszyscy czekają na moje komendy i nikt nie widzi prac w domu i
ogrodzie.
Mam już dość dotychczasowego życia .
Jak sobie z tym poradzić?
Proszę o radę, bardzo mi ona potrzebna.