sloggi
13.10.06, 00:44
Przypominam bajkę Joanny Bukowskiej o gąsce Bożence:
Gąska Bożenka była regularnym domownikiem w gospodarstwie państwa Koziegłowów
z Drobnopiórek, albo Drobnopiórków z Koziegłów, albo też coś w tym rodzaju –
nieistotne. Kochali ją, nie mieli zamiaru jej zjeść, hodowali ku swej radości,
dzieci się z nią bawiły i takie tam. Bycie regularnym domownikiem zobowiązuje
– toteż gąska Bożenka razu pewnego wzięła była udział w libacji urządzonej
przez pana Drobnopiórka, seniora rodu. Prawdę powiedziawszy nikt nie miał
zamiaru gąski Bożenki upić. Wyśuptała ona dzióbkiem jakieś alkoholiczne
resztki, czy też po prostu precz wyrzucone wiśnie po wiśniówce, albo pestki po
pestkówce, czy cós. No i się nagrzmociła jak meserszmit, mówiąc językiem
plebejskim. Zatoczyła się raz czy dwa, beknęła nie bardzo zdrowo, padła i
wyglądało, że doczesność z niej uszła.
Wielki się podniósł lament.
Dzieci państwa Drobnopiórków miały taką opcję, żeby gąskę Bożenkę pochować,
ale ponieważ państwo Drobnopiórkowie byli regularnymi katolikami, uznali, że
nie wypada, a poza tym nic w przyrodzie zmarnować się nie może i pani
Drobnopiórkowa z żalem, ale jednak, oskubała truchło gąski Bożenki z pierza, w
celu późniejszej konsumpcji. Późniejszej dlatego, że zbliżał się już wieczór,
zatem dalsze przygotowania do zjedzenia gęsiny odłożono na poranek dnia
następnego, gąskę Bożenkę w formie oskubanej i nieożywionej umieszczając w
lodówce.
Nazajutrz normalnie budzi się gąska Bożenka w lodówce z taaakim kacem, za to
bez piórek, zimno, boli głowa (zapewne). Całe szczęście dość szybko odkryto
jej powrót do życia, ponieważ pierwsze kroki Drobnopiórkow tuż po przebudzeniu
kierowały się zawsze ku lodówce.
No i – wiadomo – wielka radość! Odzyskawszy swą przyjaciółkę, (którą w
zasadzie uprzednio chcieli spożyć, ale pomińmy), państwo Drobnopiórkowie
przysiedli fałdów nad kwestią nieistniejącego upierzenia gąski Bożenki.
Nie ma tak, żeby w porządnej rodzinie gęś chodziła goła.
Ostatecznie w temacie braku upierzenia gąski Bożenki zadziałała pani
Drobnopiórkowa, ponieważ dzieci poszły do szkoły, a pan Drobnopiórek pojechał
małym fiatem do pracy (mieszkali w regionie o niskim bezrobociu). Jako kobieta
pragmatyczna, pani Drobnopiórkowa wpadła na pomysł sprucia sweterka
najmłodszej swej latorośli, z którego latorośl właśnie wyrosła (dzieci szybko
rosną) i uszycia wełnianego wdzianka dla gęsi, która tymczasem leczyła kaca
wylegując się pod piecem, czy też w innym miejscu i gęgając – jak to gęś.
Nie minęły dwie godziny, dziergu, dziergu, wydziergała pani Drobnopiórkowa na
drutach ubranko dla gąski Bożenki, sweterek w paski, taki sam, jaki spruła,
tylko o gąskobożenkowym kroju i gąskobożenkowej wielkości – wiadomo. Ubrała
gąskę Bożenkę w sweterek w paski, pokiwała głową, a może nawet klasnęła w
dłonie z zachwytu i oddaliła się do swoich zajęć, ponieważ wśród ludu
pracującego nie przystoi zbyt długo zajmować się pierdołami. Gąska Bożenka zaś
chwiejnym kroczkiem poszła przyglądnąć się światu, dla którego ją odzyskano.
W tym czasie niejaki Władek, daleki kuzyn Drobnopiórków, wracał polonezem z
nocnych harców we wsi sąsiedniej. Umówmy się, że miał kaca porównywalnego z
tym, który rozsadzał główkę gąski Bożenki.
Normalnie w ostatniej chwili zobaczył na drodze coś, co miało na sobie
sweterek najmłodszej latorośli państwa Drobnopiórków, ale nie zdążył
wyhamować. Furknęło, huknęło i kolorowy sweterek z jakąś cielesną zawartością
przeleciał Władkowi przed przednią szybą czyli przed oczami, które Władek
natychmiast wytrzeszczył, po czym użył aparatu gębowego, żeby wymamrotać:
"rany boskie, zabiłem dziecko", wysiadł z samochodu, uciekł do lasu, siedział
tam trzy dni i ze strachu zwariował.
Alkohol szkodzi zdrowiu.