ol69
13.02.04, 22:16
witam. przejrzalam wlasnie dosc dokladnie watki dyskusji toczacej sie na
niniejszym forum i postanowialam opowiedziec moje wlasne przygody z jednym z
wydawnictw. chcialabym, zeby inni dowiedzieli sie, co mi sie przytrafilo,
choc zdaje sobie doskonale sprawe z faktu, ze to, co tu opisze, nie jest
jakims wyjatkowym przypadkiem.
rzecz dziala sie pare lat temu, kiedy to zglosilam sie do pewnego bardzo
znanego wydawnictwa, majacego swoja siedzibe w poznaniu. wydawnictwo to
istnieje nadal i ma sie dobrze, sadzac po sporej ilosci wydawanych tytulow
(nie tylko beletrystyka). ma swoich licznych wielbicieli, ktorych zyskalo
miedzy innymi dzieki powszechnie znanej serii wydawniczej.
zaczelam od telefonu. porozmawialam z pania, ktora w wydawnictwie owym byla
sekretarzem redakcji. wypytala mnie o pare rzeczy i (jak wowczas mi sie
zdawalo) postanowila dac mi szanse. mialam wybor: albo probka beletrystyki,
albo cos "popularnonaukowego". zdecydowalam sie na beletrystyke, na co pani
wyraznie sie ucieszyla i obiecala podeslac probke w niedlugim czasie.
uslyszalam tez, ze jesli moja praca zostanie oceniona pozytywnie, dostane do
tlumaczenia prawdopodobnie te sama ksiazke, z ktorej pochodzi probka. tekst
dotarl bodajze po dwoch dniach. jak sie okazalo, byl to caly pierwszy
rozdzial pewnej powiesci. przetlumaczylam wszystko i wyslalam. po pewnym
czasie nadeszla mailem krotka odpowiedz, ze tekst sie spodobal. zadzwonilam i
od wiadomej pani odebralam gratulacje, uslyszalam slowa uznania i inne takie,
po czym dowiedzialam sie, ze juz niedlugo powinnam dostac cos "pelnego" do
tlumaczenia ("cos pelnego", czyli cala ksiazke). poprosila o kontakt za
tydzien. wykonywalam wiec kilkakrotnie telefony, co tydzien, co dwa, ale
wciaz nie moglam niczego dostac do przetlumaczenia, bo wydawnictwo albo sie
wlasnie przygotowywalo do targow ksiazki we frankfurcie, albo decydenci
jeszcze z tych targow nie wrocili. potem uslyszalam, ze nastepuje etap
zastanawiania sie nad tym, jakie tytuly do wydania, a wiec i do tlumaczenia,
wydawnictwo ma zakupic i tak dalej. rozmowy byly juz nie takie dlugie i nie
tak bardzo mile, ale ciagle jeszcze grzeczne. pewnego razu, poirytowana cisza
i takim-a-nie-innym traktowaniem mnie, wykonalam kolejny telefon i tym razem
odebral pan, znajacy mnie z poprzednich rozmow (czasem to on odbieral telefon
i przekazywal sluchawke pani x.). troche sie jakal i niewyraznie dukal cos, a
w pewnym momencie zakryl reka sluchawke i po krotkiej konsultacji z kims
wypalil, ze pani x. nie ma, bo poszla do biblioteki i ze z niej juz do pracy
nie wroci. natychmiast wydalo mi sie to naciagane i poprosilam kolezanke,
zeby sama zadzwonila do pani x. i kiedy odebral wiadomy pan, przekazujac
skwapliwie sluchawke pani x., odezwalam sie ja sama. mozna sobie chyba
wyobrazic, jak zmienil sie ton pani x., nieprzyjemnie zaskoczonej takim
obrotem sprawy. warknela na koniec, ze jak cos bedzie dla mnie, to na pewno
podesla mi to do roboty i na tym sie skonczylo. oczywiscie, sama zachowalam
sie dosc dziecinnie, stosujac taki banalny podstep, ale nie ganie siebie za
to. mialam przynajmniej te mala satysfakcyjke z faktu, ze udowodnilam
kobiecie brzydkie krecenie w mojej sprawie. oczywiste tez jest, ze nigdy
przenigdy nic od nich nie dostalam i ze nie moge liczyc na zadne zlecenie z
tamtego wydawnictwa w przyszlosci , ale nie szkodzi. zlecen mi nie brakuje,
wrecz przeciwnie.
a final tej historii jest taki, ze po jakims czasie zobaczylam na polkach
ksiegarni ksiazke o tytule az nazbyt dobrze mi znanym, a kiedy zaczelam
czytac pierwszy rozdzial, mialam nieodparte wrazenie, ze skads znam
skladajace sie na niego zdania, tu i owdzie troche podretuszowane. tlumaczem
powiesci okazal sie jakis pan. potem opowiedzialam te historie paru osobom ku
przestrodze. jedna z nich wiedziala juz wczesniej, ze opisywane wydawnictwo
czasem stosowalo te metode, zlepiajac potem z probek tlumaczen cale ksiazki.
ol69