Dodaj do ulubionych

Na grabarza czy tłumacza?

29.11.05, 00:36
Właśnie dostałem propozycję wynagrodzenia za tłumaczenie książki 300 zł za
arkusz. Kiedyś zgodzono się na tym forum, że średnie niezłe tempo to 100
stron miesięcznie, czyli około 4,5 arkusza (choć przyznam, że ja pracuję dużo
wolniej). Daje to 1350 zł miesięcznie brutto, przy czym jest to brutto bez
urlopów, składki zusowskiej itd. Zeszłotygodniowa "Wyborcza" podała, że
grabarz w dużym mieście zarabia 2000-2500 zł na rękę. Jest znane powiedzenie,
że państwo, w którym policjant zarabia więcej od nauczyciela, jest państwem
policyjnym. Jak nazwać więc państwo, w którym grabarz zarabia dwa razy więcej
od tłumacza literatury pięknej? Przecież ze strony wydawnictwa nie jest to
już nawet próba udawania, że płaci za pracę.

Paweł
Obserwuj wątek
    • wkrasnicki Re: Na grabarza czy tłumacza? 29.11.05, 07:37
      Niejeden zawód zostaje w ten sposób pogrzebany, niestety.
      Pewnie powinieneś okazać wdzięczność, że chcą płacić w ogóle, bo ludziom to już naprawdę się w
      głowach przewraca. ;-)
    • lekkodepresyjna Re: Na grabarza czy tłumacza? 29.11.05, 08:11
      Pragmatyka - to jest odpowiedź :)Znaczy się, że funkcja grabarza jest bardziej
      użyteczna niżli funkcja literata. Siłą rzeczy - jakoś tak bezwiednie - nasuwa
      mi się wniosek, że mamy do czynienia ze społeczęństem "umarlaków" a
      nie "czytaczy" :)
    • artur666 :( 29.11.05, 12:05
      Zyje w Niemczech. U nas robotnik na tasmie w Mercedesie zarabia wiecej niz
      lekarz w szpitalu, czy tez architekt w biurze projektow.
      Tak wiec widzisz, ze nie tylko w Polsce relacje sie nie zgadzaja. :(
    • ajtra Re: Na grabarza czy tłumacza? 29.11.05, 13:24
      szwedzka napisał:
      "... Jak nazwać więc państwo, w którym grabarz zarabia dwa razy więcej od
      tłumacza literatury pięknej...? "

      Ciemna Mogiła.
      • tetys Re: Na grabarza czy tłumacza? 29.11.05, 13:35
        Ajtra!:)))))))
    • wkrasnicki A może... 29.11.05, 14:43
      skoro jesteś tłumaczem to wytłumacz im, że ta stawka jest nikczemna i chciałbyć chociaż doszlusować do
      grabarza (w sensie zarobków oczywiście). ;-)
      Dobre tłumaczenie to wszak duża część sukcesu.
      • szwedzka.pl Re: A może... 30.11.05, 00:15
        wkrasnicki napisał:
        > Dobre tłumaczenie to wszak duża część sukcesu.

        Niestety, nie w przypadku literatury. Wydawnictwom nie zależy na jakości, bo
        tej de facto nikt nie kontroluje: jak kupisz zepsuty telewizor, to widzisz, że
        nie działa, złe tłumaczenie może wyglądać na dobre, kiedy jest napisane płynną
        polszczyzną, choćby miało niewiele wspólnego z oryginałem.
        Odmówiłem tłumaczenia, ale nie wątpię, że wydawnictwo znajdzie kogoś za taką
        stawkę (oni też nie wątpią). Tylko że tym razem mogą się przejechać, bo jak ta
        książka się ukaże, to usiądę sobie z markerem w ręku i sprawdzę, jak wygląda
        przekład za 300 zł.
        • 1802l Re: A może... 15.12.05, 10:44
          szwedzka.pl napisał:
          jak ta
          > książka się ukaże, to usiądę sobie z markerem w ręku i sprawdzę, jak wygląda
          > przekład za 300 zł.

          No to Ci powiem, że ja zdecydowałam sie przyjąć taka stawkę, bo miałam przerwę
          w tłumaczeniu i szukałam nowych zleceń 9że tak powiem) od zera.
          Text był nawet fajny - ale trudny jak diabli (m.in. średniowieczne płatnerstwo,
          renesansowa szermierka itp). Stale kontaktowałam sie z kilkoma specjalistami w
          tych dziedzinach... Wydawnictwo robote przyjęło,no a potem zawiadomiło, że
          likwidują serię (bo za droga) i mogę wziąć połowę honorarium, albo się sądzić.
          Wściekłam się, ale sytuację życiową miała taką, że po prostu musiałam wziąć
          połowę....
          • szwedzka.pl Re: A może... 17.12.05, 00:23
            Rozumiem, że polemizujesz z tezą, której nie postawiłem, że przekład za 300 zł
            musi być zły. Napisałem, że sprawdzę, jak będzie wyglądał. Faktem natomiast
            jest, że niskie płace skutkują negatywną selekcją do zawodu i niższą jakością
            wykonywanej pracy.
            Reszta Twojego postu świadczy o tym, że należysz do tłumaczy psujących rynek i
            przyczyniających się do tego, że wydawcy czują się bezkarni, więc nie rozumiem
            dlaczego tym się chwalisz. Jestem w stanie pojąć, że za taką stawkę zgadza się
            pracować debiutant, który chce dopiero zaistnieć, ale z motywacji finansowej?
            Przecież byle jakie komercyjne tłumaczenie jest lepiej płatne. Potem Twoja
            reakcja na złamanie umowy przez wydawnictwo i jaskrawe lekceważenie tłumacza:
            uszy po sobie i wzięcie jałmużny, w sytuacji gdy należy Ci się pełne
            wynagrodzenie (do tego nie jest potrzeba sprawa sądowa, wystarczy nakaz
            zapłaty) i odszkodowanie za niewydanie książki.
            I co można zrobić, jak ludzie Twojego pokroju dominują wśród tłumaczy? Wydawcy
            zawsze będą nami pomiatać, skoro im na to pozwalacie.

            Paweł
            • 1802l Re: A może... 19.12.05, 17:09
              Nie, wcale sie nie chwalę, wprost przeciwnie, jestem wsciekła. Wydawca po
              prostu wykorzystał, że po paroletniej przerwie wróciłam do tłumaczeń -
              zaczynałam jakby na nowo. A "jałmuznę" wzięłam, bo po prostu nie miałam już ani
              grosza. Ta połowka wynagrodzenia akurat pozwoliła mi przetrwać do chwili, gdy
              wpłynęły inne honoraria (za artykuły). Jak sie jest wolnym strzelcem, to czasem
              tak jest...
              Wydawnictwo skreśliłam, ale na razie nie udało mi się nawiązać współpracy z
              innymi i piszę tylko to do jednego czasopsima, to do drugiego, ale też płacą
              marnie. I co? Duma duma, solidarność zawodowa solidarnością, ale jeść trzeba!
    • moony7 Na grabarza czy pisarza? 29.11.05, 17:13
      Właśnie dostałam propozycję od bardzo dużego wydawnictwa. Zgodzą się łaskawie
      wydać moją książkę. Hurrrraaa! Dostanę po półtora roku pracy 2000 PLN zaliczki,
      płatne za jakieś pół roku plus 6% od sprzedanych egzemplarzy, płatne za rok.
      Ile sprzedadzą, nie wiadomo. Nie śmiem obliczać ile tego będzie. Idę na kurs
      grabarski. Ma ktoś może namiar?
      • tetys Re: Na grabarza czy pisarza? 29.11.05, 17:22
        Nie no, gratulacje, a w jakim nakładzie wydają?
        No i 6 % to raczej mało...
        Ale jam jest laik bez doświadczenia:)
      • rekwizytornia Re: Na grabarza czy pisarza? 29.11.05, 18:39
        No wiesz, taki cię zaszczyt kopnął, a ty jeszcze narzekasz! A urżnąć się z
        radości to nie łaska, hę? Widziałaś kiedyś trzeźwego grabarza? Ćwicz, kobieto,
        ćwicz, póki masz za co! Ech, co za naród niewdzięczny jakiś...

        Pozdrawiam
        Rekwizytornia

        -------------------------------------------------------
        • senseeko Re: Na grabarza czy pisarza? 29.11.05, 18:55
          rekwizytornia napisała:

          > Ech, co za naród niewdzięczny jakiś...
          A już ci autorzy to zupełnie! W głowach im się poprzewracało! Jak powiedział
          pewien wydawca: "nie lubię i nie wydaję polskich autorów, bo oni myslą tylko o
          pieniądzach!"
          Swoją drogą - 6%... od ceny brutto, czy netto? Wychodzi na to, ze im większe i
          bardziej znane wydawnictwo tym niższy procent proponuje autorowi. Ciekaawe... a
          wydawałoby się, ze powinno być odwrotnie. Prawa Parkinsona czy Murphy'ego?

          No cóż! Niech się autor cieszy, że moze sobie pisać. Bo taki zwykły człowiek
          nie potrafi i dlatego musi wydawać pieniądze na książki. A autor może sobie
          taką książkę napisać sam i zaoszczęddzic na jej zakupie. Tylko, że autor tego
          nie rozumie. On by jeszcze chciał na tym zarobić. Za grosz idealizmu
          młodzieńczego czy chocby zwykłego ludzkiego! Zero zwykłych ludzkich uczuć! A
          powołanie pisarza to gdzie?
          Niech sobie autor popatrzy na tych wszystkich Wielkich pisarzy, czy poetów.
          Niech z nich bierze przykład! Ktory z nich był sławny za zycia? Tylko ten
          grafoman Sienkiewicz! Cała reszta głodem przymierała jak na prawdziwego
          geniusza przystało a dopiero po śmierci ludzkość ich doceniła i dziś dzieci w
          szkołach się o nich uczą. A Ty moony chciałabys tak zwyczajnie, bez wysiłku,
          rzekłabym - rzemieślniczo. A genijusz gdzie?
          • szwedzka.pl Re: Na grabarza czy pisarza? 30.11.05, 00:54
            senseeko napisała:
            > A już ci autorzy to zupełnie! W głowach im się poprzewracało!

            No pewnie, że poprzewracało. Fochy mają, że grabarz więcej dostaje. A panie,
            ten pisarz taki to se siądzie w ciepełku, na głowę mu nie kapie, na papierze
            sobie skrobie, nawet sie nie spoci, a taki grób, panie szanowny, wykopać, to
            nie w kij dmuchał, to przecie ze dwa metry są, a jak deszcz pada, też kopać
            trza, ludziska przecie nie umierają tylko w pogodę. No i praca, jak to sie
            mówi, stresowa jest, przy trupach, to przecie normalny człek na trzeźwo nie da
            rady, golnąć sobie musi, a wódka, panie, kosztuje przecie. Nie kosztuje? No
            właśnie mówie, że kosztuje. I to dużo. A taki pisarz, panie, abstynent musi
            być, bo od wódki to szare komórki giną, nie giną? no właśnie, giną, to ten
            pisarz mniejsze wydatki ma, bo na wódkę nie potrzebuje. Z trupami też sie nie
            zadaje, chyba że panie, ten, kryminał, pisze, no to wtedy sam te trupy wymyśla.
            Ale weźmie na takiego trupa sąsiada, co mu psa otruł, wie pan, to sie
            pierwowzor nazywa, i jeszcze radoche ma. No to jak panie tu za radoche
            płacić?

            Paweł
      • szwedzka.pl Re: Na grabarza czy pisarza? 30.11.05, 00:28
        Jak to ujął Zbigniew Kruszyński: "mimo wszystko łatwiej umrzeć z głodu będąc
        autorem niż tłumaczem". Biorąc pod uwagę wysokość płac oraz fakt, że niektóre
        osoby muszą dostać pensję nie po roku czy półtora, tylko do dziesiątego
        następnego miesiąca, bo inaczej PIPa się pofatyguje, hierarchia w wydawnictwie
        wygląda następująco: najpierw jest prezes, potem księgowa, po nich redaktor,
        grafik i korektor, następnie sprzątaczka, po sprzątaczce jej miotła i kupka
        gówna, którą musi wyczyścić, potem długo, długo nic, a na końcu są tłumacz i
        autor.

        Paweł
    • moony7 jak nie patrzeć dupa z tyłu 29.11.05, 20:12
      Brutto, oczywiście. 10% to marzenie, miałam i taką propozycję, ale z niej nie
      skorzystałam, głupia. Tak czy inaczej to daje 1,2 - 2 PLNy za sprzedany
      egzemplarz, a że ja nie mam nazwiska (jakoś tak się porobiło), to nie mam co
      liczyć na sprzedaż rzędu 50 tysięcy, którą to kasę chętnie bym sobie kiedyś
      obejrzała. Płacą zaliczkę, ale potem ją odbierają od pierwszej wypłaty.
      Nie masz nazwiska - nie sprzedajesz, nie sprzedajesz - nie masz nazwiska.
      Tak to się jakoś porobiło. Kiedy zaczynałam pisać, myślałam, że robię to dla
      pieniędzy, teraz już wiem, że satysfakcja musi mi wystarczyć. To tak a propos
      powołania. Według mnie to niegroźna dla otoczenia choroba umysłowa. Ale co tam
      sobie namotamy tym naszym bohaterom to nasze. Bycie Bogiem to drogie hobby.
      • czarnaba Re: jak nie patrzeć dupa z tyłu 29.11.05, 20:50
        Moony, chcąc pokrzepić Cię na duchu (w tej chorobie umysłowej), zacytuję tu
        Orianę Fallaci, którą właśnie czytam:
        "Żyję z moich książek. Z mojego pisarstwa. Żyję z tantiem: procentu, jaki autor
        otrzymuje od każdego sprzedanego egzemplarza. I jestem z tego dumna. Jestem
        dumna, chociaż procent ten jest mały, czy wręcz niezauważalny. Suma, która
        zwłaszcza w przypadku paperbacków (jeszcze gorzej - tłumaczeń) nie starcza na
        kupienie pół ołówka (...) Ale nie piszę dla pieniędzy. Nigdy nie pisałam dla
        pieniędzy. Nigdy. Nawet wtedy, kiedy byłam bardzo młoda i strasznie ich
        potrzebowałam..."

        Pozdrawiam :))
        • rekwizytornia Re: jak nie patrzeć dupa z tyłu 29.11.05, 21:27
          Coś z mojego podwórka - Jul Słowacki do biednych nie należał, a pracą inną niż
          pisanie się nie zhańbił ;-) Zapobiegliwy tatuś zostawił mu mały majątek, zaś
          sam Jul sprytnie wykorzystał wiedzę zdobytą na studiach, by z powodzeniem grać
          na giełdzie i fundusze rozmnażać. A wydawał wszystko na koszt własny.

          Ech, ja mam już kwalifikacje kociej niani, może rozkręcę interes? Nigdy nie
          wątpiłam, że z pisania żyć się nie da, chociaż chciałabym żyć pisaniem - ale
          żeby było tak źle? Tak upokarzająco? Żeby czasu brakowało, żeby człek stawał
          przed wyborem: sen czy pisanie, bo od rana do późnych godzin popołudniowych lub
          wieczornych zarabia na pajdę chleba?... Witaj, twarda rzeczywistości! Wracam do
          zlecenia, które łaskawe wydawnictwo złożyło na me drżące ręce ;-)

          Rekwizytornia
      • senseeko nazwiska 29.11.05, 21:19
        moony7 napisała:

        > a że ja nie mam nazwiska (jakoś tak się porobiło), to nie mam co
        > liczyć na sprzedaż rzędu 50 tysięcy,
        /.../
        > Nie masz nazwiska - nie sprzedajesz, nie sprzedajesz - nie masz nazwiska.

        Może trzeba było wymyśleć jakiś chwytliwy pseudonim? Podwójne nazwiska źle się
        sprzedają, bo ludziom trudno spamiętać.
        Ale dziwi mnie to o tyle, ze w końcu "Tata, a Marcin powiedział" miało naprawdę
        dobrą oglądalność a jednak nazwiska autorki nie zapamiętałam i jedyne z czym mi
        się kojarzy, to Fronczewski... Dlaczego?
        • tetys Re: nazwiska 29.11.05, 22:32
          Generalnie najlepiej jest mieć na nazwisko Rowling, lub Kapuściński. Nawet,
          gdyby teraz wydali kompletnego g n i o t a to i tak byłby bestsellerem:) Żeby
          zaistnieć naprawdę nie trzeba napisać wspaniałego dzieła...trzeba wiedzieć jak
          je sprzedać;/

          Przykłady? Ostatnio "S@motność w sieci", książki Ludluma...przecież większość
          jego "dzieł" to nieprzeciętnie nudna pisanina, przewidywalna i prosta. Nie
          mogłem przedostać się przez "Klątwę Prometeusza". Boże! "Posłuchajcie -
          powiedział Arab, który nie był Arabem" i "nacisnął klawisz domofonu wskazującym
          palcem prawej dłoni" i wszędzie te niepotrzebne, dokładne opisy ze szczegółami.
          Ale cóż, New Yor Times napisze "bestseller" i sprzedaż liczymy w tysiącach...
          Na jego dwadzieścia kilka książek może ze 3 były dobre. Te, które pisał z
          pasji, nie dla pieniędzy:)

          Ale to już wiemy. Pytanie. Jak wydać, żeby zarobione pieniądze były adekwatne
          do czasu, który poświęciliśmy na pisanie?
          Ejże! Może teraz przyjdzie era pisania 'na godziny'? Piszemy w wordzie na czas,
          sprawdzamy ile czasu nam to zajęło, a wydawcy płacą równą stawkę za godziny?
          Przecież teraz ewidentnie większość nowości pisana jest by zarobić. I może to
          być nędzna pisanina bez wartości literackiej, literatura przez małe "l" a
          sprzeda się w nakładzie 100 000 :(
          • rekwizytornia Re: nazwiska 29.11.05, 22:49
            Zdarzało mi się pisać na czas, ale teksty reklamowe, nie zaś literackie :-) Za
            każdą rozpoczętą godzinę pracy. Kto wie, może taka nas czeka przyszłość.

            Przykład Ludluma - a z naszego podwórka: Chmielewskiej - pokazuje, że owszem,
            nazwisko się sprzeda, tylko czytelnika może potem krew nagła zalać. Kupując
            sprawdzone (podobno) nazwisko, dostaje byle co, gniota pisanego chyba na
            kolanie, żeby było co wydać. Ja już się nie rzucam jak łysy na grzebień. Biorę
            do łapki i czytam. Obawiam się, że jeszcze trochę wody w rzekach upłynie
            (metaforyka akwatyczna coś mi podchodzi) i nawet nazwisko przestanie znaczyć
            cokolwiek.

            A jakby mało było tego, że autorzy obniżają poziom, to i wydawnictwa dokładają
            swoje. Ostatnio wpadł mi w ręce pewien zbiór opowiadań fantasy. Jak Boga
            kocham, wydawcę uratował tylko fakt, że nie chciało mi się z Wrocławia do
            Warszawy w środku nocy biec. Pomordowałabym wszystkich, jak leci. Korektorka
            chyba miała gorączkę, w każdym akapicie roiło się od byków. I dałabym sobie
            ręce odrąbać, że tłumaczenie z angielskiego (tragiczne!) redaktorskiej troski
            nie uświadczyło. Wystosowałam maila, plując na wydawcę oburzeniem i cytatami.
            Proszę bardzo, moi ulubieńcy:

            >>Dwóch traperów, którzy chwalili się, że polowali na zwierzynę w zakazanych
            lasach stwierdzali, że najśmielsi z zabójców nie mieli w ogóle litości.<<

            >>By zwiększyć jeszcze jej niepokój, wiadra na nosidłach zakołysały się podczas
            jej podskoku i woda chlupnęła na piasek.<<

            Albo fragment, z którego nic nie zrozumiałam, za to pękłam niemalże ze śmiechu
            (przez łzy gorzkie, rzęsiste):

            >>Albowiem Upiory Mgły, które zdusiły krainy zachodu, kontynuowały swoją
            nieubłagalną inwazję. Groźba nie wydawała już się odległa ani nierealna, gdy
            cal po calu, pomimo twardej i upartej walki, padały kolejne północne królestwa.
            Kiedy wtargnęły tak daleko na południe, że zbliżyły się do Melhalli,
            nadpełzająca groźba zaczęła zaciemniać nawet codzienne rozmowy. Wisząca w
            powietrzu możliwość świata straconego dla słońca rzucała cień na przyszłość.
            Karawany z jedwabiem zmierzające z Atchaz do Innish przynosiły wieści o
            nieubłaganie powtarzających się klęskach. W desperackiej walce, kawałek po
            kawałku, pomimo magicznego wsparcia, rozdarte wojną strzępy obrońców Athery
            traciły grunt.<<

            Ech, szkoda gadać...
            • szwedzka.pl Re: nazwiska 01.12.05, 23:53
              Jestem zdania, że powinnaś spróbować tę książkę zareklamować jako wadliwy
              produkt. Byłby to precedens, który w końcu może zmusiłby wydawnictwa do dbania
              o poziom językowy tłumaczeń. W tej chwili podstawą reklamacji są jedynie wady
              techniczne książki, np. niezadrukowane strony, a nie to, co stanowi jej
              tworzywo, czyli język. Tymczasem, poza zwyczajem, nie ma żadnego powodu, by ten
              element produktu był wyłączony spod reklamacji.
              Wszelkie uwagi wysyłane mailem wydawnictwo ma tam, gdzie autorów i tłumaczy,
              książkę opchnęło, więc niech klient się burzy, grunt, że zapłacił. Konieczność
              zwrotu pieniędzy to już większy problem.
              Inną metodą jest wysłanie skargi do wydawnictwa zagranicznego. Zazwyczaj w
              umowie licencyjnej jest zastrzeżenie, że przekład ma być wykonany przez
              kompetentnego tłumacza. Tyle że nie jest to kontrolowane. Skarga czytelnika
              może doprowadzić do tego, że wydawnictwo zagraniczne zechce sprawdzić, czy ten
              punkt umowy został dotrzymany.

              Paweł
              • rekwizytornia Re: nazwiska 02.12.05, 22:56
                Książkę dostałam od przyjaciół. Napaliłam się na nią straszliwie, jako że jedno
                z opowiadań wyszło spod ręki mojej ulubionej pisarki fantasy. Szlag mnie trafił
                po kilku stronach, a potem było już tylko gorzej. Pal licho błędy, pal licho
                koszmarną żywą paginę, która jeno dezorientuje, pal licho okładkę z piekła
                rodem. Ale tłumacz to się nie popisał. Dosłownie przełożył angielskie
                konstrukcje - znam język, więc widzę, co gdzie było. To jest naprawdę
                wkurzające, a czasami wręcz uniemożliwia zrozumienie zdania. Powtórzenia,
                oczywiste idiotyzmy (pardon my French)... Redaktora, królestwo za redaktora!
                Znającego język polski!!!
                Dzieło zostanie na mojej półce gwoli przestrogi na przyszłość. Ale jak jeszcze
                parę razy tam zajrzę i się wścieknę, to chyba amerykańskiego wydawcę znajdę i
                napiszę doń parę słów w języku zgniłego kapitalizmu. A co, życzliwa będę!

                Rekwizytornia
                • senseeko Re: nazwiska 18.12.05, 22:51
                  rekwizytornia napisała:

                  > Dzieło zostanie na mojej półce gwoli przestrogi na przyszłość. Ale jak
                  jeszcze
                  > parę razy tam zajrzę i się wścieknę, to chyba amerykańskiego wydawcę znajdę i
                  > napiszę doń parę słów w języku zgniłego kapitalizmu. A co, życzliwa będę!

                  Napisz napisz! Jak wspomnę koszszmarrrrrrrrne tłumaczenia niektorych książek,
                  to.... najłagodniej mówiąc nóż się w kieszeni otwiera.
                  Nie wiem kto zatrudnia takich pseudotłumaczy, ale to zbrodnia na żywym
                  organizmie! Jak raz czy drugi dostaną OPR od licencjodawcy zagranicznego to
                  moze pójdą po rozum do głowy?
                  Dotąd mi nie przyszło do głowy by pisać do zagranicznego wydawnictwa, choc
                  kilka razy byłam bliska pisanie do polskiego wydawcy. Zawsze jednak cos takiego
                  wypadło, ze nie miałam kiedy, a potem nie miałam juz książki i... tumacz-tuman
                  ma się dobrze.
                  Ale jak mnie znowu taki jeden z drugim wkurzy...
        • moony7 bo scenarzyści nie mają nazwisk 30.11.05, 08:38
          dlatego wolę umierać z głodu pisząc powieści ;)))
    • tetys nazwiska c.d 29.11.05, 22:40
      Sprawdźmy np. bestsellery USA w kategorii FICTION:
      1 9 9 0

      F I C T I O N

      1. The Plains of Passage, Jean M. Auel

      2. Four Past Midnight, Stephen King

      3. The Burden of Proof, Scott Turow

      4. Memories of Midnight, Sidney Sheldon

      5. Message from Nam, Danielle Steel

      6. The Bourne Ultimatum, Robert Ludlum

      7. The Stand: The Complete and Uncut Edition, Stephen King

      8. Lady Boss, Jackie Collins

      9. The Witching Hour, Anne Rice

      10. September, Rosamunde Pilcher

      1 9 9 1

      F I C T I O N

      1. Scarlett: The Sequel to Margaret Mitchell's "Gone with the Wind," Alexandra
      Ripley

      2. The Sum of All Fears, Tom Clancy

      3. Needful Things, Stephen King

      4. No Greater Love, Danielle Steel

      5. Heartbeat, Danielle Steel

      6. The Doomsday Conspiracy, Sidney Sheldon

      7. The Firm, John Grisham

      8. Night Over Water, Ken Follet

      9. Remember, Barbara Taylor Bradford


      1 9 9 2

      F I C T I O N

      1. Dolores Claiborne, Stephen King

      2. The Pelican Brief, John Grisham

      3. Gerald's Game, Stephen King

      4. Mixed Blessings, Danielle Steel

      5. Jewels, Danielle Steel

      6. The Stars Shine Down, Sidney Sheldon

      7. Tale of the Body Thief, Anne Rice

      8. Mexico, James A. Michener

      9. Waiting to Exhale, Terry McMillan

      10. All Around the Town, Mary Higgins Clark

      1 9 9 3

      F I C T I O N

      1. The Bridges of Madison County, Robert James Waller

      2. The Client, John Grisham

      3. Slow Waltz at Cedar Bend, Robert James Waller

      4. Without Remorse, Tom Clancy

      5. Nightmares and Dreamscapes, Stephen King

      6. Vanished, Danielle Steel

      7. Lasher, Anne Rice

      8. Pleading Guilty, Scott Turow

      9. Like Water for Chocolate, Laura Esquivel

      10. The Scorpio Illusion, Robert Ludlum

      1 9 9 4

      F I C T I O N

      1. The Chamber, John Grisham

      2. Debt of Honor, Tom Clancy

      3. The Celestine Prophecy, James Redfield

      4. The Gift, Danielle Steel

      5. Insomnia, Steven King

      6. Politically Correct Bedtime Stories, James Finn Garner

      7. Wings, Danielle Steel

      8. Accident, Danielle Steel

      9. The Bridges of Madison County, Robert James Waller

      10. Disclosure, Michael Crichton

      1 9 9 5

      F I C T I O N

      1. The Rainmaker, John Grisham

      2. The Lost World, Michael Crichton

      3. Five Days in Paris, Danielle Steel

      4. The Christmas Box, Richard Paul Evans

      5. Lightning, Danielle Steel

      6. The Celestine Prophecy, James Redfield

      7. Rose Madder, Stephen King

      8. Silent Night, Mary Higgins Clark

      9. Politically Correct Holiday Stories, James Finn Garner

      10. The Horse Whisperer, Nicholas Evans
      1 9 9 6

      F I C T I O N

      1. The Runaway Jury, John Grisham

      2. Executive Orders, Tom Clancy

      3. Desperation, Stephen King

      4. Airframe, Michael Crichton

      5. The Regulators, Richard Bachman

      6. Malice, Danielle Steele

      7. Silent Honor, Danielle Steel

      8. Primary Colors, Anonymous

      9. Cause of Death, Patricia Cornwell

      10. The Tenth Insight, James Redfield


      1 9 9 7

      F I C T I O N

      1. The Partner, John Grisham

      2. Cold Mountain, Charles Frazier

      3. The Ghost, Danielle Steel

      4. The Ranch, Danielle Steel

      5. Special Delivery, Danielle Steel

      6. Unnatural Exposure, Patricia Cornwell

      7. The Best Laid Plans, Sidney Sheldon

      8. Pretend You Don't See Her, Mary Higgins Clark

      9. Cat & Mouse, James Patterson

      10. Hornet's Nest, Patricia Cornwell

      1 9 9 8

      F I C T I O N

      1. The Street Lawyer, John Grisham

      2. Rainbow Six, Tom Clancy

      3. Bag of Bones, Stephen King

      4. A Man in Full, Tom Wolfe

      5. Mirror Image, Danielle Steel

      6. The Long Road Home, Danielle Steel

      7. The Klone and I, Danielle Steel

      8. Point of Origin, Patricia Cornwell

      9. Paradise, Toni Morrison

      10. All Through the Night, Mary Higgins Clark

      Przecież to wciąż te same nazwiska! A wartość literacka tych książek? Czy można
      w jednym roku wydać kilka książek przez duże K? NIE! Bo pisanie to ciężka
      praca, a pisarze 'z nazwiskami' coraz częściej piszą dla pieniędzy, nie dla
      ludzi. I tak się sprzeda, i tak. Więc po co się przemęczać?

      Oczywiście nie wszyscy. Ale jednak...
    • przecinak.na.przecinek Re: Na grabarza czy tłumacza? 30.11.05, 11:36
      Nie no, trzy stówy to chyba jakiś żart, niech wydawca spada na drzewo. Mnie tam
      bardziej niepokoi powszechne 5 stów brutto za arkusz - od paru lat śliczny ten
      próg ani drgnie, przynajmniej w dużych wydawnictwach, małe czasem potrafią
      postarać się o dotację i coś z tego odpalić tłumaczowi. Toczyłam ostatnio bój o
      wściekle trudną książkę (po każdych kilkunastu stronach muszę robić kilkudniową
      przerwę, żeby przetrawić całą imprezę) - i co? Ano nic, usłyszałam, że jeśli
      zażądam więcej, książka wyleci z planu, bo i tak zapowiada się na deficytową
      (podobno opowiadania marnie się sprzedają :/). Skapitulowałam - autorka jest
      świetna, długo już nad nią pracuję i po prostu mi zależy (a to jest samobójcze
      podejście do sprawy, wydawcy na kilometr wyczuwaja zafasynowanego tłumacza).
      Fajne jest też rozbijanie wynagrodzenia na kilka rat i odwlekanie wypłat,
      zaliczka po dwu miesiącach, osiem tygodni (!!) na przyjęcie przekładu i takie
      tam. Nie wiem, czy cokolwiek poza strajkiem generalnym może obudzić wydawców. Na
      razie proponuję marudzić, negocjować do upadłego i choćby czasami odmawiać,
      inaczej usque ad defecatam mortem będziemy zasuwać za dobre słowo i minimum
      socjalne bez ZUSu.
      • hajota Re: Na grabarza czy tłumacza? 30.11.05, 11:50
        Do wszystkich słusznych uwag przedpiśców dodam jeszcze spostrzeżenie, że praca
        tłumacza literackiego (w szerokim tego słowa znaczeniu) nie jest na ogół
        traktowana jako odrębny zawód, tylko chałtura służąca uzupełnianiu budżetu
        domowego - "dorabiał tłumaczeniami".
        • przecinak.na.przecinek Re: Na grabarza czy tłumacza? 30.11.05, 12:55
          Tjaaaa... A kilkutygodniowe przetrzymywanie kasy po terminach płatności, i tak
          już rozciagnietych jak gumka w spranych majtkach, nic a nic nam nie szkodza, bo
          przecież na pewno mamy etaty jak normalni ludzie, a nadprogramowe dochody z
          tłumaczeń przepuszczamy na dragi i szybkie auta.
          Lubię za to ogladać miny wydawców, kiedy odmawiam tłumaczenia jakiegoś mojego
          przyjezdnego autora na spotkaniach na żywo, i sierotki dębieją na widok stawek
          speców z agencji... Czy wydawcy w końcu zrozumieją, że tł. literatury i tł.
          symultaniczne czy konsekutywne, w dodatku w obie strony, to dwa różne zawody,
          dwie różne i wręcz gryzące się ze sobą techniki? Znam trzy osoby, które zajmują
          się jednym i drugim - niestety żadnym dobrze, co mnie wcale nie dziwi. Przecież
          to schizofrenika trzeba do takiej kombinacji... Hm, albo ułomna jestem jakaś i
          zawiść w obliczu alf i omeg mnie zżera, też możliwe.
        • szwedzka.pl Re: Na grabarza czy tłumacza? 01.12.05, 00:41
          Ale za to wydawcy, płacąc coś pomiędzy jałmużną a kieszonkowym, wyznaczają
          takie terminy, że osiem godzin dziennie na tłumaczenie to mało.

          Paweł
      • szwedzka.pl Re: Na grabarza czy tłumacza? 01.12.05, 00:26
        przecinak.na.przecinek napisała:
        >usłyszałam, że jeśli
        > zażądam więcej, książka wyleci z planu, bo i tak zapowiada się na deficytową
        > (podobno opowiadania marnie się sprzedają :/)

        Wciskanie kitu, wydawcy książek zapowiadających się na deficytowe podzielili
        nad Wisłą los dinozaurów. Wydawnictwom źle sprzedaje się to, za co akurat nie
        chcą płacić. Kiedy oburzałem się na brak płatności, napisał do mnie osobiście
        prezes wydawnictwa, zniesmaczony, jak w ogóle śmiem domagać się pieniędzy,
        skoro on w ramach krzewienia kultury wydał mi książkę, na której stracił, i
        powinienem mu okazać wdzięczność, a nie zgłaszać pretensje. Porozmawialiśmy
        więc sobie za pośrednictwem sądu, który niestety nie docenił wkładu prezesa w
        rozwój kultury, tylko nakazał mu płacić. Po jakimś czasie wydawnictwo zgłosiło,
        że chce tę książkę wznowić. Od razu zorientowałem się, że prezes działa na
        szkodę firmy, no bo wznawianie książek, które przynoszą straty, musi prowadzić
        do bankructwa. Chcąc więc ratować wydawnictwo, wypowiedziałem umowę i nie
        dopuściłem do wznowienia (złośliwcy wprawdzie twierdzą, że nie dopuściłem, bo
        wydawnictwo za wznowienie nie miało zamiaru mi płacić, ale czego to źli ludzie
        nie powiedzą, żeby oczernić bliźniego). Niestety, mój heroiczny i szlachetny
        czyn na niewiele się zdał, prezes był lepszy i firmę rozłożył, ostatnio
        przejęło ich inne wydawnictwo.

        >Nie wiem, czy cokolwiek poza strajkiem generalnym może obudzić wydawców.

        To jest oczywiście nierealne. Moim zdaniem, jedyny ratunek w doprowadzeniu do
        tego, żeby wydawcom zaczęło zależeć na jakości tłumaczeń. W tej chwili
        stawianie na jakość to tylko pozór. Niewykonalne terminy, niskie stawki
        powodują, że słabsi, mniej rzetelni tłumacze wypierają tych lepszych. Przy
        rzadszych językach pomija się kolacjonowanie, niezwykle przecież istotny etap
        redakcji.
        Jak to zrobić? Postulowałem swego czasu zespół przy Bibliotece Narodowej, który
        zajmowałby się oceną tłumaczeń. Pomysł nadal uważam za znakomity, ale taki
        zespół wymaga decyzji ministerialnej. Oddolnie - i to jest świeży pomysł -
        można zrobić portal internetowy, który zamieszczałby rzetelne analizy
        przekładów plus ewentualne odpowiedzi tłumaczy oraz ranking wydawnictw.
        Niestety, pomysł mogę tylko rzucić, gdyż prowadzenie takiego portalu wymaga
        czasu, którym nie dysponuję. Noszę się jednak z myślą, żeby zrobić coś takiego
        w węższym zakresie i oceniać przekłady z j. szwedzkiego.

        Paweł
    • moony7 Właśnie odmówiłam 30.11.05, 14:52
      Ciekawe, czy się zdziwią? Łatwo mi mówić, kto inny wziął tekst za lepsze
      pieniądze, większe wydanie (to akurat nie ma żadnego znaczenia) i lepszy
      procent. Ale już z umową byłam u prawnika. Wydawnictwo (czwarte, z którym
      pracuję jako autorka) przyjęło poprawki. Więc można negocjować? O?! Ciekawostka.
      Ostatecznie dzięki temu, że miałam innych wydawców w odwodzie, udało mi się
      wynegocjować nieco większą zaliczkę. Nie jest to jakiś oszałamiający sukces,
      ale spróbujmy się może nie godzić na te hańbiące warunki? Chociaż dla wprawy
      proponujmy korzystniejsze dla nas warunki. Nie od razu Kraków budowano, ale to
      my podpisujemy te umowy.
      • pastelova Re: Właśnie odmówiłam 30.11.05, 15:55
        tak sobie czytam i tak sobie myślę, że może lepiej wziąć kredyt z banku i
        samodzielnie wydac książkę? zupełnie nie znam się na procedurze takiego
        działania, ale może w świetle głodowych zaliczek, okradania autorów z tantiem,
        zlodziejskich procentów od sprzedanego egzemplarza ma to sens?
        nie wiem.
        jak sądzicie?
        pastel
        • moony7 to jest pomysł 30.11.05, 17:39
          Ale wydaje mi się, że raczej dla uznanych autorów. Tak właśnie zrobili
          chociażby: Chmielewska, Grochola, Wołoszański. Tokarczuk próbowała i chyba nie
          wyszło. Wydanie to nie problem. Chyba trudność polega na dystrybucji i
          ściągnięciu kasy od odbiorców vide problemy Matras Wrocław.
          Wydanie książki to koszt rzędu jakieś 5 PLN za sztukę (przy nakładzie 3
          tysiące, jeśli sobie jako autorowi nie płacimy jeszcze mniej), czyli 15 000.
          Dla niektórych autorów to dużo. Niewielu ma doświadczenie biznesowe (księgarnie
          nie biorą książki osoby bez nazwiska, bo jej nie sprzedadzą, jak im ją wcisnąć
          mimo wszystko? i jeszcze żeby stała na wystawie?) i marketingowe (z jedną
          ksiażką latać po Polsce? sprzedaż ograniczyć do internetu?), układy z mediami
          (bez promocji książka nie zaistnieje), bezczelność, by podoić ewentualnych
          sponsorów (skąd wziąć na reklamę, która jest droga jak szlag? dołożyć dodatkowe
          15 000 PLN?).
          Wielu autorów to utalentowani ludzie, którzy żyją we własnym wyidealizowanym
          świecie i na tym żerują wydawcy. A przecież każdy powinien robić to, co umie
          najlepiej i móc się z tego utrzymać. W systemie, który szczęśliwie mamy za
          sobą, co prawda wciąż brakowało papieru, ale jak już cię wydawali, to żyłaś za
          to minimum pół roku. Teraz na czynsz nie starczy i skąd tu jeszcze wziąć kasę
          na wydanie książki?
          Ale pracuję nad tym.
          Pozdrawiam.
        • barbara7 Re: Właśnie odmówiłam 30.11.05, 17:39
          Raczej tego nie próbuj, jeśli nie masz sporej kasy na działania marketingowe.
          Już kiedyś tu ustykiwaliśmy na to, że problemem nie jest samodzielne wydanie
          książki, a właśnie jej sprzedaż.
    • ben-oni Re: Na grabarza czy tłumacza? 01.12.05, 21:56
      Widzisz - literatura do życia nie jest niezbędna a trupa pogrzebać TRZEBA!
    • loisaida Re: Na grabarza czy tłumacza? 15.12.05, 13:22
      Niestety, stawka 300 zł za arkusz wcale nie występuje tak rzadko w przyrodzie.
      Nie wiem, czy skleroza mnie nie zawodzi, ale wydaje mi się, że kilka lat temu
      czytałam w biuletynie (lub na stronie internetowej) STP, że jest to najniższa
      stawka, na jaką tłumacz literatury - zdaniem STP - może się zgodzić. I ze
      słyszenia (a także z lektury tego forum) wiem, że wielu tłumaczy się godzi
      (dotyczy to zwłaszcza tych naszych kolegów, którzy współpracują z wydawnictwami
      spoza Warszawy, w tej ostatniej faktycznie rzadko się zdarza stawka niższa od
      500 zł za arkusz). Natomiast ostrożna byłabym w ferowaniu wyroków. Tłumaczenie
      za 300 zł wcale nie musi być gorsze od tłumaczenia za 500. Wręcz przeciwnie.
      • hajota nienie 15.12.05, 14:38
        STP, o ile pamiętam, sugerowało stawkę 30 zł za stronę.
        • loisaida Re: nienie 15.12.05, 15:28
          hajota napisała:

          > STP, o ile pamiętam, sugerowało stawkę 30 zł za stronę.

          Hm... Jeśli tak, to przepraszam za wprowadzenie w błąd (wiek już nie ten i
          skleroza mocno zaawansowana). Choć, z drugiej strony, czy to możliwe, by STP
          wykazało się aż tak wielką nieznajomością rynku? 30 zł za stronę daje ok. 660 zł
          za arkusz! Przypominam, że mówimy o NAJNIŻSZEJ z możliwych do przyjęcia stawek
          za tłumaczenie LITERATURY.
          • hajota Re: nienie 15.12.05, 18:09
            Z tego, co mi relacjonowano, wiem, że STP tylko sugerowało, żeby tłumacze
            literaccy domagali się takiej stawki. Rozesłało też pismo okólne po
            wydawnictwach. O reakcjach wydawców nic mi nie wiadomo. Było to w każdym razie
            ładnych parę lat temu.
            Czy uważasz, że to stawka wygórowana za tłumaczenie literackie? Są wydawnictwa,
            co prawda bardzo nieliczne, które tyle płacą, a nawet więcej.
            • loisaida Re: nienie 15.12.05, 19:58
              hajota napisała:

              > Z tego, co mi relacjonowano, wiem, że STP tylko sugerowało, żeby tłumacze
              > literaccy domagali się takiej stawki. Rozesłało też pismo okólne po
              > wydawnictwach. O reakcjach wydawców nic mi nie wiadomo. Było to w każdym razie
              > ładnych parę lat temu.

              Z tego z kolei, co ja pamiętam, STP mówiło o minimalnej stawce 300 zł za arkusz
              i górnej, której już nie pamiętam :-(. Zresztą, nieważne, chyba niepotrzebnie o
              tym wspominałam, przedtem się nie upewniwszy, jak naprawdę było. Przepraszam za
              sianie zamętu. Swoją drogą, ciekawa jestem, czy ktoś ma dostęp do starych
              biuletynów STP i mógłby rozwiać nasze wątpliwości...

              > Czy uważasz, że to stawka wygórowana za tłumaczenie literackie? Są wydawnictwa,
              > co prawda bardzo nieliczne, które tyle płacą, a nawet więcej.

              Nie o to chodzi, co ja uważam. Ważniejsze, co uważają wydawnictwa :-(. Pewnie,
              nie miałabym nic przeciwko temu, żeby dostawać 660 zł za arkusz. I żeby to
              jeszcze była minimalna stawka, jaką mi się proponuje! Rzeczywistość jest jednak
              inna. I żeby wszystko było jasne: również uważam, że stawka 300 zł za arkusz
              jest haniebnie niska. Choćby dlatego, że doprowadza do skrajnych sytuacji: oto
              ktoś zmuszony jest tłumaczyć 10-12 książek rocznie, żeby jakoś związać koniec z
              końcem. Podejrzewam, że gdyby zaproponowano mu 66o zł za arkusz, nie musiałby
              dokonywać takich cudów ekwilibrystyki...
              • hajota Re: nienie 15.12.05, 20:08
                Mam gdzieś stare biuletyny STP i w wolnej chwili sprawdzę. Albo zapytam kolegę,
                który, zdaje się, brał udział w redagowaniu tego listu do wydawnictw.
                Co do reszty - zgadzam się z Tobą.
                • senseeko Re: nienie 20.01.06, 19:29
                  Sprawdziłaś może?
                  • hajota Re: nienie 20.01.06, 19:51
                    Kolegę pytałam - nie pamięta. Do biuletynów jeszcze nie zajrzałam, przyznaję się
                    bez bicia, że zapomniałam. Nie dziś, nie jutro, ale może pojutrze zajrzę, jak
                    skończę pilną robotę.
                    • senseeko Re: nienie 20.01.06, 20:36
                      hajota napisała:

                      > Kolegę pytałam - nie pamięta. Do biuletynów jeszcze nie zajrzałam, przyznaję
                      si
                      > ę
                      > bez bicia, że zapomniałam. Nie dziś, nie jutro, ale może pojutrze zajrzę, jak
                      > skończę pilną robotę.

                      A co masz teraz na warsztacie? Beletrystyka, nauka, czy komercja? (jeśli wolno
                      spytać oczywiście)
                      • hajota Re: nienie 21.01.06, 19:59
                        Popularnonaukowe humanistyczne, jak zwykle. No i za chińskiego boga nie mogę
                        dokończyć ostatnich czterech stron...
        • hajota Stawki zalecane przez STP 25.01.06, 10:57
          No, nareszcie się dogrzebałam (dzięki, Senseeko, za przypomnienie).

          Źródło: "Tłumacz", kwartalny informator STP, nr 1/2000 (marzec 2000)

          "Prezydium STP podjęło uchwałę od ustaleniu zalecanej stawki za tłumaczenie
          tekstów literackich w wysokości 30 - 70 zł za stronę o objętości 1500 znaków
          (wraz ze spacjami).
          Stowarzyszenie proponuje, aby przyjąć, że strona obliczeniowa liczy 1500
          znaków (znaki + spacje). Zwracamy uwagę, iż takie, dostosowane do komputera,
          obliczenie wielkości strony jest ogólnie przyjęte jako jednostka rozliczeniowa
          tłumaczeń pisemnych w krajach członkowskich Unii Europejskiej".

          Pismo z tekstem uchwały zostało wysłane dn. 7.02.2000 r. do wydawnictw
          literackich oraz do Polskiej Izby Książki.
          • przecinak.na.przecinek Re: Stawki zalecane przez STP 26.01.06, 17:41
            He, he, no prosze, to STP produkuje niezłe kawałki fantasy...
          • szwedzka.pl Re: Stawki zalecane przez STP 27.01.06, 20:23
            Czyli od 800 do do 1860 zł za arkusz. Ciekawe, jak zareagowali wydawcy, kiedy
            dostali pismo od STP, pewnie pokładli się ze śmiechu. W przeciwieństwie do
            tłumaczy, którym nie jest do śmiechu, kiedy reprezentują ich ciężcy idioci,
            którzy nie zdają sobie sprawy, że równie dobrze mogliby uchwalić stawki między
            dwa a trzy tysiące za arkusz. A płakać się chce, kiedy człowiek pomyśli, że w
            takiej Szwecji analogiczna organizacja potrafiła wywalczyć _obowiązujące_
            minimalne stawki na tłumaczenia literackie.

            Paweł
            • szwedzka.pl Re: Stawki zalecane przez STP 28.01.06, 00:04
              Zajrzałem, ile te minimalne stawki w Szwecji wynoszą. 80 koron za tysiąc znaków
              (oczywiście ze spacjami), czyli 3200 koron (ok. 1300 zł) za arkusz. Do tego
              dochodzi 12-procentowy dodatek urlopowy (sic!). Pozostając przy założeniu, że
              tłumacz jest w stanie zrobić 4,5 arkusza miesięcznie, wychodzi około 16000
              koron miesięcznie, na szwedzkie warunki przyzwoite wynagrodzenie. A to jest
              tylko stawka minimalna, poniżej której wydawcy nie wolno zejść. Gwoli
              wyjaśnienia dodam, że te stawki obowiązują na zasadzie porozumienia między
              wydawcami a Szwedzkim Związkiem Pisarzy, który reprezentuje tłumaczy
              literatury.
              Na mocy najnowszego porozumienia, wydawca, który nie poda w książce nazwiska
              tłumacza, wypłaci mu 10 000 koron odszkodowania.
              To tak pod rozwagę zramolałym działaczom STP, zanim podejmą kolejną uchwałę,
              np. o wcieleniu Australii do Polski.

              Paweł
              • hajota Re: Stawki zalecane przez STP 28.01.06, 01:05
                1. Działacze tu nie zaglądają.
                2. Wygrzebałam informację o tych zalecanych stawkach, bo na forum ktoś napisał,
                że STP zalecało 30 zł ZA ARKUSZ. Nie daj Boże, żeby jakiś "wydławca" w to
                uwierzył - dopiero miałby argument!
                3. Wzmiankowane pismo pochodzi z 2000 r. i było chyba ostatnią inicjatywą STP w
                sprawie tłumaczy _literackich_ W dalszej części nawiązywało do tzw. stawki
                podstawowej za arkusz, obowiązującej w wydawnictwach w poprzednim ustroju. Nie
                przytaczałam tego, bo to prehistoria, która se ne vrati.
                4. Związki pisarzy, o czym była tu już kiedyś mowa, równo olewają tłumaczy. STP,
                delikatnie mówiąc, wykazuje znikome zainteresowanie sprawami tłumaczy literatury.
                Nie piszę tego wszystkiego, żeby biadolić, tym bardziej nie mam zamiaru nikogo
                usprawiedliwiać ani też szkalować, tylko informuję o stanie faktycznym. Dzięki
                za informację o stawkach w Szwecji. Czy orientujesz się może, w jaki sposób
                Szwedzki Związek Pisarzy doprowadził do tego porozumienia?
                • hajota autopoprawka 28.01.06, 11:14
                  hajota napisała:


                  > 2. Wygrzebałam informację o tych zalecanych stawkach, bo na forum ktoś napisał,
                  > że STP zalecało 30 zł ZA ARKUSZ. Nie daj Boże, żeby jakiś "wydławca" w to
                  > uwierzył - dopiero miałby argument!

                  Przepraszam, zero mi wypadło - 300 za arkusz.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka