aggulek
11.01.05, 14:10
Wybaczcie Dziewczyny, ale poprostu muszę się "wypisać" bo mnie rozsadza od
środka :)
Od wczoraj oficjalnie wiem, że mam PCOS. PO 10 latach leczenia (z przerwami),
pobytach w klinice, inseminacjach, zmianach lekarzy - w końcu uznano, że mam
PCOS. Cały problem polega na tym, że nie mam charakterystycznych pęcherzków
na jajnikach (mam za to wszystkie inne objawy PCOS, łącznie z typowymi
wynikami hormonalnymi) - więc nikt nie chciał mi postawić takiego
rozpoznania. Wszędzie pisano: niepłodność idiopatyczna, LUF. A jeśli
przyczyna nieznana to i leczenie bylejakie, takie po omacku z lekami
dobieranymi wg. widzimisię i zerowymi skutkami... Jak sobie pomyślę, że
leczyłam się i u doktorów i nawet u jednego profesora, a wszyscy na co dzień
zajmowali się niepłodnością w klinice - sam smutek. W końcu zaczęłam czytać,
dokształcać się, zadawać pytania, śledzić międzynarodowe sympozja i.... sama
stwierdziłam, że to musi być PCOS. Ale - nie uwierzycie - miałam problem,
żeby przekonać o tym mojego obecnego lekarza. Chciałam by zapisał mi leki
standardowo zalecane przy PCOS, a on na to: ale pani nie ma pcos, najlepszym
wyjściem byłoby in vitro (na które mnie poprostu nie stać), proszę nie szukać
sobie choroby na siłę.
I wiecie co? Coś się we mnie zbuntowało! Postanowiłam sprawę wyjaśnmić
ostatecznie - tak raz na zawsze, a potem niech się dzieje co chce. Pojechałam
do innego miasta, do ginekologa-endokrynologa, który specjalizuje się w PCOS.
Po pierwszych "oględzinach" w gabinecie zostałam skierowana do kliniki,
zrobiono mi szczegółowe badania hormonalne (to były pierwsze konkretne
badania w mojej "karierze", inni lekarze nie widzieli konieczności...), i
wczoraj byłam na wizycie by usłyszeć jakie są wyniki i jaka jest diagnoza.
Nie zostałam zaskoczona niczym - wyniki są charakterystyczne dla PCOS,
werdykt był więc jednoznaczny. Bez mrugnięcia okiem dostałam leki, o które
się wcześniej dobijałam u mojego lekarza i...... zastanawiam się co dalej.
Teraz, kiedy w końcu po 10 latach mam ustaloną "oficjalną przyczynę"
niepłodności - mam już prawie 35 lat. Miałam okazję obserwować jak ta choroba
mnie zmienia: nasilający się hirsutyzm, pojawiające się problemy z tolerancją
glukozy, stiopniowe wypadanie włosów... I cały czas jedna wielka bezradność -
bo przecież po co badania w kierunku PCOS, kedy jajniki prawidłowe. Szkoda mi
tylko straconego czasu na leczenie, które było z góry skazane na
niepowodzenie, szkoda mi pieniędzy wydanych na bezsensowne wizyty i leki
hormonalne, kompletnie niedopasowane do mojego przypadku.
Na staranie się o dziecko zaczyna być po woli za późno, może pomyślimy o
adopcji....
Ponieważ jednak przez te wszystkie lata wiele się dowiedziałam o PCOS,
hormonach, lekach itp. - jeśli chcecie jakichś informacji to pytajcie.
Jeśli będę znać odpowiedź - napiszę na pewno :)
Pozdrawiam i trzymam kciuki za wszystkie A.