swiatlo
26.07.04, 19:18
Mamy ogródek. Nieduży, ot cztery stopy na dwanaście i tyle. W zeszłym
tygodniu odchwaściłem ten kawałek, a teraz patrzę, wystaje jeszcze mały
kawałek chwastu. Sama łodyżka bezlistna, niewiele ponad ziemię, taki mały
badylek. Cały ogródeczek oczyszczony zupełnie, czyściutki, tylko ten jeden
mały badylek zakłóca tę idylliczną harmonię.
Więc pociągnąłem za niego. Ciągnę i ciągnę, a tu za nim ciągnie się cały
długi korzeń. Więc ciągnę za korzeń, a tu do korzenia następny korzeń. Już
więc dwa korzenie. Ciągnę więc za nie wszystkie, a tu patrzę, dwa następne.
Po jakimś czasie mam tych korzeni już całą masę, a końca jeszcze nie widać.
Po paru minutach już połowa ogródka zryta kompletnie, a końca pajęczyny
korzeni dalej nie widać. Im więcej ciągnę, tym tych korzeni więcej.
Po pietnastu minutach wreszcie wyciągam ostatni korzeń. Nie ma już nic więcej.
Patrzę się na ogródek. Zupełna ruina. Zryty wzdłuż i wszerz, jakby zupełnie
zaorany. Kompletne pobojowisko. Ale za to chwastów już nie ma.
Myślę sobie: czy nasze problemy, czy nasze całe życie, cała nasza psychika
nie jest jak ten ogródek...