Hej Dziewczyny,
od dłuższego czasu Was podczytuję i postanowiłam napisać, aby podzielić się moją historią, jak również przestrzec inne, bezdzietne dziewczyny przed tego typu związkami.
Miałam 25 lat, gdy zakochałam się po uszy w mężczyźnie z dzieckiem. Byłam wtedy na ostatnim roku studiów. On był dziesięć lat starszy, cztery lata po rozwodzie, córka lat 8, zdradzony przez żonę i zostawiony dla jej kolegi z pracy,z którym jest do dzisiaj.
Nigdy nawet nie przypuszczałam, że kiedykolwiek znajdę się w takiej sytuacji. Ale los lubi płatać figle i ja, wzorowa studentka, nigdy nie sprawiająca kłopotów, zakochałam się w mężczyźnie po przejściach. W swojej naiwności i braku doświadczeń myślałam, ze dziecko to nie problem. Gdybym wiedziała przez co przejdę, cofnęłabym czas i poszła inną drogą.
M. był wyjątkowo zaangażowanym ojcem, ciągle opowiadał o swojej córce. Na początku urzekło mnie to i pomyślałam, że jaka kobieta nie chce takiego mężczyzny: przystojny, wykształcony, dobry rodzic. M. opiekował się córką od czwartku do soboty do godziny 21:00. W czwartki rano jeździł do domu eks, zabierał małą, zawoził do szkoły, odbierał i przywoził do siebie. W piątek zawoził do szkoły, po szkole do dziadków, w sobotę cały dzień spędzał z córką. Oprócz tego jeździł na wszystkie zebrania, nawet te dodatkowe, był w "trójce klasowej", miał codzienny telefoniczy kontakt z dzieckiem.Od początku to zaangażowanie w opiekę wydawało mi się dziwne, ale byłam tak zakochana, że dostosowywałam się do tego planu. Z każdym miesiącem sytuacja ta robiła się dla mnie coraz bardziej ciężka, ponieważ M. dawał mi coraz bardziej odczuwać to, ze zawsze jestem mniej ważna. Uważał, że kobieta, która chce z nim być powinna dostosować się do jego życia i stać się jego częścią. Sylwestra spędziliśmy z Małą, podczas gdy jego eks poszła ze swoim facetem na imprezę do znajomych. Chociaż mówiłam, że wolałabym, żebyśmy byli sami, bo tego, czasu było naprawdę mało, zgodziłam się, zeby M. wziął Małą, bo widziałam, że zależy mu na tym, a Małą polubiłam. Jednak tak było na każdym kroku. Coraz bardziej cierpiałam w tym związku, a najbardziej raniła mnie postawa mojego M, dla którego liczyła się przede wszystkim córka. Było mnóstwo sytuacji, w których czułam się zraniona i samotna. Od środy czekałam do sobotniego wieczoru, żebyśmy mogli spędzić czas razem. Bywało tak, że pomimo tego, ze umówiliśmy się na 20:00 w miedzy czasie okazywało się, że np. była żona została dłużej u znajomych na imieninach i nici ze wspólnego wieczoru. Bywało też tak, że byliśmy umówieni, przyjeżdżałam do nich, mieliśmy coś zaplanowane, a M. nie odwoził Malej. Potem tłumaczył się, że Mała bardzo mnie lubi i chciał, żeby mogła spędzić trochę czasu ze mną. Lubiłam Małą, ale miałam tylko M. w niedzielę i raz-dwa razy w tygodniu. Z czasem zaczęłam dostrzegać, ze moje zdanie i potrzeby w ogóle się nie liczą. Podobnie było w Walentynki, była żona wyjechała ze swoim partnerem, a M. jak to on ustalił, ze zaaopiekuje się Małą. Zupełnie nie potrafił zrozumieć tego, że ja potrzebuję jego jako mężczyzny, a nie tylko ojca dla dziecka, które ma z eks. Walentynki spędziliśmy we trójkę oglądając bajki. O 20:00 M. poszedł przygotować kąpiel Małej i znikł na godzinę, bo rozmawiali sobie w tym czasie. Ja siedziałam smutna i sama gapiąc się w telewizor. Gdy kąpiel została zakończona, poszedł usypiać Malą na kolejną godzinę, bo zwykł czytać jej do snu bajki. Wrócił do mnie zmęczony i poszliśmy spać. Bardzo przeżywał to, ze Mała musi spać w drugim pokoju. Ona obudziła się w środku nocy i on poszedł spać do niej. Było mnóstwo takich sytuacji. Podobnie bylo W Wielkanoc. Po pewnym czasie, gdy zbliżały się wolne dni, coraz gorzej się czułam, miałam stany depresyjne, bo wiedziałam, że znowu będzie szarpanina, wymiana argumentów. Gdy mówiłam M. jak się czuję, on mówił, ze to jest jego dziecko i nie ograniczę mu kontaktów z córką. Gdy prosiłam, zebyśmy mogli spędzić więcej czasu razem, ze ja też za nim tęsknię i go potzrebuję i, żeby odwoził Małą w sobotę 2-3 godziny wcześniej, słyszalam, ze to jest wbrew jego naturze i on chciałby spędzać z Małą wszystkie możliwe dni. Zaczęliśmy się kłócić, nie potrafiłam zrozumieć tej postawy. Mówił również o tym, że chciałby wynająć mieszkanie blisko szkolły Małej tak, żeby nie tracić czasu na dojazdy. Zupełnie zdawał się nie rozumieć tego, jak się czuję. Katastrofą okazała się Majówką. Przeczuwając co nastąpi, ze pomimo tego, ze M. miał Małą 3 dni w tygodniu, na pewno będzie chciał wziąć ją na całą Majówkę, powiedziałam, ze chciałabym, żebyśmy wyjechali we dwójkę, ze mam tego wszystkiego dosyć. Zaproponowałam podzielenie Majówki na dwa dni spędzone z Małą i dwa we dwójkę. Co zrobił M? Przestał się do mnie odzywać na cztery dni i spędził ten czas z córką. I tak było na każdym kroku, codzienne telefony, nawet wtedy, gdy spędzaliśmy czas razem, M. zawsze odbierał telefon od dziecka i byłej żony, bo zawsze przecież mogło to dotyczyć córki. Eks dzowniła, mowiła mu, co jest do załatwienia w szkole, jakie lekcje trzeba odrobić, co kupić i on to robił. Potrafiła przysłać mu na maila zdjęcie paragonów za ubrania dla córki, a on płacił, bo przecież to jego córka. Powoli przestawałam sobie radzić psychicznie. Kłóciliśmy się coraz częściej, M. zaczał uciekać, każda próba negocjacji tego grafiku była traktowana jako moj zamach na jego ojcostwo. Bolało mnie to strasznie, bo nikt nie widział tego, jakie to było dla mnie trudne, cała ta sytuacja i to życie. A najbardziej bolała mnie postawa M., który ranił mnie swoimi wyborami na każdym kroku. Przestawałam radzić sobie psychicznie, zaczełam mieć stany deoresyjne, poszłam do psychologa. On zaczął uciekać, przestawał się odzywać. potem zpalanował ze swoją córką i rodzicami wakacje. Gy płakałam, ze ja tak nie chcę i chyba też powinnam mieć prawo decydowania o tym wszystkim, on wyjechał na dwa tygodnie i nie odzywał się do mnie. Przeszłam załamanie nerwowe, wpadłam w depresję lękową, moja przyjaciółka zabrała mnie do psychologa i lekarza, ktory przepisał mi antydepresanty. Pisałam do M, ze go potrzebuję, ze nie radzę sobie, na co on odpowiedział, że przecież nie przyjedzie z wakacji i nie zostawi dziecka. A ja wtedy byłam w fatalnym stanie, lekarz skierował mnie na terapię, przeżyłam prawdziwą depresję. Chodziłam do psycholog, która pomagała uporać mi się z tym wszystkim. Psycholog powiedziała mi, jak ważne jest ustalanie zasad, wspólnego czasu i tego, żebym i ja miała coś do powiedzenia w tej relacji, jeżeli zdecyduję się na powrót.W miedzy czasie wróciliśmy na chwilę do siebie z M. Nie potrafiłam jednak wybaczyć mu tego, jak postępował w ciagu ostatnich miesięcy. Miałam jednak nadzieję, że zmienił swoje nastawienie. Jednak wręcz przeciwnie, zakomunikował mi, że zadeklarował się, aby odwozić córkę w poniedzialki na dodatkowe zajecia. Z trzech dni w tygodniu zrobiły się cztery. Psycholog doradziła mi, żeby ustalić kompromis, że jeśli chce odwozić, niech robi to co dwa tygodnie. Na początku powiedział, ze jest to do zrobienia. Jednak gdy nadszedł kolejny poniedziałek, znowu odwiózł Małą. Gdy powiedziałam, ze przecież coś ustalilismy, usłyszałam, ze kim ja jestem, żeby mówić mu co on ma robić, ze to jest jego dziecko i gdy będzie tylko mógł, zawsze pomoże, bo to jego rodzina. Zapytałam, a ja? Na co on odpowiedział, ze nie jestem jego rodziną. Dla mnie to był już koniec. Potrzebowałam wiele miesięcy, żeby wyjść z ciężkiej depresji, 1,5 miesiąca brałam antydepresanty, chodziłam na dwie terapie. A on? nawet nie zapytał się, jak się czuję, nie zadzwonił, nie złożył życzeń na święta. Byłam wrakiem człowieka, miałam stany lękowe. Po pół roku napisałam do niego maila z tym , co czuję. A co on mi napisał? Że jemu też jest ciężko, że Święta były dla niego ciężkim czasem, bo mała miała zapalenie ucha i trafiła do szpitala. Po związku z rozwodnikiem z dzieckiem potrzebowałam ponad roku, zeby dojść do siebie, a i tak nie jest jeszcze dobrze