Dodaj do ulubionych

rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy)

08.05.05, 18:38
ciekawy wywiad z ostatnich "Wysokich Obcasów". niektóre przykłady z tekstu zaszokowaly mnie. mnie zasmuciło zakończenie tekstu - księża takie rzeczy mogą głosić tylko anonimowo...

kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53664,2690696.html
Obserwuj wątek
    • ania_rosa Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 09.05.05, 01:25
      Czytałam, czytałam.
      Powiem jednak szczerze, że oprócz refleksji typu "przyzwoity i sympatyczny facet
      z tego księdza" nawiedziła mnie też refleksja nr.2 czyli "czemu to ma własciwie
      słuzyć?". No, ewentualnie doedukowaniu tych, którzy się nie rozwodzili nigdy,
      którzy nie znają tematu i tak dalej. Tak, walor edukacyjno- sensacyjny ten tekst
      niewątpliwie miał. Ale tak poza tym?
      Jakie jest stanowisko Kościoła- wiemy. W Kościele nie ma demokracji, więc
      wszelkie dyskusje na temat "czy ma to sens i jaka jest alternatywa" są z gruntu
      jałowe. Ekscytowanie się ludzkimi historiami jest także jałowe, bo jeden
      wyrozumiały ksiądz (ba, tysiąc wyrozumiałych księzy) niczego tu nie zmieni. I w
      ogóle temat jest niestety zamknięty (poza przypadkami uniewaznienia
      sakramentów). Podobny teks można wysmażyć o kapłaństwie kobiet- sens będzie
      podobny i równie jałowy.
      Nie wiem, zniechęcenie mnie ogarnęło po tej lekturze.
      Zniechęcenie po pierwsze z powodu ludzkiej głupoty, bo jak wiele jest osób,
      które przyjmowały ten sakrament bez namysłu nie domyslając się, jaki będzie mieć
      on wpływ na ich własne i cudze zycie? Znam ludzi, którzy spaprali sobie w ten
      sposób zycie, ale- co gorsza- spaprali je także swoim przyszłym, wierzącym
      partnerom.
      Po drugie zniechęcenie mnie ogarnęło z tego tez powodu, że byłam dziś na
      pierwszym spotkaniu przedmałżeńskim i powiem zresztą szczerze, że opuściłam
      kościół po dwudziestu minutach. Mniej więcej wtedy, gdy ksiądz gładko przeszedł
      od kwestii trójcy świętej do kwestii przynalezności Marii Dąbrowskiej do
      masonerii. Ale poza tego typu atrakcjami widziałam też rzesze narzeczonych,
      którzy ni w ząb nie wiedzieli, co mają robić ( w sensie: klęknąć czy nie?) i
      którzy rozglądali się ogłupiali podczas odmawiania modlitwy powszechnej, bo
      tekstu oczywiście nie znali. I tak se pomyslałam: po co im to? Naprawdę, urzędy
      stanu cywilnego to miłe miejsca, jest szampan i pani w sukience, białą kieckę
      też można założyć, a po formalnościach ruszyć w tany w najlepszej remizie w
      okolicy. Po co od razu slub kościelny, skoro czują się tam rownie swojsko jak
      Armstrong na Księzycu? A jak nie wyjdzie- zawsze mozna spróbowac jeszcze raz, i
      jeszcze raz i jeszcze jeden raz. Zawracanie głowy i tyle. A niestety pochopna
      decyzja o czerwonym dywaniku i koscielnym anturażu wlecze się potem całe życie
      za nami.
      Zebyście mnie źle nei zrozumiały: jako rozwódka pełną gębą siłą rzeczy
      rozwodników nie potepiam. Ale cieszę się, cholernie się cieszę, że swego czasu
      miałam przynajmniej tyle rozumu we łbie, aby oprotestowac pomysł małżeństwa
      sakramentalnego. Wzięłam więc sobie porządny cywilny slub, urodziłam legalnego i
      prawowitego syna, po czym rownie porzadnie się rozwiodłam. A teraz wychodzę za
      mąz po raz drugi, tym razem z błogosławieństwem Koscioła i różni się to tylko
      tym, że mam inne nastawienie, inne przemyślenia i postanowienia, a przede
      wszytskim inny człowiek będzie stać przy moim boku. Gdybym jednak kilka lat temu
      nie powiedziała stanowczego "veto" dziś mogłabym być bohaterką tego reportazu. I
      gdyby Niemąz w swoim czasie nie powiedział tego samego "veto" miałabym dziś
      powazny problem. A zresztą powiem uczciwie, że gdyby Niemąz był nierozliczony z
      Kościołem, to - przy wszystkich niemęzowych zaletach i mojej miłości- nie wiem,
      czy zdecydowałabym się na ten związek. Tak więc pomyslałam sobie, że połowa tych
      zagubionych owieczek, co to prawdopodobnie pierwszy raz przekroczyły dzis próg
      kościoła, aby odbębnić obowiązek zwany "konferencjami przedmałżeńskimi" jest na
      najlepszej drodze do skomplikowania zycia sobie i swoim partnerom. Bo małżeństwo
      tak ogolnie jest średnią rozrywką i lepiej spełnia te kryteria pierwsza lepsza
      agentura, pub czy wesołe miasteczko. Straceńcy, którzy już się na ten sakrament
      ważąwink powinni mieć raczej świadomość nieodwołalności, klamkozapadalności, braku
      odwołań, braku anulowania i tak dalej. No i wkodowanych kilka priorytetów w
      rodzaju Bożego błogosławieństwa bez którego zyć nie chcą i nie mogą, a nie
      priorytetu o fajnej rozrywce, boskim weselu i sukni, na widok której opadną
      szczęki.
      Niestety zyjemy w dośc przykrej kulturze, która słowo "slub" poprzedza
      przymiotnikiem "koscielny". A potem rodzą się dramaty, w które naprawdę szczerze
      wierzę i szczerze współczuję zainteresowanym. Nie zmienia to jednak faktu, że
      przytłaczająca większośc ma te problemy na własne zyczenie. Bo mogła spokojnie
      poprzestać na USC, tyle tylko, ze czasem strach przed publicznym pręgierzem i
      "co powie cioteczka, jak nie będzie slubu koscielnego?" był zbyt duzy. I takim
      ludziom średnio współczuję. Z kolei sa też tacy, którzy przyjmują ten sakrament
      świadomie, za to ich drugie połowy mają to niedelikatnie mówiąc w tylnej części
      ciała. I tu już bym widziała problem- niekoniecznie zawiniony przez osoby
      wierzące. Pewna znajoma mojej matki po 20 latach dowiedziała się, że jej eks mąz
      sfałszował zaświadczenie o odbyciu sakramentu pokuty, bo idea spowiedzi i
      ogólnie wiary katolickiej zupełnie go nie pociągała. No ale ona akurat dostała
      unieważnienie sakramentu, między innymi z tego powodu.
      Reasumując: myslmy przed faktem, a nie po fakcie.
      Rosa
      • wipsania Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 09.05.05, 02:02
        ania_rosa napisała:

        A zresztą powiem uczciwie, że gdyby Niemąz był nierozliczony z
        Kościołem, to - przy wszystkich niemęzowych zaletach i mojej miłości- nie wiem,
        czy zdecydowałabym się na ten związek.

        Czyli - poznajesz faceta, który jest rozwiedziony - formalnie, zgodnie z
        prawem, bez twojego "udziału", bo np była żona odeszła do kogoś innego i
        wniosła o rozwód. Cos się między wami rodzi - uczucie, fascynacja, więź,
        porozumienie - jak to zwał, wszystko jedno.
        I wtedy okazuje się, że on miał ślub kościelny. Nie trąbił o tym wcześniej, bo
        nie przywiązywał do faktu większej wagi. A Ty nie pytałaś...
        I co? Paszoł won? A co z twoimi uczuciami? Tak sobie wziąć i zżuć w gardle?

        Ja bym nie mogła i nie bardzo wierzę, że to możliwe. Ale ja w ogóle mało
        wierząca jestem, może to dlatego...
      • lilith76 Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 09.05.05, 09:15
        ania_rosa, podpisuję się pod twoim postem. dla mnie 80% młodych ludzi przed
        ołtarzem bierze udział w ceremonii kompletnie bezrefleksyjnie i bezmyślnie.
        dlatego nigdy nie brałam pod uwagę ślubu kościelnego (nawet zanim poznałam M),
        bo jego waga i świadectwo Boga miało dla mnie coś ważnego, nieodwracalnego i
        paraliżującego.
      • kraszan1 Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 09.05.05, 12:13
        ania_rosa napisała:

        > I
        > gdyby Niemąz w swoim czasie nie powiedział tego samego "veto" miałabym dziś
        > powazny problem. A zresztą powiem uczciwie, że gdyby Niemąz był nierozliczony
        z
        > Kościołem, to - przy wszystkich niemęzowych zaletach i mojej miłości- nie
        wiem,
        > czy zdecydowałabym się na ten związek.

        Możesz rozwinąc tą myśl za pomocą jakiś lobgicznych argumentów? Bardzo mnie
        zaciekawił Twój punkt widzenia chociaż nijak nie mogę zrozumieć wskazanej
        zależności. Dlatego proszę o oświecenie.


        > Nie zmienia to jednak faktu, że
        > przytłaczająca większośc ma te problemy na własne zyczenie. Bo mogła spokojnie
        > poprzestać na USC, tyle tylko, ze czasem strach przed publicznym pręgierzem i
        > "co powie cioteczka, jak nie będzie slubu koscielnego?" był zbyt duzy. I takim
        > ludziom średnio współczuję.

        A co z ludźmi, którzy ślub kościelny brali "w dobrej wierze" i na prawdę
        wierzyli w to, że będzie to miłość i związek do grobowej deski. W życiu różnie
        się zdarza i bardzo często nie mamy wpływu na postępowanie osób nawet nam
        najbliższych.

        Nikt nie jest jasnowidzem a otaczająca nas rzeczywistość nie jest czarno-biała.
        Ma wiele odcieni szarości.

        pzdr
        -K

        -------------------------------------------------
        Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
        • mamaadama4 Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 09.05.05, 12:25
          Mój mąż brał slub ze swoja eks w dobrej wierze, czy ona też? tego chyba nawet
          eksia sama nie wie. A na pewno nie pamieta. Poza tym znając jej stosunek do
          wiary to ślub kościelny brany był pewnie dlatego, że wszyscy brali to i ona
          też. Dlatego zawiesiłam na kołku rozmowy z moim P. na temat uznania niewazności
          ich małżeństwa. Co nie znaczy, że się z tym pogodziłam.
          Wiążąc się z P. nie zastanawiałam się nad jego kościelnym statusem. Jedno wiem,
          nawet teraz nie żałuję, że się z nim związałam (przynajmniej w takim
          kontekście smile)) ). Chyba zbyt mało we mnie wiary, żeby dla niej rezygnować
          z "przyjemności" i niewątpliwych plusów jakie P.posiada. Brakuje mi natomiast
          sensownego księdza z którym mozna pogadać. Bo tu nawet nie chodzi o
          rozgrzeszenie, którego wiem, że nie dostanę. Ale "cudzołożenie" smile)) nie jest
          jedynym problemem który mnie dręczy. smile))
          Jak czasami czytam czy słucham powodów dla których ktoś bierze slub w kościele
          czy chrzci dziecko to mi się nóż w kieszeni otwiera. A potem mamy to co mamy.
          • ania_rosa Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 09.05.05, 12:56
            Odpowiadamwink
            Przypadek ludzi, którzy brali ślub w dobrej wierze, a zostali przerobieni przez
            współmałżonków na szaro, miałam szczery zamiar omówić, ale post mi się zrobił
            tak długi, że w końcu rzuciłam tylko jedno zdanie na ten tematwink
            Oczywiście, że tacy ludzie istnieją. Robię jednak szybką ewidencję zonatych i
            zamężnych znajomych- zarówno tych sparowanych, jak i rozwiedzionych.
            O, na przykład w czerwcu odbędzie się slub kościelny mojej dalekiej znajomej.
            Jej przyszły mąz zapytał się mnie w zaufaniu i z nadzieją "czy jak dam jej
            pierścionek zaręczynowy to coś się zmieni na lepsze?". Jesli im nie wyjdzie- a
            mają dość małe szanse zwazywszy na to, że jedno nie znosi drugiego, a ślub biorą
            bo "po tylu latach wypada"- no więc jeśli nie wyjdzie, czy będziemy ich szczerze
            żałować? Osobiscie żałować ich nie będę, a skoro juz im się marzy weselna
            impreza to naprawdę zapraszam do USC.
            Znam tez panią (obecnie rozwódka), ktora wyszła za mąż za pewnego pana, bo inny
            pan dał jej kosza. Małżeństwo przetrwało rok, pani uzyskała uniewaznienie
            (zresztą na podstawie lewych dowodów, mniejsza z tym). Ale mam tez matkę, która
            wyszła za mąz w dobrej wierze, woli i miłości, a została wystrychnięta na dudka.
            Takie sytuacje zdarzają się często, wszyscy o tym wiemy. Kazdy przypadek jest
            inny, co nie zmienia faktu, że bardzo wiele małżeństw nie powinno w ogóle zostać
            zawartych, a w każdym razie nie przed ołtarzem. Im bardziej ktoś jest honorowy
            tym ma niestety gorzej. Bo taki człowiek- nawet zdradzony, oszukany itd- będzie
            mieć inklinacje do godnego tłumaczenia "to była moja dojrzała decyzja, nawet
            jeśli druga strona nie traktowała jej powaznie". I tu się ocieramy o prawdziwe
            dramaty zyciowe.
            A wracając do pytania o to, czy weszłabym w związek z rozwodnikiem po slubie
            kościelnym: gdyby ciotka miała wąsy, to byłaby wujkiem. Nie wiem tego. Zauważcie
            tez, że jestem w tej okropnie irytującej i komfortowej sytuacji, że mam carte
            blanche. W związku z tym mogę się zdobywac na podobnie zarozumiałe sądy stojąc
            na pewnym gruncie. Załózmy jednak, ze mój Niemąz byłby człowiekiem żonatym w
            świetle prawa kanonicznego. Ponieważ kocham tego faceta, to zapewne i tak bym w
            ten związek weszła. Zastanawiałoby mnie jednak coś innego niż niemożnośc
            przystąpienia do sakramentu czy bycie "czarną owcą w kościele"- wiązemy się z
            konkretnymi ludźmi i znamy historię ich zycia. Na tej podstawie wyrabiamy sobie
            pewne opinie, chocbyśmy nawet nigdy nie mówiły o tym głośno. Oczywiście znam
            historię pierwszego małżeństwa Niemęża jak również historię rozpadu tego
            związku. I na tej podstawie myslę sobie, że gdyby facet się zdecydował na
            małżeństwo kościelne w jego konkretnej sytuacji to nie mielibysmy o czym gadać.
            Stąd moje kontrowersyjne zdanie w pierwszym poście. Nie znam Waszych męzów, eks
            męzów i eks zon, tak więc nie wiem, czy możnaby im zarzucić pochopnośc i
            niedojrzałośc decyzji. Gros przypadków tyczył się pewnie decyzji przemyślanych,
            a zycie spłatało brzydkiego figla samym zainteresowanym. Ale sa tez ludzie,
            którzy biorą sakrament będąc ateistami, nie mając wewnętrznego przekonania co do
            swojego wyboru, podejmują takie decyzje z innych przyczyn (chęc zrobienia komuś
            na złośc, zaszczucie faktem ciąży, kwestie majątkowe, cokolwiek) i tutaj jestem
            bezwzględna. Równie bezwzględnie oceniłabym Niemęza, gdyby w swojej sytuacji
            przystąpił do sakramentu. Nie chcę wchodzić głębiej w temat historii zycia
            osobistego mojego partnera, bo ani nie mam do tego prawa, ani tez nie uważam za
            lojalne dzielenie się takimi anegdotami. W każdym bądź razie w tym konkretnym
            przypadku duże znaczenie miała dla mnie decyzja na "tak" lub "nie" oraz fakt, że
            jednak się na slub koscielny nei zdecydował. I nie chodziło mi bynajmniej o
            pragnienie przemaszerowania głowną nawą, a o to, jakie by sobie wystawił
            świadectwo, gdyby przystąpił do sakramentu, do którego nie miał przekonania.
            Zamotałam?wink
            Rosa
            • balladynka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 09.05.05, 13:49
              Ania_rosa, rozumiem Twoje stanowisko i w pewnym sensie się zgadzam ale
              podchodząc w ten sposób można by wysnuć wniosek, że taka osoba ŚWIADOMIE nie
              zawierając małżeństwa sakramentalnego z poprzednim partnerem wykazuje się
              pewną, nie wiem jak to określić i broń Boże nie chcę nikogo urazić, ale
              niedojrzałością, obłudą itd no bo w jakiś sposób jakby założyła, że eh, to nie
              to do końca ale dobra, wychodzę za mąż czy żenię się, wprowadza dziecko w ten
              związek itd, z góry przeczuwając, że to może nie być to. Mówisz, że
              przystępując do sakramentu w sytuacji Twojego Niemęża (której nie znam)
              wystawiłby sobie jakieś świadectwo. A czy w tej sytuacji nie jest tak, że
              zawierając związek małżeński (niesakramentalny, w USC) z góry zakładając, że
              nie chce się go uświęcić bo jest "niegodny" bycia małżeństwem sakramentalnym,
              też wystawia się sobie jakieś świadectwo?
              Teraz ja zagmatwałam.
              • ania_rosa Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 09.05.05, 14:00
                No nie, bo sytuacja może być prosta: albo wierzysz, albo nie. Jesli wierzysz- to
                odpuszczam, wiara przenosi góry, błogosławieni ci, co uwierzyli choć nie mieli
                podstaw itd. Jesli jednak decydujesz się na slub będąc człowiekiem niewierzącym,
                a robisz to bo ludzie, bo opinia, bo zona nalega, bo coś tam, to sytuacja
                wygląda już zupełnie inaczej.
                Ja wychodząc za mąz świadomie wzięłam slub w USC, a nie w kościele. Niemąz
                zrobił to samo.
                Potrzebowałam pięciu lat, aby dojrzec do decyzji o slubie kościelnym.

                Rosa
                • nooleczka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 12.05.05, 13:14
                  Chyba trochę powtórze sie za balladynką, ale dla mnie taka postawa: "wezmę z
                  tobą ślub ale tylko cywilny (chociaz jest możliwośc kościelnego), bo z tobą to
                  nigdy nie wiadomo co sie moze zdarzyć i bardziej pewne że się rozstaniemy niż
                  że będziemy razem do końca" też jest jakaś taka....nijaka. I bardziej wysatwia
                  człowiekowi świadectwo asekuranta niż świadectwo o dojrzałej decyzji o byciu
                  razem.
                  więc nie wiem nad czym tu piać z zachwytu.
                  • ania_rosa Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 12.05.05, 13:43
                    Nooleczko, przeczytaj mój post jeszcze raz: nie chodziło o asekurację, a o brak
                    przekonania co do wiary katolickiej. Branie w takiej sytuacji slubu kościelnego
                    byłoby hipokryzją.
                    Rosa
                    • nooleczka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 12.05.05, 14:01
                      Czyli w tzw. międzyczasie nastąpiło olśnienie jak u św. Pawła?
                      "O Boże, to ja jednak w Ciebie wierzę!"
                      Tak naprawdę to ślub kościelny nie jest po to by odbębnić kolejny sakrament,
                      ani udowodnić komukolwiek jakim się jest dobrym katolikiem, tylko po to aby
                      sobie nawzajem przyrzec (SOBIE NAWZAJEM, a nie Bogu czy księdzu), że się będzie
                      razem ze sobą do końca życia.
                      • ania_rosa Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 12.05.05, 15:58
                        Tak naprawdę sakrament jest po to, aby przysięgac przed Bogiem i Kosciołem.
                        Przysięgac sobie nawzajem można nawet w Puszczy Białowieskiej, a jesli chce się
                        zrobić to legalnie, to wystarczy USC. Odsyłam do lektury katechizmu w kwestii
                        znaczenia sakramentów. Oczywiście rozumiem, że dla Ciebie sakrament oznacza "tak
                        naprawdę" co innego, niż mówi oficjalna wykładnia Koscioła, miej jednak
                        świadomośc, że Twoja "prawda" się w tym miejscu rażąco rozmija z prawem
                        kanonicznym i samą doktryną.
                        Co do olśnienia- istotnie. Wiara nie jest nikomu dana raz na zawsze i nikomu też
                        nie jest odebrana raz na zawsze. Jesli jednak masz ochotę sobie jeszcze na ten
                        temat poironizować, to nie krępuj się- chętnie poczytam.
                        Rosa
                        • nooleczka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 13.05.05, 15:48
                          ania_rosa napisała:

                          > Tak naprawdę sakrament jest po to, aby przysięgac przed Bogiem i Kosciołem.

                          Co nie zmienia faktu że przysięga się sobie, dwoje ludzi przysięga sobie
                          dożywotni zwiazek; ksiądz robi za świadka. Zapewne dowiesz sie o tym na
                          kolejnych spotkaniach przedmałzeńskich; taki "kurs" mam juz za sobą i nie
                          przeczę, że wiele nowych ciekawych rzeczy się na nim dowiedziałam.
                          Wracajac do tematu; jeśli dwoje ludzi wierzy w siebie i w swój zwiazek to ma na
                          tyle odwagi aby powiedzieć o tym głośno w kościele;
                          jeśłi natomiast nie są siebie pewni ani swojego zwiazku, to ostrożna postawa
                          asekuranta wymusza labo życie w konkubinacie albo "ostrożny" ślub w USC, który
                          nie wiąże dożywotnio.
                          Życie jest jednak nieprzewidywalne i czasami okazuje się że nasza ogromna
                          wielka miłość dla któej gotowi byliśmy kiedyś składać hołdy w kościele, po 10
                          latach małżeństwa ulatuje sobie gdzieś kominem (albo drzwiami) i wtedy zostaje
                          tylko płacz i zgrzytanie zębów...
                          I cóż wtedy? I wtedy okazuje się, że rację jednak mieli asekuranci ze swoim
                          ślubem cywilnym (katolicy a jakże), którzy teraz mogą śmiać się z tych, dla
                          których powtórna szansa ślubu kościelnego nie istnieje..." o wy barany, a po
                          cóż było się tak spieszyć, po cóż było oddawać całe serce, trzeba było tylko
                          pół albo jedną czwartą, hehe, teraz to my mamy szansę na życie po Bożemu, a Wy
                          już nie i dobrze Wam tak".
                          A jakże, dokopać leżącemu. Oni już teraz wiedzą że obiecanki dożywotniego życia
                          we dwoje to pic na wodę fotomontaż.
                          Tylko co będzie, jesli.........???
                          • ania_rosa Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 13.05.05, 17:59
                            Wiesz, Nooleczka, gdybyś jednak zechciała uwaznie wątek przeczytaś, to
                            wyczytałabyś, że całą dyskusję zaczęłyśmy od pytania "po co kościelny, dlaczego
                            cywilny". I tak jakoś nam wyszło, że wszystko zaczyna się od Boga i wiary (jeśli
                            ktoś ją posiada). I niestety nie masz racji pisząc, że w kościele przysięga
                            sobie dwoje ludzi, a ksiądz im świadkuje, bo clue sprawy leży w tym, że ci
                            ludzie PRZYSIĘGAJĄ BOGU I SOBIE. Nie zapominajmy może o Bogu, bo od tego mamy USC.
                            I dlaej: dyskusja zaczęła się tez od tego, że jest wielu ludzi wierzących w
                            siebie nawzajem, którzy mimo to nie powinni brac ślubu kościelnego. I
                            dyskutowałysmy sobie, dlaczego tak się dzieje. To, co Ty proponujesz to układ
                            wzajemnej miłości przy kościelnym anturażu. To, co ja proponuję to zastanowić
                            się, czy nie wystarczy nam USC, jeśli w codziennym zyciu i tak mamy Kosciół w
                            d..e. Bo inaczej trąci to hipokryzją: eucharystia i przysięga przed Bogiem, a
                            potem okazjonalna wycieczka ze święconką. A Boga jak nie było tak nie ma.
                            Naturalnie wiem, że usiłujesz mi udowodnić asekuranctwo i "inteligentny
                            katolicyzm, który istnieje tylko wtedy, gdy jest on komuś na rekę". Zal mi
                            czasu, aby przekonywać Cię, że się mylisz. Wygłaszanie przysięgi w kościele nie
                            ma bowiem nic wspólnego z odwagą- to wyłącznie kwestia osobistej wiary i
                            poczucia, że bez Boga nie chce się budować związku. Niewierzący, którzy
                            przysięgają w USC posiadają dokładnie tę samą odwagę, mają tylko inny światopogląd.
                            Czy smieję się z tych, którzy wzięli slub kościelny, a potem się rozwiedli?
                            Uważasz, że czuję się lepsza? Znów odsyłam Cie do lektury wątku. Różnię się od
                            nich tylko tym, że ja pięc lat temu wiedziałam, że ewentualny slub kościelny w
                            moim wypadku byłby tylko fasadą. Bo nie byłam "katoliczką, a jakże"- jak to
                            ujęłaś- natomiast uważałam się za ateistkę pełną gębą. I dlatego poszłam do USC,
                            a nie do koscioła. I z tego dokładnie powodu zwlekałam trzy lata z ochrzczeniem
                            syna (czego zresztą już kiedyś się czepiałaś). Nie należę do ludzi rzucających
                            słowa i przysięgi na wiatr. Jeśli chrzczę syna- to mam świadomośc, że decyduję
                            się na przynależnośc do wspólnoty. I tak się w moim przypadku stało. Jesli biorę
                            slub cywilny- to przysięgam przed prawem. Jeśli kościelny- przysięgam przed
                            Bogiem, w którego najpierw jednak muszę uwierzyć.
                            Wytłumacz mi więc racjonalnie, co dokładnie Ci w tym nie pasuje- to, ze się
                            nawróciłam? To, że nie wzięłam pokazowego slubu w kościele, bo byłam na to za
                            powazną osobą? Czy może to, że tym razem go wezmę, bo mam już inne nastawienie
                            do kościoła? A może jak zwykle zaleciało zapaszkiem wycieczki personalnej?
                            Rosa
                            • ania_rosa Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 13.05.05, 23:56
                              Przepraszam, ale nie mogę się oprzeć:
                              "Wracajac do tematu; jeśli dwoje ludzi wierzy w siebie i w swój zwiazek to ma na
                              tyle odwagi aby powiedzieć o tym głośno w kościele;
                              jeśłi natomiast nie są siebie pewni ani swojego zwiazku, to ostrożna postawa
                              asekuranta wymusza labo życie w konkubinacie albo "ostrożny" ślub w USC, który
                              nie wiąże dożywotnio."

                              Istnieje też alternatywna teoria mówiąca, że ślub kościelny ma coś wspólnego z
                              wiarą i Bogiem....

                              Rosa
                              • nooleczka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 17.05.05, 15:09
                                katolik to taka osoba która również ma coś wspólnego z wiarą i Bogiem
                                Katolicyzm to nie partia z której można się wypisać bo tak wygodnie i z
                                powrotem zapisac bo znów tak wygodniej
                                • ania_rosa Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 17.05.05, 15:44
                                  Z katolicyzmu można się wypisac, acz jest to trudne i dokonuje się tego poprzez
                                  Watykan- tak więc wypisanie jest możliwe. Co do zapisywania- wystarczy wziąć
                                  chrzest w kościele katolickim. W opcji prostszej wystarczy stracić wiarę i
                                  zacząć negować doktrynę kościelną. Uważam, że to wystarczy, aby przestać być
                                  katolikiem, bo nikt o zdrowych zmysłach nie nazwie buddysty "katolikiem" tylko
                                  dlatego, że 20 lat temu został ochrzczony. Podobnie rzecz się ma z całymi masami
                                  społeczeństwa, które kiedyś ochrzczono i była to ich ostatnia wizyta w kościele.
                                  Natomiast można się nawrócić i z powrotem uzyskać prawo do nazywania się
                                  katolikiem. To rozumiem poprzez ponowne dołączenie do wspólnoty.
                                  Tyle odnosnie meritum.
                                  Napisałaś tez drugi, dłuzszy post. Ponieważ własnie wychodze z domu nie mam
                                  czasu go szukac i tam się dopisywac, więc dopiszę się tutaj.
                                  Nie było moją intencją wrzucanie wszystkich do jednego wora. To raz. Dwa- ja
                                  uparcie wierze, że kiedy ktoś regularnie pisuje na jakimś forum i daje się
                                  poznać od strony światopoglądowej, to potem nie musi wyjasniać swojego
                                  stanowiska w miliardzie dygresji. Dlatego nie rozbijałam już postu na tysiące
                                  przypadków, tylko skupiłam się na tym, co miałam do przekazania i poleciałam
                                  skrótem.
                                  Nie wiem, dlaczego odbieram Twoje posty jako agresywne- a odbieram. Nie mam
                                  teraz czasu się nad tym zastanawiać, bo taksówka czeka. Jesli kiedyś Będziesz
                                  mieć ochote możemy wrócić do tematu- tym razem chyba na priv, ok?
                                  Rosa
                            • nooleczka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 17.05.05, 15:06
                              ania_rosa napisała:

                              > Wytłumacz mi więc racjonalnie, co dokładnie Ci w tym nie pasuje-

                              Już śpiesze z tłumaczeniem. Ironia jest moim ukochanym orężem ale ma swoje
                              wady - mozna zostać zupełnie niezrozumianym, niestety.

                              to, ze się
                              > nawróciłam? To, że nie wzięłam pokazowego slubu w kościele, bo byłam na to za
                              > powazną osobą? Czy może to, że tym razem go wezmę, bo mam już inne nastawienie
                              > do kościoła? A może jak zwykle zaleciało zapaszkiem wycieczki personalnej?

                              Nic z tych rzeczy. Nie najeżaj sie i nie szukaj wszędzie wycieczek personalnych.
                              Chyba mozemy podyskuotwać majac zgoła odmienne poglądy??? Czy nie?
                              Nie pasuje mi mianowicie taka rzecz: już o tym pisałam, ale niech bedzie ze się
                              powtórzę. Mianowicie Twoje posty w tym temacie, zwłąszcza ten początkowy,
                              odebrałam jako wrzucanie wszystkich ludzi "rozwodników kościelnych" do jednego
                              wora. Ci którzy biorą ślub kościelny bo tak im mama kazała, bo tak wypadało, bo
                              ona była w ciaży - Ci wszyscy znaleźli sie u Ciebie w jednym worze z tymi,
                              którzy swego czasu wierzyli w Boga, wierzyli w swój związek i wierzyli że ta
                              miłość to miłość dożywotnia. Ale potem koleje losu sprawiły że trzeba było się
                              rozstać. Bo np. zostali zdradzeni, porzuceni, oszukani, znaleźli nową miłość
                              itp itd, nie wnikam.
                              No więc wyśmiewasz sie z tych wszystkich ludzi wrzuconych do jednego wora
                              przeciwstawiając im swój świetlany przykład jako osoby, która w swoim czasie
                              była na tyle rozsadna żeby nie popełnić tego błedu jakim jest ślub kościelny -
                              no wybacz ale taki właśnie wydźwięk mają Twoje posty.
                              Na pewno są w tym worze ludzie którzy sa sami sobie winni, ale jest tez spora
                              gromada tych, którym nalezy wyłącznie wspołczuć, jako że drugiej szansy na ślub
                              kościelny nie będą mieli nigdy. A może po 70-tce.
                              No to tak mniej więcej o to mi chodziło.
    • rachela180 Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 12.05.05, 12:11
      Mój chłop ma za soba rozwód. Ślubna poszukała sobie innych po 10 latach
      małżeństwa.

      I mój chłop ma problem. Jest młody - 37 lat, chce mieć rodzinę, dom, myśli o
      kolejnych dzieciach. Mieszkamy razem.

      Ale widzę też, że sie męczy - bo Kościół jest dla niego ważny. Chciałby
      przystępować do Komunii. Po rozwodzie na krótko związał się z młodą dziewczyną,
      również wierzącą, której ksiądz kazał go rzucić, żeby nie smażyła się w piekle.
      (Rozstali się z innych powodów).

      Mi nie przeszkadza to, że nie mogę przyjąć Komunii, nie zależy mi tak bardzo na
      ślubie kościelym, ale wiem że jemu marzy się rodzina "po bożemu".

      Co gorsza odtrąciły nas nasze rodziny - no bo jak to? On rozwiedziony,
      dzieciaty, ślubu kościelnego nie będzie, żyją ze sobą, Sodoma i Gomora! Przy
      nas trwa tylko jego ojciec, ale to może dlatego ze sam doświadczony mocno przez
      życie rozumie problem.

      I co mamy zrobić? Jest jeszcze za wcześnie na unieważnienie małżeństwa (2 lata
      od rozwodu, dzieci jeszcze za małe). Poza tym nie wiadomo czy eks się zgodzi na
      długi proces i zeznania, bo niby po co? Jej nie zależy.
      • cz.wrona Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 14.05.05, 15:46
        Rachelo nie rozumiem czemu sądzisz, ze jest jeszcze za wcześnie?>??
    • iziula1 Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 12.05.05, 22:21
      Jestem wierząca i wkrótce złoże razem z moim narzeczonym przysiege małżeńska
      przed Bogiem.
      Do czego mi to potrzebne?
      Przecież moge to zrobic w USC.
      Bo chce w Nasze życie wprowadzic Boga,nie chce byc w nim tylko ja i mój mąż.
      Dlatego tak ważny jest dla mnie ślub koscielny. Cywilny ma tylko znaczenie
      cywilnoprawne i szczerze mówiąć określa mnie tylko w tych granicach.
      W moim przypadku decyduje o tym dojrzałośc wiary.
      Czy zdecydowałabym się tylko na cywilny? Nie sądzę, potrzebuje Boga nawet wtedy
      gdy watpie, gdy zycie mi doskwiera i mam dość wszystkiego.
      Nie pogodziłabym sie z życiem bez sakramentu eucharystii.
      Dlatego skłaniam sie ku refleksji Ani,że wizja życia w małżeństwie bez
      sakramentu spowodowałaby u mnie wycofanie się z tego związku.
      Pozdrawiam.
      Iza
      • mamaadama4 Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 14.05.05, 20:41
        Rachel do stwierdzenia niewazności sakramentu małżeństwa nie jest potrzebna
        zgoda obu stron. To nie jest tak jak z rozwodem. Tutaj jedna strona wystepuje z
        wnioskiem a druga zgodzić się nie musi. Czas tez nie jest istotny.
    • balladynka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 11:01
      Naszło mnie pytanie. Może ktoś będzie w stanie odpowiedzieć. Proszę mnie źle
      nie odebrać, po prostu jestem ciekawa, bo nie jestem zbyt biegła w kwestiach
      wiary i zasad kościoła katolickiego.
      Czy może zawrzeć małżeństwo sakramentalne (albo przystąpić do innego
      sakramentu?) w kościele katolickim:
      1. morderca czy inna osoba, która popełniła jakiś ciężki grzech w swoim życiu?
      2. osoba uprawiająca seks przedmałżeński i mająca z tych związków np. dzieci z
      innym(i) partnerem/ami?
      3. Inne osoby w jakiś sposób nie pozostające w zgodzie z przesłaniem kościoła
      katolickiego, nie wiem, stosujące sztuczną antykoncepcję etc.

      Właściwie może moje pytanie powinno brzmieć tak: czy jest jakiś inny
      ogranicznik do zawarcia małżeństwa w kościele katolickim poza tym, że takie
      małżeństwo zostało już kiedyś przez tę osobę zawarte z kimś innym a
      pozostawanie w związku z drugą osobą od tej pory stanowi grzech według kościoła
      katolickiego? Czyli czy tylko taki grzech jest tu brany pod uwagę jako
      kryterium zawarcia takiego sakramentu?

      Czy chodzi tu nie tyle o wagę grzechu czy też jego rodzaj a raczej o
      kwestie "ciągłości" grzechu tzn. morderca może żałować i obiecać poprawęsmile zaś
      poprawa rozwodnika miałaby pewnie polegać na powrocie do żony/męża, czego
      pewnie ani on ani żona/mąż nie chcą zrobić a zatem według kościoła ich grzech
      trwa i nie mogą przystępować do sakramentów. Czy tak? Zamąciłam ale może
      wiadomo o co mi chodzi.
      • magdalens Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 11:47
        tą są pytania na które nie ma odpowiedzi. Przynajmniej nie udzieli ci ich
        ksiądz. Tzn. udzieli ale pokrętnie z wynikiem takim, że nie patrz na to co
        robią inni tylko na siebie . To ty masz być w zgodzie z prawem Kościoła a nie
        patrzeć na to, że skoro inni tego nie robią to ty możesz robić dokładnie to
        samo.
        • balladynka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 12:27
          Nie chodzi tu o porównywanie czy mentalność on zrobił to to ja mogę tamto. Jest
          to trudny temat i na pewno jest na to jakaś odpowiedź zgodna z doktryną
          kościoła katolickiego tylko my jej nie znamy. Strzelam, że to właśnie ten brak
          chęci poprawy może mieć tu znaczenie (kościół raczej przygarnia grzeszników z
          tego co mi się wydaje i okazuje miłosierdzie i wybaczenie grzechów stąd może
          się wydawać co najmniej dziwne, że rozwodnik jest be do końca życia a inne
          rzeczy są ludziom wybaczane w oczach kościoła katolickiego) tylko o okazanie
          skruchy i obietnicę poprawy - taki jest chyba sens spowiedzi i pokuty i tu leży
          rozwodnik bo poprawa o jaką chodzi kościołowi raczej nie wchodzi w gręsmile Ale
          jak mówię nie znam się na tym więc może odezwie się jakiś fachowiec.
          • magdalens Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 12:44
            tyle, że doktryna Kościoła i zasady wiary w znacznej mierze zależą od
            intrpretacji osoby która jej dokonuje ( np. Ksiądz - jeden powie ok. Nie
            przejmuj się wyspowiadam cię rozumiem itp, a inny powie wynocha mi z mojego
            swiętego koscioła ty grzeszniku!!). Tak naprawdę wydaje mi się, że tu nie ma i
            nigdy nie będzie definitywnego rozwiazania. Bo Biblie i przykazania i wszystkie
            nakazy zakazy itp. Każdy interpretuje tak jak chce i tak jak mu wygodnie.
            Aczkolwiek jest to opinia moja czyli osoby niepraktykującej.
            I myślę że w przyszłości będzie to bardzo drażliwa kwestia, która będzie jednym
            z powodów odchodzenia od wiary i Kościoła.
      • magdalens Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 11:52
        moja była teściowa jest kobietąogromnej wiary. Co niedziela Kościółek,
        spowiedzi, kupowanie gazetek kościelnych i te sprawy. Ale kiedy jej synek
        opuścił żonę i zaczął życie z inną kobietą ( a nie mamy nawet rozwodu) to
        okazuje się, że wszystko jest w porządku i ta dziewczyna jest fajna (
        chodząrazem na spacerki a ona siedzi z nimi w domu gotuje - bo przecież chłopak
        nie może być sam i nie przekreśli kobiet w swoim życiu!!!! To jego stałe
        chasło!!! I wtedy zasady wiary 10 przykazań itd nie jest ważne i nie trzeba się
        do tego stosować ale wszyscy inni muszą. Pamiętam jeszcze jakie były awantury,
        że nie byliśmy w niedziele w Kościele albo, że ja nie chciałam ślubu
        kościelnego albo, że nie chciałam chrzcić dziecka zaraz po porodzie. Ale teraz
        jest ok. No i oczywiście ona dalej chodzi co niedzielę do kościółka i jest
        przykładną katoliczką!!!!
      • e_r_i_n Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 12:18
        balladynka napisała:

        > 1. morderca czy inna osoba, która popełniła jakiś ciężki grzech w swoim życiu?

        To tak na temat:

        www.mateusz.pl/ksiazki/js-pn/js-pn_35.htm
        • balladynka Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 13:29
          Teraz to ja jeszcze mniej rozumiem. Zaproponowano im dwa rozwiązania żeby
          bohaterka i jej mąż mogli uzyskać rozgrzeszenie i ponownie przystępować do
          sakramentów: albo rozstanie albo wstrzemięźliwość seksualną. Jej "pokutę" w
          obliczu przedstawionych argumentów rozumiem ale jego nie za bardzo. Czyż nie
          powinien pójść o krok dalej i wracać w podskokach do swojej prawowitej żony?
          Rozumiem w związku z tym, że kościół akceptuje, że nie jest ze swoją prawowitą
          żoną, nie pomaga jej, nie jest z nią w zdrowiu i chorobie, nie wspiera duchowo
          i materialnie, słowem nie robi tych wszystkich rzeczy które zawierając
          małżeństwo obiecuje się robić. Czy nie płynie stąd wniosek, że kościół
          katolicki sprowadza całą tę kwestię do.....seksu?smile)) Wszystko jest OK, możesz
          być na drugim końcu świata, mieszkać "jak brat z siostrą" z inną kobietą,
          zapomnieć o pozostawionej gdzieś żonie "kościelnej", słowem zapomnieć o
          wszystkich INNYCH obowiązkach małżeńskich poza tym jednym. Jakaś pokrętna
          logika.
          • e_r_i_n Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 13:31
            Dokładnie tak to wygląda. "Białe małżeństwo' sprawia, że można stać się na nowo
            prawowitym i pełnoprawnym katolikiem (czyli np. zostac rodzicem chrzestnym).
            • kika74 Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 15:52
              bardzo interesujące jest że zawsze mówi sie o oddaleniu żony, o żonie nierządnej
              itd... patrzenie na kobiete jako na źródło zła. Kościół za duzy krok do przodu
              uznał zgodę na rozpad małżeństwa. inna sprawa, że mnożą sie ostatnio sprawy
              uniewaznienia małżeństwa. Wystarczy udowodnić chorobę psychiczną, uzaleznienie
              od alkoholu lub....... kłamstwo np. w kwestii woli posiadania dzieci. Osobami
              orzekającymi i przesłuchującymi są duchowni i w przypadku kobiet zakonnice.
              Nienajlepiwj patrzy sie na adwokatów i o duzej częśći kwestii formalnych nie
              informuje uczestników. Temat jest trudny bo o wszystkich kwestiach decydują
              osoby bez życia rodzinnego poza rodzina macierzysta.
          • lilith76 Re: rozwodnicy w kościele (Wysokie Obcasy) 16.05.05, 16:29
            Czy nie płynie stąd wniosek, że kościół
            > katolicki sprowadza całą tę kwestię do.....seksu?smile))

            bardzo upraszczając: katolicyzm to wiara, która przymknie oko na brak miłości,
            zezwalając na seks w związku sakramentalnym, ale nie wybaczy seksu łaskawie
            zezwalając na miłość w związku niesakramentalnym.

            można to zrozumieć - skoro miłość jeszcze wszystkiego nie tłumaczy (seks
            owszem) - to z innego forum.
    • magdalens pytanie?? 16.05.05, 12:45
      Które wyznanie pozwala na ponowne wyjście za mąż i unieważnia małżeństwa, bądź
      akceptuje rozwody????
      • darcia73 Re: pytanie?? 17.05.05, 11:23
        Magdalens - w twoim przypadku żadne! W protestantyzmie sa rozwody ale kazdy
        pastor bada indywidualnie sprawe. Twoj facet porzucił zone i wg mnie bedzie zył
        w grzechu nawet kiedy weźmie slub koscielny w jakimkolwiek kosciele
        chrzescijanskim.
        tutaj poczytac wiecej
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=14479&w=22071137&a=22410893
        i ogolnie cały watek jest ciekawy


        dodatkowo
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=22689891&a=22689891
        Dodam tylko, ze Boga nie oszukasz. Wierzący człowiek zyje zgodnie z zasadami
        chrzescijanstwa, ktore jest bardzo rygorystyczne, jezeli chodzi o rozwody,.
        Twoj M na pewno nie jest wierzacym człowiekiem, bo inaczej nie zostawiłby zony,
        albo jezeli by zostawił, to zyłby samotnie. A jezlei ty byłabys wierzaca, nie
        wiazałabys się z zonatym facetem, bo skazywałabys się swiadomie na zycie w
        grzechu. Po co wiec Ci slub koscielny?
        • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 11:30
          nie chcę ślubu kościelnego tylko mnie to zastanawia
          • darcia73 Re: pytanie?? 17.05.05, 12:01
            Nie napisze z punktu widzenia kościoła katolickiego ale ogólnie
            protestanckiego. Małżeństwo jest przymierzem. Sam Jezus wypowiedział się na
            temat rozwodów, ze są niedopuszczalne (chyba, ze z powodu cudzołóstwa) bo co
            Bóg złączył, tego człowiek nie powinien rozdzielać. Jeżeli przysięgasz , przed
            Bogiem - to twoja przysięga ma również wymiar duchowy. Złamanie tej przysięgi,
            dopóki twój mąż, żona żyje - to grzech. Natomiast jeżeli twój partner porzuci
            Cię i zwiążę się z inna osoba - jesteś wolna i masz prawo do ponownego
            małżeństwa - ale "w Panu" (tak to określa biblia) czyli zgodnie z
            chrześcijańskimi zasadami zawartymi w Piśmie Św. Natomiast strona, która
            porzuciła NIE MA PRAWA do ponownego małżeństwa przed Bogiem. Jeśli się opamięta
            powinna pozostać samotna. Takie są konsekwencje grzechu.

            A dlaczego białe małżeństwa – bo Bóg przewidział seks tylko w prawowitym
            małżeństwie, zawartym prze Jego Obliczem. Stąd każdy seks poza małżeństwem jest
            grzechem. Dlatego tak mało jest prawdziwych chrześcijan, są tylko tacy, którzy
            w coś wierzą (zazwyczaj w to co jest im wygodne).
            Ale jeżeli małżonkowie się nawrócą (tzn. oddadzą całe swoje życie Bogu) to
            nawet jeżeli przed nawróceniem, któreś z nich miało grzech związany z rozwodem,
            nawrócenie zmywa wszystkie dotychczasowe grzechy (stajemy się nowym stworzeniem
            w Chrystusie) i po rozmowach pastorem istnieje możliwość (ale nie w każdej
            sytuacji) zawarcia małżeństwa przed Bogiem. Nawrócenie jednak zmienia człowieka
            i zmienia jego sumienie.
        • balladynka Re: pytanie?? 17.05.05, 11:50
          Z Twoich postów za to tryska postawą chrześcijańską, miłosierdziem Bożym oraz
          przebaczeniem dla bliźniego i w ogóle nikogo nie oszukujesz ciesząc się, że nie
          ma w Twoim życiu eksa bo jak by był to była by i neksia a wtedy TY miałabyś
          problem. A tak to nie masz i fajowa z ciebie chrześcijanka o nietkniętym
          sumieniu. Możesz się tu zalogować i komuś w chrześcijańskim duchu powiedzieć
          dwa słowa.
          Amen.
          • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 11:54
            ha ha dobre smile
            dzięki za ocenę
            jak chcesz to przyjdź do mnie na nauki wiary ( mówiłam, że jestem
            niepraktykujaca)
            mówiłam, że tu musisz być bezpłciowym bo inaczej jesteś fe i najlepiej to pisać
            tak albo nie i nic nie tłumaczyć bo wtedy jest najbezpieczniej
            ale chyba nie o to chodzi
            zresztąnie boję się krytyki
            przy takim harcie to niedługo wezmę kałasza i roztrzelam wszystkich co mi źle
            życzą bo muszępokazać, że jestem ewidentnie zła! trochę luzu
            pozdrawiam
            • e_r_i_n Re: pytanie?? 17.05.05, 12:50
              Jakos tak przez skóre czuję, Magdo, ze to było do Darci, nie do Ciebie.
          • darcia73 Re: pytanie?? 17.05.05, 12:07
            Chrzescijanstwo nie polega na poklepywaniu po plecach i przechodzeniu nad
            grzechem do porzadku dziennego. Grzech to grzech, cudzołóstwo to cudzolowstwo i
            tego nie zmienisz. mozna pomoc grzesznikowi, ktory chce odejsc od swojego
            grzechu ale na pewno nie z usmiechem na ustach pomagac w dalszym "grzeszeniu" i
            udzielac rad na dalsza drogę "grzesznego" zycia.
            A ja się cieszę, ze tacy ludzie jak moj eks, nie mają wpływu na rozwoj mojego
            dziecka, bo ma szanse wyrosnąć na porzadnego człowieka, dla ktorego zdrada i
            rozwod sa czyms, czego powinnien się brzydzić
            • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 12:19
              ok. Cieszę się że są na tym świecie ludzie, którzy sątak bardzo wierzący i
              postępujący zgodnie z wiarą i sumieniem. Ciekawe czy we wszystkich kwestiach
              swojego życia taka jesteś. A co z przebaczeniem - nie na tym opiera się nauka
              Chrystusa?
              • darcia73 Re: pytanie?? 17.05.05, 12:48
                Magdalens, ja swojemu byłemu mężowi przebaczyłam, nie chce mi się 10 razy
                powtarzać, wiec opisałam m.in. to tu
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=23119755&a=23120183
                oczywiscie, ze nie trawie mojego eksa za jego głupotę i odejscie od Boga; Mam
                prawo byc na niego zła - ale to dwie rózne sprawy. Zawsze bede krytykowała to
                co uznaję za grzech i brak jakichkolwiek zasad. Mogę sie oburzac, gdy ktoś
                niezaprzeczalnie grzeszy, ale nigdy w realu nie odmówilam nikomu potrzebujacemu
                jakiejkolwiek pomocy. Ja mam jasne zasady, ktore wyznaję i wg ktorych mogę zyc.
                Tutaj nie ma zbyt wielu odcieni szarosci.
                Moj eks sam twierdzi, ze czasami za mną teskni, bo miałam jakies zasady ale
                niestety wie (i ja tez wiem), ze nie ma powrotu. Mam innego M. Zreszta moj eks
                jest typem babiarza, zdradza nawet sowja obecna dziewczynę, jezlei jeszcze z
                nia jest. Ostatnio nie dawał znaku zycia. To sa własnie konsewkwencje grzechu.
                Niestety moj eks nie powrocił do Boga, chociaz pewnie czegos mu brakuje, bo ta
                duchowa pustke moze tylko zapewnic Bog. Dopoki eks ze mna mieszkał mogł zajac
                się swoim synem, nawiązać z nim relacje, ale on go olał. Nawet narzekał, kiedy
                zostawiałam mu synka zeby wyjsc na chwilę do sklepu. Na pewno w jakis dziwny
                sposób go kocha, ale nie na tyle by byc normalnym ojcem. Nawet jesli zylibysmy
                razem, nigdy nie mogłby się stac wzorem mezczyzny godnym do nasladowania przez
                mojego syna.
                Zreszta ja byłam dla mojego eksa za miękka. Zawsze wybaczałam, wierzyłam ,
                ufałam. Jego obecna kobieta jest typem silnej babki, ktora go krotko trzyma.
                Inaczej z niektorymi facetami nie da się zyc jak się nie wprowadzi "zamordyzmu"
                • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 12:55
                  teraz rozumiem
                  ale nie wszyscy faceci tacy są
                  i wracając do twojej oceny mojej osoby ( mam poczucie winy wobez zony mojego M
                  mówię to poraz setny i może dlatego tak o niej pisałam na początku ale później
                  po kolejnych oskarżeniach mnie jako obłudnicy i wielce łaskawej skończyłam bo
                  rzeczywiście po co najlepiej przyjąć postawę wielkiej grzesznicy i dać sobie
                  spokój)
                  nie zmuszam cię do akceptacji mojego zachowania ani popierania tego. Zresztą
                  nigdzie nie napisałam, żeby ktoś mi powiedział, że dobrze robię ja cały czas
                  pytałam co robić żeby stało się mniejsze zło - tyle.
                  Czasami zostałam zmuszana do opisania kilku sytuacji tylko po to żeby nakreślić
                  obraz ale to był błąd lepiej opisywać teoretycznie i uzyskać teoretyczne
                  bezsensowne odpowiedzi.
                  Acha a ty jesteś najlepszym przykładem tego że życie nie kończy się na jednym
                  facecie i można ułożyć sobie życie z innym. No i jeszcze ukąśliwie, będąc po
                  rozwodzie ( nieakceptowalnym przez kościół) nie cudzołożysz teraz z innym
                  mężczyzną?
                  • darcia73 Re: pytanie?? 17.05.05, 13:13
                    Nie cudzołożę. Jestem protestantką. To moj eks mnie zdradził i opuscil a ja
                    moge byc ponownie mezatką przed Bogiem. Wiecej napisałam Ci w postach wyzej,
                    jak to widza koscioły protestanckie. MOj M wyszedł z e stanu kawalerskiego,
                    wiec wziełam wolnego faceta bez zobowiązan. Zreszta gdyby byl rozwodnikiem
                    miałabym opory moralne, aby wchodzic głebiej w taki zwiazek, chyba, ze byłby
                    ewidentnie porzucony przez zonę a ta popełniłaby cudzołówstwo. Kiedy głeboko
                    wierzy się w Boga przy roznych dziwnych sytuacjach (typu własnie flirt z
                    zonatym) sumienie zaczyna głosno alarmowac. Nie mozna zrobic czegos wbrew
                    sobie, tym bardziej wejsc w podejrzany zwiazek. Wtedy to byloby odejscie od
                    Boga, bez ktorego juz nie potrafię zyc. Piszę to z mojej osobistej perspektywy.
                    Daltego tak negatywnie jestem nastawiona do macoch, ktore weszły w cudzy
                    zwiazek, bo moje sumienia krzyczy i niepozwala mi akceptowanie takiego stanu.
                    jestem wtedy nawet złoscliwa ale nie rozumiem jak mozna cos takiego zrobic
                    swojemu bliźniemu, innej kobiecie. Nawet jakby była najbardziej wredna zoną. Bo
                    ja wierze, ze nasz pobyt na tym ziemskim padole jest tymczasowy a przed nami
                    wiecznosc. Mamy do wyboru albo opuszczenie przez Boga i katusze (piekło) albo
                    zycie wieczne. Mozesz nagle umrzec i co wtedy z Tobą? Piekło ? dla mnie sa to
                    sparwy zbyt wielkiej wagi.
                    Zresztą widze, ze ludzie ktorzy wybrali Boga sa naparwdę błogoisławieni i Bog
                    potem im jeszcze wiecej daje. Moja kolezanka była zakochana w zonatym ale
                    nawrociła sie i odeszła od niego. Spotkała potem normalnego faceta, kawalera z
                    ktorymi tworza udane małzenstwo. Bog naprawde nagradza za wiernośc. Tylko my z
                    perspektywy sytuacji w ktorej się znajdujemy nie potrafimy dojrzec innego
                    wyjscia. Tłumaczymy to miłoscia do męzczyzny/kobiety a tak naprawde to
                    rezyserem tego spektaklu jest szatan. On najbardziej się cieszy z rozbitych
                    małzenstw.
                    • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 13:17
                      wiesz co szczerze to zaczynam się ciebie bać!
                      • darcia73 Re: pytanie?? 17.05.05, 13:22
                        magdalens, ty nie boj się mnie ale Boga wink
                        Napisałam jasno, bez ogrodek jak to widzę. Ja mam swoje poglady, ty masz swoje.
                        • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 13:23
                          No właśnie boję siętwoich pogladów.
                          • darcia73 Re: pytanie?? 17.05.05, 13:25
                            dlaczego?
                            • ania_rosa Re: pytanie?? 17.05.05, 13:29
                              Dopóki Darcia nie idzie z ognistym mieczem ścinać głowy niewiernych- to nie ma
                              co się Jej baćwink Czym innym jest wiara, a czym innym nachalna misja polityczno-
                              religijna ( w wydaniu co niektórych polityków). Darcia przedstawiła swój punkt
                              widzenia i tyle, ale nie zamierza Cie karcic, Magdalens, tak więc wyluzuj.
                              Miałabym jeszcze parę przemyśleń, ale się powstrzymam.
                              Rosa
                            • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 13:31
                              zawsze bałam się ludzi z takik silnym poczuciem wiary nie obraź się to nie
                              chodzi o ciebie poprostu tak mam od KSM-ów w podstawówce. Teraz raczej stronie
                              od ludzi, którzy bardzo afiszują się swoją wiarą. ( Nie mówię o tobie ale to
                              drażliwy temat na godzinne rozmowy)
                              Pozdrawiam
                              • darcia73 Re: pytanie?? 17.05.05, 13:53
                                A kto to sa KSM-owcy?
                                Wiesz, ja zawsze miałam problem z afiszowaniem się swoją wiarą, tak praktycznie
                                od niedawna mam smiałosć o niej mówic, bo inaczej nikt chyba nie zrozumiałby
                                mojej postawy i czarno-białych pogladów. Postepuję zgodnie ze swoim sumieniem i
                                nikogo nie nawracam. Myslę, ze to Bog nawraca szukających a potem pozwala
                                człowiekowi znaleźć swoje miejsce. ja akurat je odnalazłam w protestantyźmie.
                                Znam nawrocone osoby z koscioła katolickiego.
                                A zareklamowac mogę, bo zycie z Bogiem jest fascynujace i wspaniałe. Człowiek
                                ma pewnosc, ze nie jest sam, ze jest Ktoś Najwyższy, dla Ktorego jestem tak
                                Wazna, ze umarł za mnie na Krzyzu, za moje wszystkie grzechy. Mogę się modlic i
                                prosic o pomoc w kazdej sytuacji a zadna modlitwa nie pozostaje bez odpowiedzi.
                                To jest realna, osobista wieź z Bogiem, ktory pomaga przejsc przez wszytkie
                                kłopoty.
                                To Bog dał mi siłę, ze nie zwariowałam, kiedy moj eks mnie zdradził
                                i "porzucił" jako zonę, bo przez jakis czas ze mną jescze mieszkał. Mieszkałam
                                z nim pod jednym dachem, karmiłam, dawałam na drobne wydatki a on zachowywał
                                się jak najgorszy cham. To Bog dał mi siłę, by przez to przejsc, dał spryt i
                                odwagę, by znaleźć rozwiazanie i dał mi do niego miłosć braterstką taka, z e
                                gdy on alb jego dziewczyna potrzebowali pomocy, chocby w tak prowizorycznych
                                sprwach jak wypełnianie pITow, czy ogladanie stancji, to chowałam dumę do
                                kieszeni i pomagałam. Nie raz ich ochrzaniałam, ale zawsze wiedzieli, ze w
                                razie potrzeby moga na mnie liczyc. Nie płacili alimentów, bo eks miał trudną
                                sytuację. Teraz wyjechali za granice i od jakiegos czasu nie dają znaku zycia.
                                Ja naprawdę się modlę o ich pomyslnosc, zeby w koncu wyszli na prostą Ja im
                                szczescia nie bronię, wrecz bardzo się cisze gdy słysze, ze wszytko jest OK a
                                martwię się, gdy cos się nie układa. byle tylko eks znowu nie robił głupot i
                                dał mi spokój.
                                • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 13:57
                                  Katolickie Stowarzyszenie Młodzierzy
                                  nie znałam twojej historii i podziwiam postawę ja też prawie taką chce utrzymać
                                  wobec mojego ex
                                  pozdrawiam
          • magdalens Re: pytanie?? 17.05.05, 13:15
            no nie!!! wygłupiłam się sorry balladynko!
            dużo się u mnie dzieje i wyładowuje to tutaj na forum
            jeszcze raz przepraszam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka