magdmaz
03.07.05, 13:23
Prześledziłam uważnie wątek o katalizatorkach, zdradzie, winie i
odpowiedzialności, bo te myśli krążą wokoł mnie nieustannie, ale chcę
poruszyć jeszcze jeden aspekt:
Zdrada - rzecz jasna. Mąż zdradził, żona ma niejako wybór - wybaczyć czy nie,
i ile sytuacji, tyle rozwiązań. Toż samo, gdy odszedł, porzucił.
A jeśli on nie zdradził? Jeśli nie chce odejść? Jeśli jest mu wygodnie mieć w
domu żonę, którą można pobić, zgwałcić, napluć jej w twarz, nazwać (...)? Nie
często - parę razy w roku. Zwłaszcza, że praca w innym mieście, on czasem
wyjeżdża na miesiąc, czasem na trzy, tak samo wraca do domu raz na krócej,
raz na dłużej. Ale nie ma zamiaru rozbijać rodziny. A zeszmacona kobieta,
która kocha go tak, jak nikt inny na świecie jest mu potrzebna do budowania
poczucia własnej wartości (nie zmyślam, słowa psychoterapeuty).
A żona się na to zgadza, bo... wiele można wytrzymać. Bo dzieci, bo pełna
rodzina. Bo to nie jest szczególnie zły człowiek - pełno takich. W końcu on
nie chce odchodzić, w dodatku on ją KOCHA, kocha jak potrafi.
Myślę, że jeśli ta kobieta zdecyduje sie odejść od męża, to uzyska coś w
rodzaju społecznego poparcia.
Idźmy dalej. Rozstanie było dla niego szokiem. Dotarło do niego, co zrobił z
życiem swoim, żony, dzieci. Pobiegł na leczenie. Zainteresował się dziećmi,
które dotąd były przeszkodą w drodze do kariery bądź w odpoczynku.
Przewartościował swój światopogląd, rodzina i małżeństwo są dla niego
najważniejsze. Błaga żonę o powrót.
Idźmy dalej. Żona była oczywiście w stanie załamania nerwowego i depresji. Po
odejściu pozbierała się, stanęła na nogi, podjęła nową pracę. Poznała kogoś,
kto jej w tym pomógł - (katalizatorek!) Nawiązał się romans, który pozwolił
jej znów poczuć się kobietą i zapomnieć o tym , że sama dopuściła do tego, że
czuła się jak ostatnia dziwka i szmata. Dźwiga poczucie odpowiedzialności za
rozbicie rodziny, poczucie, którego nie miałaby, gdyby on ją po prostu
zdradził. Nawet jeśli zdradził, to nie o to tu biega.
Wine ponoszą wszyscy, bez dwóch zdań. Jak już padło, wina jednej strony nie
umniejsza winy drugiej, to nie są procenty.
Ale zauważcie - wina żony rośnie z dnia na dzień. Bo kurna chata - jakim
prawem ona śmie nie przebaczyć??? Skoro on się poprawił? Skoro on obiecał, że
więcej na nia ręki nie podniesie? Skoro on tęskni???
No i jeszce katalizatorek. Zrobił swoje, powinien odejść. Ze swoją żoną nie
żyje wprawdzie od lat, ale ma dwoje ledwo pełnoletnich dzieci, zobowiązania
finansowe i wszelkie inne moralne. A jak oboje - niewierna żona i ten
katalizatorek coś się rozstać nie mogą? I miesiące zamieniaja sie w lata... A
wina rośnie...
To taki życiowy przykład na temat relatywizmu pewnych pojęć, które z natury
swojej nie powinny relatywizmowi podlegać. Jeśli ktoś widzi to wszystko
inaczej, to proszę o wypowiedź.
Pozdrawiam.