johana2
15.08.05, 19:17
Nie bedę opisywać całej mojej historii z pasierbem. Jakiś czas temu
zastanawiałam się tu na forum, czy pomóc jemu i jego nowo narodzonemu
dziecku, czy nie.... Może pamiętacie. Moje relacje z dorosłym pasierbem były
bardzo złe,ale odkąd wyprowadził się, zdecydowanie uległy poprawie, choć
dawne urazy ciągle tkwiły i we mnie i chyba w nim. Bez stałej pracy, bez
średniej szkoły - on i ona, zamieszali razem, pojawiło się dziecko, chyba (?
co za szczyt głupoty) planowane. Pomóc, nie pomóc.... jednak zdecydowałam się
pomóc. Woziłam do szpitala (ciężka ciąża), podarowałam prawie całą wyprawkę,
odebrałam malutką, pomogłam w pierwszy dzień....wszytko w dodatku tuż przed
moją obroną. Czasowo także kosztem mojego dziecka. To było w czerwcu.
Myślałam: może w końcu będzie z nas jakaś rodzina. Kilka dni temu ,
przypadkowo, jakby od niechcenia młody zakomunikował swojemu ojcu który wpadł
w odwiedziny do wnuczki, że 3 dni temu wzięli ślub. Nie zaprosił, bo
skończyła mu się karta w telefonie i nie mógł się skontaktować.....szok dla
mnie i dla męża. Od siebie dodam że możliwości kontaktu było kilka i to
takich które nie stwarzały problemu, chociażby przez gadu, czy przez mnie
(mieszkają niedaleko mojej pracy). Koniec. Przestali dla mnie istnieć. NIE
obchodzi mnie młody i jego rodzina. Po prostu - koniec. Może ślub dla nich
nie był ważna sprawą, raczej papierkowym ułatwieniem w urzędowych sprawach. A
jednak żyjemy w pewnym środowisku, gdzie aby mieć dobre relacje z ludźmi
należy utrzymywać jakieś pozory dyplomacji i przyzwoitości. Oni poraz kolejny
zrobili na nas totalną olewkę. Będę teraz wstrętną macochą. I nawet cieszę
się bo mam ten problem z głowy. Nie oczekuję rad. Chciałam się tylko wygadać.