magdmaz
30.09.05, 09:36
Nie wiem, gdzie pójść z moim problemem. Odważyłam się po przeczytaniu
postu "mieszkam z dziećmi męża".
U mnie problem jest odwrotny.
Jestem rozwiedziona, mam dwoje dzieci w wieku 6 (córka) i 4 (syn). Dzieci
mają kontakt z ojcem, ale mieszka on 300 km od nas, a pracuje w zupełnie
innym zakątku Polski -po 450 km od nas i od swojego domu. Więc ten kontakt
jest świąteczno - wakacyjny.
Związana jestem z mężczyzną starszym ode mnie - bardzo mi ten układ odpowiada
i dobrze nam ze sobą. To znaczy byłoby nam dobrze, gdyby nie fakt, że mam
dzieci i przeszłość w postaci exa. Jego rodzina nie jest tu problemem, jego
synowie są już pełnoletni, mieszkają prawie 500 km od nas, poznałam tylko
jednego i starałam się być bardzo miła (był u nas przez miesiąc wakacji).
Problem stanowią kontakty na linii Niemąż - Moje Dzieci. Jest fatalnie, coraz
gorzej. Dwa aspekty - 1. moje dzieci są bardzo żywe, wszędzie ich pełno,
bawią się zawsze głośno, syn czasem zapamięta się w szaleństwie zabawy,
natomiast córka jest aż za bardzo inteligentna, do tego jękliwa, płaczliwa
("nudząca się"), pyskata i bez szacunku dla autorytetów, ambitna i
przewrażliwiona, złośliwa i "moje musi być na wierzchu". A do tego jest
bystra i ma ogromną fantazję. 2. Mój Niemąż uznaje zasadę "dzieci i ryby
głosu nie mają", mają byc bezgłośne i bezwonne i nie mają praw. Żelazna
dyscyplina, całkowity posłuch i żadnego "ale". Nie wolno zaadawć pytań.
Dziecku należy dobrze dać po dupie, bo inaczej będzie miało do rodziców
pretensje, jak się okaże, że nie jest pępkiem świata.
Jak widzicie - to nie może grać. Za duże rozbieżności. Jeszcze z synem jest w
miarę, chociaż Niemąż nie potrafi zwracać się do dzieci inaczej jak
podniesionym głosem i mały po prostu się go boi. Z córką jest gorzej, bo gdy
syn przerażony umielknie, to ona odpyskuje. Nie da się przegadać i już!
(Obiektywnie - jest trudnym dzieckiem, ale ma szansę wyrosnąć z niej człowiek
o silnej osobowości. Ja sama często nie wiem, jak z nią postępować, ale na
pewno poniżanie i upokarzanie nie jest dobrą metodą, bo wywołuje strasznie
silną reakcję zwrotną i zacięcie się zamiast refleksji).
Niemąż nie uznaje metody "tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć" Uważa, że jest
nieskuteczna, a dzieci sobie ze mnie bimbają. Ja myślę, że jest po prostu
długofalowa i efekty nie są natychmiastowe. Natomiast faktem jest, że dzieci
często "włażą mi na głowę", ale ja przymuję to za cenę dobrego kontaktu, jaki
z nimi mam - i oby to procentowało w okresie dorastania.
Osobiście uważam, że nie jestem matką pobłażliwą, tylko mało konsekwentną, co
wynika z mojego temperamentu (no, po kimś dzieci to mają) i przesadnej
nerwowości (wiecznie się spieszę).
Ostatnio - od powrotu z wakacji - Niemąż traktuje córkę okropnie. Potrafi
zignorować ją zupełnie, nie odpowiedzieć na pytanie czy "zaczepkę" (ona
wstydzi się często zwrócić z prośbą bezpośrednio, ukrywa to pod maską
NONSZALANCJI - nie żartuję. (czasem wydaje mi się że mam w domu
trzynastolatkę). Sprawia wrażenie, jakby jej nie zależało, a potem mi się
wypłakuje. Ale duma nie pozwoli jej się "upokorzyć", a Niemąż tylko taką
postawę dziecka akceptuje. Dziecko ma być pokorne.
Jeśli dzieci chwalą się czymś, np obrazkiem czy budowlą, Niemąż ewentualnie
pochwali synka, ale na pewno wyśmieje córkę.
Wczoraj zażądał, żeby zwracała się do niego per "pan", jeśli nie umie zwracać
się z szacunkiem. (Dotąd dzieci mówiły mu po imieniu, no bo jak???)
Tu się już wkurzyłam. Też się będę zwracać "pan".
Dziewczyny. Mamy. Macochy. Jest źle. Ja to widzę tak - ktoś się musi
wyprowadzić - Niemąż lub córka. A może jest inne rozwiązanie? Czy uważacie,
że powinnam inaczej wychowywać córkę? Czy wasze dzieci też próbują
uczestniczyć w rozmowach dorosłych? (Niby wie, że nie ma prawa, ale jest
ciekawa (tak się przejawia inteligencja) i wtrąca pytania: "Mamusiu, a co to
jest destabilizacja?" Niemąż jest oburzony. W dodatku on nie ma skrupułów
rozmawiać głośno w trakcie dobranocki, a sam żąda ciszy gdy je kolacje (pokój
dzieci wychodzi na kuchnie i nie ma drzwi.
Jak zwykle Niemąż nie widzi problemu. Tak można żyć. Unikać się, nie odzywać
się do siebie. Ja uważam, że nie można. Moje dzieci nie mogą się go BAĆ -
widać to w ich oczach, gdy się pojawia lub odzywa. Niemąż uważa, ze dzieci
MUSZĄ się bać, bo tylko wtedy będą przejawiały szacunek.
Dla mnie rozwiązanie jest jedno - rozstanie. A będę żałować. I nie chciałabym
obarczać kiedyś córki odpowiedzialnością, ze przez nia nie ułożyłam sobie
życia. A dziś wiem, że wypłoszy każdego absztyfikanta. Tyle, ze to moje
dziecko i za jej rozwój jestem odpowiedzialna.
Co radzicie?
Magda
Moje Robaki:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=621&w=26013313