weronka77
05.07.06, 00:22
Wysyłałam sobie dzisiaj do znajomych sesemesy treści "Co
słychac?",kurtuazyjnie bo od prawie tygodnia jestem "poza zasięgiem
Galicji".Dostałąm kilka sympatycznych wiadomości i jedną smutną.Znajoma
napisała że rozstała się z ojcem swojej(a raczej ich) córeczki
półrocznej..Powodem rozstania był brak tolerancji a raczej niemożność
zaakceptowania przez partnera,dwójki dzieci z małżeństwa kobiety.W pierwszej
chwili szlag mnie trafił,bo przecież"widziały gały co brały"-facet miał jasno
postawioną sytuację,chłopcy od poczatku mieszkali z nimi,zanim pojawiła się
malutka.Jednak nie potrafił sobie poradzić z całą tą sytuacją i się rozstali
(zostawił córeczkę-świnia!).Tak sobie rozmyślam.próbując faceta zrozumieć
albo przynajmniej motywy którymi się kierował i nic.Nie mogę również znależć
wytłumaczenia dla sytuacji która w moim małżeństwie powtarza się co jakiś
czas-miewam momenty "bezsilności i złości" kiedy to sobie postanawiam że
zabiorę cóeczkę i odejde od męża ,bo mnie sam fakt posiadania przez niego
dzieci z poprzednich małżeństw doprowadza do szału.Niby wiedziałam od
poczatku jak jest,ale wtedy sytuacja wyglądała trochę inaczej.FAcet spędzał
czas sam,dzieciaki ograniczały się do okolicznościowych życzeń i
tyle.Myślałam że tak zostanie,tymczasem pojawienie się mnie a potem małej
wywołało eskalację uczuć-dzieciaki natychmiast "przypomniały" sobie o
tacie,dowodom miłości i tęsknoty nie było końca(wiem że sarkastycznie ale
szlag mnie trafił!).Mąż zdaje sobie sprawę z sytuacji i dzieciaki trzyma jak
najdalej ode mnie,nie rozmawia o nich,umawia się poza domem-wie że zawsze
czymś mu "dopiekę".Pewnie w myśl swojej filozofii że "święty spokój wart
jest wszystkiego" zgadza się na każde ,nawet najbardziej szalone moje
pomysły,zachcianki; ponosi koszty utrzymania,zakupów,wakacji,przyjemności-nie
pyta co robie ze swoimi pieniędzmi ,a przecież mógłby.Zajmuje sie małą po
powrocie z pracy,oraz wtedy kiedy ja gdzieś "szaleję" wieczorową porą,nie
kłóci sie nigdy,raczej zamknie w sobie,pomilczy i sam zostaje zw swoimi
troskami-ponieważ,jak twierdzi sam musi sobie z nimi dać rade a nie zadręczać
innych.To jaki jest,jest wynikiem analizy jego poprzednich zwiazków-
postanowił pewne swoje błędy w sposobie postępowania naprawić.Nie wiem na ile
jego spolegliwośc jest wynikiem chęci "świetego spokoju" a ile miłością
szleńczą do córeczki i chęcią posiadania kompletnej rodziny.Rodzice radzą
mi "spuszczenie z tonu"-są pełni uznania dla zięcia,tego jakim jest
mężem,ojcem-nie tylko dla ich wnuczki.Uwazaja że mogłabym sobie darowac uwagi
dotyczące pasierbów i zachowania.ALe nie umiem-mimo że nie widziałam
dzieciaków od roku(pasierba krócej) to diabli mnie biorą na samą mysl o
nich.Mam ochotę zostawić w cholerę całe towarzystwo(wiadomo że ojciec dzieci
się nie wyrzeknie)ale kocham faceta,który ma chyba najciężej z Nas
wszystkich.Zdaję sobię sprawę z konsekwencji takiej wiwisekcji ale
przynajmniej bez owjania w bawełnę i udawania pisze szczerze jak jest.Co mam
z tym zrobić?Jakiś psycholog na forum?