Smutne,a może...?

05.07.06, 00:22
Wysyłałam sobie dzisiaj do znajomych sesemesy treści "Co
słychac?",kurtuazyjnie bo od prawie tygodnia jestem "poza zasięgiem
Galicji".Dostałąm kilka sympatycznych wiadomości i jedną smutną.Znajoma
napisała że rozstała się z ojcem swojej(a raczej ich) córeczki
półrocznej..Powodem rozstania był brak tolerancji a raczej niemożność
zaakceptowania przez partnera,dwójki dzieci z małżeństwa kobiety.W pierwszej
chwili szlag mnie trafił,bo przecież"widziały gały co brały"-facet miał jasno
postawioną sytuację,chłopcy od poczatku mieszkali z nimi,zanim pojawiła się
malutka.Jednak nie potrafił sobie poradzić z całą tą sytuacją i się rozstali
(zostawił córeczkę-świnia!).Tak sobie rozmyślam.próbując faceta zrozumieć
albo przynajmniej motywy którymi się kierował i nic.Nie mogę również znależć
wytłumaczenia dla sytuacji która w moim małżeństwie powtarza się co jakiś
czas-miewam momenty "bezsilności i złości" kiedy to sobie postanawiam że
zabiorę cóeczkę i odejde od męża ,bo mnie sam fakt posiadania przez niego
dzieci z poprzednich małżeństw doprowadza do szału.Niby wiedziałam od
poczatku jak jest,ale wtedy sytuacja wyglądała trochę inaczej.FAcet spędzał
czas sam,dzieciaki ograniczały się do okolicznościowych życzeń i
tyle.Myślałam że tak zostanie,tymczasem pojawienie się mnie a potem małej
wywołało eskalację uczuć-dzieciaki natychmiast "przypomniały" sobie o
tacie,dowodom miłości i tęsknoty nie było końca(wiem że sarkastycznie ale
szlag mnie trafił!).Mąż zdaje sobie sprawę z sytuacji i dzieciaki trzyma jak
najdalej ode mnie,nie rozmawia o nich,umawia się poza domem-wie że zawsze
czymś mu "dopiekę".Pewnie w myśl swojej filozofii że "święty spokój wart
jest wszystkiego" zgadza się na każde ,nawet najbardziej szalone moje
pomysły,zachcianki; ponosi koszty utrzymania,zakupów,wakacji,przyjemności-nie
pyta co robie ze swoimi pieniędzmi ,a przecież mógłby.Zajmuje sie małą po
powrocie z pracy,oraz wtedy kiedy ja gdzieś "szaleję" wieczorową porą,nie
kłóci sie nigdy,raczej zamknie w sobie,pomilczy i sam zostaje zw swoimi
troskami-ponieważ,jak twierdzi sam musi sobie z nimi dać rade a nie zadręczać
innych.To jaki jest,jest wynikiem analizy jego poprzednich zwiazków-
postanowił pewne swoje błędy w sposobie postępowania naprawić.Nie wiem na ile
jego spolegliwośc jest wynikiem chęci "świetego spokoju" a ile miłością
szleńczą do córeczki i chęcią posiadania kompletnej rodziny.Rodzice radzą
mi "spuszczenie z tonu"-są pełni uznania dla zięcia,tego jakim jest
mężem,ojcem-nie tylko dla ich wnuczki.Uwazaja że mogłabym sobie darowac uwagi
dotyczące pasierbów i zachowania.ALe nie umiem-mimo że nie widziałam
dzieciaków od roku(pasierba krócej) to diabli mnie biorą na samą mysl o
nich.Mam ochotę zostawić w cholerę całe towarzystwo(wiadomo że ojciec dzieci
się nie wyrzeknie)ale kocham faceta,który ma chyba najciężej z Nas
wszystkich.Zdaję sobię sprawę z konsekwencji takiej wiwisekcji ale
przynajmniej bez owjania w bawełnę i udawania pisze szczerze jak jest.Co mam
z tym zrobić?Jakiś psycholog na forum?
    • chalsia Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 00:55
      na forum to może nie, ale w realu to jak najbardziej polecam (ale nie
      psychologa ale psychoterapeute). Jakiś powód takich uczuć musi być, bo mało kto
      jest "zły sam w sobie".
      A skoro masz skrzętnie gromadzone fundusze smile to warto je wydać na kogoś
      naprawdę dobrego.
      Chalsia
      • mrs_ka Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 01:22
        Dla mnie to, co napisałaś nie jest smutne. Smutne jest brnięcie w nieciekawe
        moralnie czyny bez świadomości tego, że są nieciekawe moralnie. I powiem
        szczerze, że cieszę się czytając taki Twój post, bo wizja, którą przedstawiałaś
        dotychczas zupełnie mi się nie podobała. Ale to Twoje życie i Wasze decyzje,
        dlatego nic tu po moich komentarzach i opiniach.

        Napisałaś:
        "Uwazaja że mogłabym sobie darowac uwagi
        dotyczące pasierbów i zachowania.ALe nie umiem-mimo że nie widziałam
        dzieciaków od roku(pasierba krócej) to diabli mnie biorą na samą mysl o
        nich"

        ja myślę, że umiesz. To jest kwestia woli, a nie możliwości. I myślę, że Jesteś
        być może na dobrej drodze. Wszystko da się wypracowac. A w tym przypadku
        zdecydowanie warto.
        I też sądzę, że najlepiej pogadać o tym z psychologiem z powodów, które podała
        Chalsia.

        a.

    • m-m-m Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 08:46
      Weronko, Twoja sytuacja jest dwojaka: po pierwsze na Ciebie ma wpływ i
      zachowanie pasierbów (są w trudnym wieku, nawet biologiczni rodzice mają swoich
      pociech w takim wieki dosyc, a co dopiero osoby obce), po drugie Ty sama kiedyś
      byłaś na ich miejscu: jako jedynaczka z domu ludzi rozwiedzionych
      przyzwyczaiłaś się, że wszyscy wokół skupiają na Tobie uwagę, byłaś
      najważniejsza, a tu wiążąc się z M. otrzymałaś niejako "konkurencję" do jego
      uczuć w postaci jego dzieci (Ty dla nich też taka konkurncją jesteś) - co w
      zbiciu z dotychczasowymi Twoimi doświadczeniami powoduje, że czujesz się na
      marginesie, a nie w centrum. Cały czas jesteś jak mała dziewczynka, a nie
      dorosła kobieta, ktora ma na tyle duże poczucie własnej wartości, że nie musi
      już zabiegać o miłość "tatusia" (czytaj M.), bo jest jego partnerką, a nie
      córką.
      Oni mają takie same odczucia względem Ciebie i Twojej córki, też są na
      marginesie, a chcieliby być w centrum. Stąd ich nagły przyplyw uczuc do ojca po
      twoim pojawieniu się: nagle pojawila sie owa osoba do tych uczuć i oni
      rozpoczęłi rywalizację, atakże próby usunięcia przeciwnika (czyli Ciebie) z
      życia ich ojca. Znam to z autopsji, bo taka sama rywalizacje podjęłam kiedyś ja
      względem pojczyma i atakując go liczyłam, że się zniechęci i sobie pójdzie w
      diabły, a ja mamę będę miała tylko dla siebie (nie docierało do mnie wtedy, że
      miłośc do dziecka to co innego, a uczucia do partnera to zupełnie co innego -
      no i oczywiście chodziło też o tę uwagę tylko mnie poświęcaną).
      Koniecznie idź na dobra psychoterapię, to samo nie minie, ani nie uporzadkujesz
      tego czytając forum.
      Radykalnej zmianie stosunki w takim układzie uległyby poprawie, gdyby wszystkie
      dzieci z rozbitych domów: czyli Ty i oboje pasierbowie M. poszli na taka
      psychoterapię, bo jak mniemam dużą ilość złości masz i Ty wzgledem ich i oni
      względem Ciebie. No, ale to jest sytacja idalna i psychoterapia tych dzieci
      zalezy od ich ojca (który wyjdzie z taka inicjatywa i zapłaci za nią).
    • geos Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 08:57
      ,bo mnie sam fakt posiadania przez niego
      > dzieci z poprzednich małżeństw doprowadza do szału.Niby wiedziałam od
      > poczatku jak jest,ale wtedy sytuacja wyglądała trochę inaczej.FAcet spędzał
      > czas sam,dzieciaki ograniczały się do okolicznościowych życzeń i
      > tyle

      Trochę nie rozumiem dlaczego tak cie to wkurza
      Chyba bardziej wkurza cię fakt, że to się zmieniło?!
      Moim zdaniem nie najlepiej świadczy o facecie, że kontakty z dziecmi ma
      ograniczone. Obecna sytuacja jest chyba bardziej komfortowa i dla ojca i dla
      dzieci. Nie przypuszczam, żeby był az tak nieczułym człowiekiem i nie tęsknił za
      dziecmi.

      Mąż zdaje sobie sprawę z sytuacji i dzieciaki trzyma jak
      > najdalej ode mnie,nie rozmawia o nich,umawia się poza domem-wie że zawsze
      > czymś mu "dopiekę"

      A po co mu dopiekać?? Przeciez Twój mąż dobrze robi. wydaje się jakbyś chciała
      wykreślic jego przeszłośc a tak sie nie da!
      Czy to aż takie straszne dzieci? Niegrzeczne, trzeba sie ich bać?
      Troche to wygląda tak, że mąż sam sie boryka z problemami związanymi ze swoimi
      dziećmi - gdzie tu partnerswto i związek?


      jak twierdzi sam musi sobie z nimi dać rade a nie zadręczać
      > innych.To jaki jest,jest wynikiem analizy jego poprzednich zwiazków-
      > postanowił pewne swoje błędy w sposobie postępowania naprawić.

      No wąłsnie, tak to wygląda. Chyab mu w tym nie pomagasz? Wykaraskać się z
      naleciałości z poprzedniego związku. Bo to jaki teraz jest nie jest naturalne do
      takie odkupienie win. Zgodzi sie na wszytsko bo czuje sie winny. Tak mi to
      wygląda. Chyab warto z nim porozmawiac i razem iśc do tego psychoterapeuty.


      Rodzice radzą
      > mi "spuszczenie z tonu"-są pełni uznania dla zięcia,tego jakim jest
      > mężem,ojcem-nie tylko dla ich wnuczki.

      SIC! Twoi rodzice maja rację, w zyciu ponosi sie konsekwencje tego co sie
      zrobiło. Twój mąz ponosi "konsekwencje" swego pierwszego małżeństwa. Kocha swoje
      dzieci i z tego co piszesz stara sie teraz miec z nimi kontakt. Nie wiem czy
      wczesniej był ten kontakt utrudniany?
      Nie wiem tez dlaczego wierzyłas, że nic się w tej kwestii nie zmieni? Przecież w
      życiu praktycznie nic nie jest constans.
      Jemu jest zdaje sie dośc trudno. Nie wiem, ale moja wizja małżeństwa, to
      wspieranie sie w każdym trudnym momencie, gotowośc na poświęcenie -mjesli
      zachodzi taka potrzeba - i nie mam tu na myśli postawy poddanej jasnie pana.
      Partnerstwo to czasem tez i wyrzeczenia.
      Na mój gust facet jest wytrzymały albo ma naprawde ogromne poczucie winy z
      którym sobie nie radzi.
      I jesli nawet tak to wygląda , daleka jestem od krytyklowania i ciebie i jego bo
      nie znam do końca całej sytuacji. Jednak Z tego co piszesz warto się zastanowić
      nad tym do czego prowadzi ta twoja złośc i skąd się wzieła?
      Czy to aby nie zwykła zazdrośc, że musisz się dzielić swoim mężczyzna z obcymi
      tobie dziecmi?
      Pozornie jest dobrze ale...
    • agnese_1 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 10:03
      Wiesz co Weronko, zgodze sie z twoimi rodzicami. Spusc z tonu. Dla wlasnego
      dobra. Wydaje mi sie, ze twoj maz po prostu kocha ciebie i wasza coreczke i nie
      chce was obu stracic. Byc moze tak jak piszesz, ma to zwiazek z poprzednimi
      malzenstwami, stara sie unikac bledow, ktore popelnial wczesniej aby nie
      dopuscic do rozpadu waszej rodziny. Dodatkowo musi lawirowac miedzy toba i
      waszym dzieckiem a jego dziecmi z poprzednich zwiazkow. Stara sie, aby wszyscy
      w tej sytuacji byli zadowoleni,na tyle na ile to mozliwe wink. A ty zobaczylas,
      ze przez to bedzie ci na wiecej 'pozwalal' i przeciagasz troche strune.
      Pisze ci to bo u mnie jest bardzo podobnie. No moze z wyjatkiem kontaktow z
      pasierbica, sa one czeste, niedawno zamieszkalismy razem wiec mala spedza czas
      w moim mieszkaniu, stosunki sa ok, raczej nie wylewne ale pozytywne. Niemaz
      zdaje sobie sprawe, ze moje bycie z nim wiaze sie z akceptacja przeze mnie
      wielu rzeczy, ktorych w zwiazku z facetem bez garba by nie bylo. No a ze nie
      chce mnie stracic, czasami pozwala mi na wicecej niz powinien. Chodzi o sprawy
      typu placenie za wszystko (np mielismy dzielic sie kosztami pani sprzatajacej
      czy zakupow domowych a on zaoferowal placic za to sam), wyjazdy, weekendy,
      rozne szalenstwa, moje wychodzenie z kolezankami, unikanie przez niego klotni.
      Tak sie to jakos samo zrobilo, moze on chcial mi zrekompensowac przez to inne
      rzeczy, mi naprawde nie zalezy, mam swoje pieniadze i stac mnie, zeby za
      niektore rzeczy placic. Tak ostatnio zaczelam o tym myslec, owszem taki uklad
      jest moze i wygodny ale chyba mi do konca nie pasuje. Ty tez o tym pomysl, zeby
      nie okazalo sie, ze w koncu przeciagnelas strune. A kazdy ma swoje granice
      wytrzymalosci. W momencie kiedy twoj maz stwierdzi, ze ma juz dosc tego, ze
      krytykujesz jego dzieci, bawisz sie gdy on siedzi z corka w domu czy wydajesz
      jego pieniadze, moze byc juz za pozno. A przeciez mowisz, ze go kochasz i
      jestem przekonana, ze pomimo checi 'zostawienia w cholere calego towarzystwa'
      tak naprawde nie chcesz go stracic.
      Pozdrawiam
    • elf28 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 10:41
      Weronko, doskonale rozumiem jakich uczuć doświadczasz. Dawanie tu jakich
      kolwiek rad nie ma sensu. To wszystko rozgrywa się w Tobie gdzieś głęboko,
      pewnie poza Twoją świadomością. Wiem to, bo przeżywałam podobnie.

      Proponowałabym przede wszystkim Tobie psychoterapię. Nie wspólną z pasierbami -
      jak radziła mmm. Ponieważ to Tobie jest źle, Ty nie umiesz pogodzić się z
      sytuacją lub czujesz się oszukana przez męża. Nie zmienisz świata, ale możesz
      zmienić siebie, swój sposób przeżywania, doświadczania emocji.

      Dziś jest tak, że cokolwiek Twój mąż nie zrobi, dla Ciebie to za mało. Pytanie
      dlaczego tak się dzieje, jakich uczuć wtedy doświadczasz, co jest głębiej?
      nie wiem z jakiego miasta pochodzisz? Jeśli będziesz chciała, chętnie polecę Ci
      dobrych terapeutów. Daj znać.

      Pozdrawiam,
      elf
      • m-m-m Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 11:14
        Nie wspólną z pasierbami -
        jak radziła mmm.

        Tak nie radziłam. Wspólna, czyli równoległa, oni sobie i Weronka sobie.
        • elf28 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 11:27
          MMM, z tego co czytam to w głównej mierze problem Weronki a nie jej pasierbów.
          Na nich Weronka nie ma wpływu, ma natomiast na siebie.

          Tak mi teraz jeszcze przyło do głowy, że wspólna terapia z mężem byłaby też
          niezłym pomysłem.
          • m-m-m Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 11:42
            A ja wyczytałam, że pasierbowie też maja problem z akceptacją jej i jej córki,
            a ojciec sobie z tym nie radzi. Jedyny jego pomysł to izolacja poszczególnych
            osób od siebie.
            Napisałam też, że to dla mnie sytacja idealna, gdyby Weronka poszła na
            psychotaerpię, a mąż z osobna nakłoniłby i zapłacił za psychoterapię swoich
            starszych dzieci. Cała trójka ma podobny problem i takie samem względem siebie
            negatywne odczucia. Co nie znaczy, że mają razem, w jednym pokoju siedzieć z
            Weronka i psychoterapeutą.
            Oczywiście można sobie darować dzieci faceta z poprzedniego związku, ale kary
            Weronka nie zapłaci, jak ojcu zaproponuje psychologa i dla jego dzieci.
            No, ale podkreślam, dla mnie to sytuacja idealna.
            • elf28 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 11:46
              MMM, żeby Weronka była gotowa do takiej propozycji mężowi, musi najpierw sama
              być na to gotowa. To znaczy sama musi byc gotowa zaakceptować sytuację w jakiej
              się znajduje. Oczywiście może już jest i wtedy sytuacja idealna - jak piszesz -
              może się zdarzyć.

              Tylko jak czytam, Weronka ma największy problem z własnymi uczuciami względem
              pasierbów i zachowaniem względem męża.
              • m-m-m Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 11:54
                Mówiąc szczerze nie wiem o jakiej gotowości mówisz: zaproponować psychotarpię
                też jego dzieciom to taki problem?
                Może ją zaproponować np. po jakimś czasie trwania własnej psychoterapii, może
                później, może i wcale nic nie mówić i nie proponować.
                Z tym, że ja uważąm, że te stosunki z pasierbami zawsze będą napięte jeśli i
                oni nie będą po psychoterapii, z tego się nie wyrasta i ta optyka się nie
                zmienia. Co szkodzi spróbować.
                • elf28 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 12:04
                  Magda, zgadzam się z Tobą w całej rozciągłości. To co proponuję, to rozpoczęcie
                  procesu małymi kroczkami. A najłatwiej zacząć od siebie. Tyle w tym temacie.
                  • m-m-m Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 12:06
                    Mam nadzieje, że z Tym imieniem to przejęzyczenie?
    • judytak Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 10:52
      nie chciałabym być na miejscu twojego "faceta"
      no bo co to za związek, gdzie nie mogę się wygadać, poradzić się, jeśli coś
      mnie męczy, jeśli z czyms ma problem? co to za związek, gdzie jakieś moje
      problemy są tematem tabu? gdzie, jak tylko wspominam o czymś, co jest dla mnie
      ważne (o treningach piłki nożnej? o obiadkach niedzielnych u moich rodziców?
      itp. itd.), mogę liczyć tylko na wybuchy niezadowolenia? nawet jeśli wiem, że
      te akurat sprawy nie są ulubionym tematem tego drugiego człowieka...

      nie chcesz się z jego dziećmi spotykać, to się nie spotykaj, ale u siebie w
      domu lepiej sytuację normalizować, bo raczej nikt nie potrafi żyć bez końca pod
      ostrzałem...

      pozdrawiam
      Judyta
    • beatea Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 12:31
      1. facet nie zostawia od tak sobie matki swojego dziecka, z powodu jej dzieci i
      tłumaczenie tego brakiem akceptacji jej chłopców - jest to niepoważne i wyglada
      na byle_pretekst; powody muszą być głębsze!
      2. związek z podwójnym rozwodnikiem, dzieciatym to spore ryzyko:
      - dzieci to krew z krwi, a baba jest obca, jak sie juz dwie wymieniło, to mozna
      i trzecią.
      3. związek weronki ma wszystkie symptomy szybkiego rozpadu
      4. facet jest sporo starszy i widzi, ze barbi nie spełnia jego oczekiwań, moze
      ładnie wygląda , ale jako partnerka życiowa sie nie sprawdza.
      5. barbi sadziła, ze małzeństwo to same przyjemności i sielanka, a okazło się
      inaczej - to jeden wielki konpromis, na który ją niestety nie stać, bo jest
      rozpieszczoną egoistką.
      • m-m-m Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 12:44
        Wyzywanie kogoś od egoistek i barbi nic nie wnosi do tematu i nie rozwiązuje
        problemu.
        Czy poza oceną i epitatmi wobec Weronki masz jakieś rzeczowe rady i rozwiązanie
        jej spraw?
        Jesteśmy tu po to by sobie pomagać, a nie obrażać innych.
        • beatea Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 12:49
          niestety to nie jest obraza tylko szczera prawda, rzecz trzeba nazwać po
          imieniu, a jak masz watpliwości co to faktu , ze ta pani niczym innym nie
          potrafi się zająć tylko swoimi przyjemnościami , to kliknij do wyszukiwarki i
          sobie poczytaj jej posty.
          • m-m-m Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 12:53
            I niech się zajmuje czym chce, na tym forum otworzyła się nie po to by
            wysłuchać jaka jest wstrętna, tylko by poprosić o radę co z tym zrobić.
            • beatea Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 14:49
              m-m-m napisała:
              > I niech się zajmuje czym chce, na tym forum otworzyła się nie po to by
              > wysłuchać jaka jest wstrętna, tylko by poprosić o radę co z tym zrobić.

              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=14479&w=44176843&a=44660438
              • weronka77 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 15:54
                Bet66winklepsze wszystko to,nawet rozpieszczona Barbie od żony która różnymi
                wstrętnymi sposobami na siłę wymaga na mężu żeby przy niej został po
                zdradzie.Mimo że ten mąż wcale tego nie chce.Wiesz o czym mówię Bet66,prawda?
                Jeśli nie to zapytaj koleżanek z innego forum,Panno Nikt.
              • m-m-m Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 07:15
                Cały czas z uporem maniaka chcesz ją opluć na tym forum wobec innych, a Ja cały
                czas próbuję Ci wyjaśnić, że naprawdę nie wszystkich obchodzi potępienie
                moralne, że nie wszyscy są jak święta inkwizycja i mają zdecydowanie więcej
                tolarancji niż Ty.
      • kasia_kasia13 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 12:48
        Wiesz, przyznam, ze nie darzylam Weronki77 sympatia na podstawie jej wpisow.
        Ale ten jej post pokazuje, ze nie jest tak zle. Bo jesli Weronka77 sam widzi,
        ze cos jest nie tak, jak powinno, to juz jest postep. Bo z poprzednich wspis
        wynikalo, ze uwaza, ze sytuacja jaka ma u nich miejsce jest w porzadku.
        A rade mam ta co poprzednicy- psycholog.
        • babe007 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 16:54
          Właśnie miałam napisać coś w tym samym tonie smile. Bo uświadomienie sobie, że
          robi się coś nie tak jest pierwszym krokiem do tego, żeby to zmienić. Refleksje
          weronki77 dodają jej (w moich oczach) człowieczeństwa. W przeciwieństwie do
          pewnej "bezrefleksyjnej" forumowiczki wink.

          Weronko psychoterapia to dobry pomysł. Trzymam kciuki za powodzenie smile.
          • beatea Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 17:55
            tez uwazam , ze psychiatra dla weronki77 to najlepsze wyjście...
            • chalsia Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 18:21
              jakie też???????
              jesteś akurat jedyną, która poleca psychiatrę - widać sądzisz swoją miarą.
              Chalsia
              • weronka77 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 22:39
                Oj Bet66.Bet66winkTobie przydałby się pewnie ktoś kto uświadomi Ci że Twoje
                personalia zna kilka forów GazetywinkJak równiez wie że Twój mąż został z Tobą z
                litości.Bo podobno tak go szntażowałaś.
            • m-m-m Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 07:16
              Znowu plujesz jadem.
    • claairee Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 14:02
      Wiesz, małżeństwo to jest taka gra w której nie może być wygrana tylko jedna
      osoba - przegrana jednej jest przegraną drugiej strony. Układ, w którym mąż nie
      wsparcia w Tobie, musi ukrywać swoje myśli, uczucia i problemy, na dłuższą metę
      nie sprawdzi się. Dletego dobrze, ze zaczyna również Tobie ciążyć, to może być
      początek naprawy i pogłębienia waszej relacji, tak żebyście obydwoje czuli się w
      niej bezpiecznie.
      Psychoterapia to naprawde dobry pomysł.


      • elf28 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 14:06
        Zgadzam się w 100%. Bardzo mądry komentarz - rada.
      • magret65 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 23:35
        Zgadzam się! Ja nie potrafię stać z boku, jak mój M cierpi. Jego problemy i
        zmartwienia są jednocześnie moimi. Pozdr. M
    • weronka77 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 23:25
      Ciąg dalszy jest taki: Partner znajomej potraktował chłopców ohydnie-dzieciaki
      legęły do niego,ponieważ rodzony ojciec nie bardzo skory był do utrzymywania
      kontaktów.Mimo starszego wieku(myślałam że "gówniarz" stąd takie
      zachowanie),nie potrafił się w sytuacji odnależć i zrezygnował.Mam nadzieję że
      wszystko będzie w porządku-znajoma jest optymistką,pod warunkiem że jej
      podejrzenia odnośnie nawrotu choroby się nie sprawdzą...Oby nie.Trzymam kciuki.
      Teraz odnośnie mnie: z porady psychologa skorzystałam w lutym ubiegłego roku
      (Bet66 jeśli się postara to może uda jej się wkleić link do mojego wątku z
      forum o depresji-tak jak to uczyniła na innym forumwink).Renomowana Pani Doktor
      z Krakówka polecana przez znanych i mniej znanych-po kilku seansach
      zaproponowała Relanium!! i kasety z muzyką relaksacyjną."kasowała" 80zł za
      godzinę,ale ten fakt pomijam,chociaż jakość za taką kwotę raczej wątpliwa i
      skutecznośc metod żadna.Wytrwałam dzielnie miesiąc-doktor "zaordynowała" 4
      spotkania w tygodniu,żeby lepiej zapoznać się z tematemwinkMąż nie oponował-mimo
      że typowy z niego introwertyk i uwaza że swoimi problemami nie należy obarczać
      innych jak równiez zawrać nimi głowy,zgodził się ponieważ uznał że dobro
      rodziny a więc odzyskanie przeze mnie spokoju jest najwazniejsze.Jak również
      komfort cóeczki wynikający ze zdrowej sytuacji w domu.Zrezygnowałam jednak,może
      błędnie,dlatego że rady pani psycholog nie wydawały się Nam niczym specjalnie
      odkrywczym a ich skutecznośc,jak już pisałam-żadna.Relanium miałam
      sobie "załatwić" ponieważ psycholog nie miała dostępu do środków
      farmakologicznych..W międzyczasie pojawiły się problemy z pasierbem-eksia nie
      mogac sobie z nim poradzić,wybrała się po poradę do psycholog(innejwink)
      nieopacznie wmieszała we wszystko rodzine męża w piątym pokoleniu,analizując
      zawiłości konfliktów i relacji rodzinnych na przestrzeni kilkudziesięciu
      lat.Może do czegoś to miało doprowadzić-skończyło się draką męża z eksią że
      niepotrzebnie szuka uzasadnienia agresji syna w naturze prababki męża.Pasierb
      stwierdził że -przepraszam za cytat moderatorki: mamy wszyscy "spierdalac" bo
      on jest normalny i nie ma problemów a my najwyrazniej chorzy
      psychicznie.Następnie się obraził na pół roku.Eksia się wystraszyła,o
      psychologu już nie wspominała,mąż chodził skwaszony bo mu zachowanie syna
      trochę "dopiekło".Syn dał się przeprosic i stosunki są w miarę-jego z
      ojcem.PAsierbica na terapię raczej nie-druga eksia ma podobne nastawienie do
      problemu jak pasierb(nie będę znowu cytowaćwink).Widuje się z ojcem tak rzadko
      że ten w czasie wizyt stara się sprostac jej wymaganiom,oczekiwaniom-spełnia
      zachcianki itp.Ma ją tak rzadko że raczej wszystko "przełknie".Odnosze wrażenie
      że mąz ma wyrzuty sumienia w stosunku do dzieci,że tak się życie ułożyło-
      zupełnie jak gdyby wina leżała wyłącznie po jego stronie.Nie bardzo wie jak się
      zachowac w przypadku ich zazdrości o Nasza córeczkę-głownie o rzeczy materialne
      które posiada-komentarze dotyczą ubranek,zabawek,wózków.Mnie trochę smiesza
      docinki na temat ceny jej sandałków,ze strony 18letniego chłopaka,ale może się
      nie znam.Niby wszystko się jakoś posklejało i trzyma-te relacje z
      dzieciakami,ale kiepski ten klej i kiedyś wszystko diabli wezmą najpewniej.Ja
      się starałam na samym poczatku-pierwsze co przyszło mi do głowy to zakupenie
      wszystkich możliwych gadgetów z NICI(z modelem żółwia dokładniej)-wiem że głupi
      pomysł ale chciałam żeby małej było miło jak wejdzie do swojego pokoju.owszem
      ucieszyła się,ale na drugi dzień...poprosiła mnie o rolki-takie same jak
      jej.Zatkało mnie.Pozwoliła po sobie zmyć naczynia,podac posiłki-mąż był tak
      szczęśliwy że mała mnie "zaakceptowała" i się cieszy,że przymykał oczy na takie
      zachowanie.Czar prysł na wakacjach rok temu-tydzień non-stop to co innego niż
      weekend.Mała pozwoliła sobie na komentarze pod adresem pierwszej eksi!!!,winiąc
      ją za charakter ojca.Taka wiedza i reflekcje to wpływ eksi numer dwa-idiotyczna
      ta chęć mieszania wszystkich do wszystkiego.Pasierbowi też się "oberwało"-mała
      go nie lubi i już(widzieli się trzy razy).Paranoja na każdym kroku.Pasierbowi
      nic nie kupowałam,zaproponowałam pomoc z języków obcych(po coś tą filologię
      kończyłam) ale poskarżył się tacie że za duzo wymagam.nie to nie-teraz słono za
      lekcje płaci komu innemu-ale może tak mu pasuje.ok.Teraz jest cisza-ja
      wypoczywam,pasierbowie też,nawet nie wiem gdzie.Do Krakówka wracam 17 sierpnia
      i wtedy wyruszymy dalej już we trójkę.
      Ta cała sytuacja z pasierbica,przypomina mi do złudzenia relacje mojego wujka z
      jego córką.Kuzynka wyjechała z mamą "za ocean" niby na wakacje w wieku 5
      lat,potem się okazało że na zawsze,rozwód przeprowadzony i sprawa
      załatwiona.Wujek "doprosił" się o wakacje w Polsce kilka lat póżniaj.Mała
      wyjechała w wieku 5 lat a przyjechała w odwiedziny w wieku 11.Wszyscy
      zostaliśmy poinstruowanni jak się zachowywać a jak nie,żeby kuzynka poczuła się
      dobrze i chciała wrócić na następne wakacje.Nie wolno się było
      kłócic,smucić,należało się zgadzać,spełniać zachcianki,nie odmawiać-przecież to
      tylko dwa miesiące.No i było fajnie-żona wujka "dostała popalić" już na
      lotnisku,ale dzielnie się trzymała.Wujek.ówczesny dyrektor jednego z browarów,z
      racji nieograniczonych finansów kupował małej wszystko czego chciała,tak że w
      efekcie rzeczy na 4 pory roku i sprzety wysyłane były kontenerem.Mała
      pojechała,wróciła za rok w poszarpanych -dosłownie! rzeczach z second handu a
      na pytanie gdzie ubiegłoroczne-stwierdziła że wyrosła,zegarek zgubiła,walkmana
      ukradły koleżanki i tak dalej..Cyrk trwał do momentu w którym browaru nie
      przejął zagraniczny holding i posadę wujka wraz z uposazeniem diabli wzięli.No
      i kuzynka już nie przyjeżdża bo po co.(lat ma teraz 26).POmiędzy wakcajami
      sytuacja w rodzinie wracała do normy-scysje,nieporozumienia,moje i mamy
      użeranie się z ojcem(który sobie przypomniał o córce kilka lat temu-lepiej
      pózno niż wcalewink)) i tym podobne.Dlatego szlag mnie trafia kiedy po raz
      kolejny w zyciu mam sytuacje typu-" bądżmy mili,sympatyczni bo się
      obrazi,popłacze i już nie przyjedzie".Albo powie mamie i będzie niepotrzebna
      awantura.Też musiałyście bądz musicie dostosowywać się do swoich pasierbów?
      Mnie się wydaje że to nie w porządku.Dwoje dorosłych chodzi "na palcach" żeby
      nie urazić,nie dotknąc.Dlatego unikam spotkań i wyjechałam z Krakowa na 8
      tygodni.
      • weronka77 Re: Smutne,a może...? 05.07.06, 23:29
        Miało być "drugiej żonie wujka się oberwało"winkzamiast "dostała popalić"
        • m-m-m Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 07:12
          Weronko, no tak...trafilas fatalnie jesli chodzi o psychologa.
          Dobry fachowiec w tej dziedzinie to cud miód i niestety rzadkość.
          Pomimo wszystko nie zniechęcałabym się, jest nas tu kilka z dobrymi namiarami
          na naprawdę dobrych fachowców, ode mnie niestety z takowego nie skorzystasz, bo
          jestem z Wa-wy.
          Ważne są Twoje doświadczenia z czasów kiedy sama byłas pasierbicą, a nie wujka
          i jego córki. I tu Ci będzie potrzebna pomoc, bo sama się znimi nie uporasz.
          Dobrze czulam, że pasierbowie i Ty macie wobec siebie te same bardzo negatywne
          odczucia i to są uczucia takie same mające korzenie w dzieciństwie. Pasierbowie
          nie chcą takiej psychoterapii - to nie, ale jednak pomyśl o sobie.
          I o swoim mężu, który widzę, że swoich bliskich nieustannie "kupuje" finansowo,
          by tym zagłuszyc jakies swoje poczucie winy wobec poszczególnych osób.
          Twoi rodzice maja rację, że on wytrzyma to do czasu. każdy facet potrzebuje
          doceny, gdy jej nie otrzymuje - odchodzi. Nikt na dłuższą mete nie da rady być
          tylko dawcą (uczuć, emocji, także pieniędzy) nie otrzymując nic w zamian.
          Życzę Ci dalszych wartościowych przemyśleń i trzymam za Ciebie kciuki.
          • weronka77 Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 12:54
            Może być z Warszawy-nie ma problemu,mogę dojeżdżać albo zatrzymać się u
            przyjaciół.jedno jest pewne-do terapeuty pójdę tylko ja,może nawet bardziej po
            to żeby mieć "spokojne sumienie" że zrobiłam wszystko co możliwe.Te nerwy
            kosztowały mnie utratę 10kg,teraz ważę 47 i wyglądam jak szkielet.nawet zabiegi
            w Marionnaud nie zatuszują wpadniętych policzków..;-((
            • m-m-m Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 13:28
              Weronka, psychoterapia nie ma sensu jeśli nie jesteś do niej przekonana -
              rozumiem, że zniechęciły Cię poprzednie nieudane wizyty.
              Jutro na priva wyślę Ci namiar na dwie kobiety - prowadzą psychoterapię w
              duecie: jedna to psycholog kliniczny, a druga to lekarz psychiatra (w czasie
              spotkania siedzą obie z pacjentem). Pobycie parę dni w Wa-wie nic Ci nie da, w
              zależności od typu depresji otrzymasz leki jeśli to będzie konieczne (to potrwa
              kilka miesięcy) oraz oczywiście rozwinięcie tematu. Musiałbyś kursowac tu co
              tydzień i to uważam za znaczne utrudnienie dla Ciebie. Skorzystaj też z
              kontaktów danych prze Elfa: ona ma pojęcie w tym temacie i napewno wskaże Ci
              kogoś odpowiedniego i bliżej Twojego domu.
              Zajrzj też na stronę: www.depresja.pl
        • elf28 różnica pomiędzy terapeutą a psychologiem 06.07.06, 09:36
          Weronko, myślę że mylimy tu pojęcia. Psycholog a psychoterapeuta to dwie różne
          kwestie. Psycholog to ktoś kto skończył psychologię a psychoterapeuta to osoba
          nie koniecznie po psychologii ale po specjalnych studniach i własnej terapii.
          Terapia własna to warunek konieczny do profesjonalnej terapii własnej.
          Psycholog jest dobry do wyjaśniania zjawisk psychologicznych nie zaś do
          leczenia ludzi.
          Jeśli chodzi o Kraków to polecam Kitrasiewicza. W załączeniu lista terapeutów
          rekomendowanych przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne:

          www.ptp.org.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=53
          Pozdraiwam ciepło.
      • beatea Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 09:24
        dobrze ,weronko, ze wyjechałaś na 8 tygodni, to zapewne naprawi wasz związek,
        który po tak krótkim istnieniu chyli się ku upadkowi.
        Jakie wnioski z tej lekcji:
        1. trzeba dobrze zastanowić się zanim sie związe z podwójnym rozwodnikiem i
        jego bagazem życiowym, bo przeszłosci nie da się, jak widac wymazać i od niej
        odciąć
        2. nie zawsze sprawdzają się małżenstwa ludzi z duża róznicą wieku, z róznymi
        doświadczeniami i poglądami na życie
        3. małzenstwo to ogromna sztuka kompromisu obu stron, nie tylko jednej strony,
        a ty jak widać od siebie niczego nie wymagasz i nie chcesz sie do niczego
        zmuszać i chciałabyś, aby zycie układało się według twego scenariusza ,a teraz
        czujesz , ze nie tędy droga, bo przegrywasz, przegrywasz z jego dziecmi i stąd
        te rozpaczliwe proby ratowania związku
        4. teraz ruch nalezy do ciebie, ty musisz okazać się mądrością, ustępliwością i
        zyczliwością - jest taka prosta zyciowa zasad - jezeli ktos jest wobec nas
        zyczliwy, dobry, to my tez staramy się odwdzieczyć mu tym samym, okaż tę dobroć
        jego dzieciom i one będa ci wdzięczne, a najbardziej twój mąż.
        • anastazjapotocka Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 11:52
          Weronko! Już widzę tę wdzięczność pasierbów o której pisze Beata!!! Koń by się
          uśmiał. Nie mówię tu o fajnych pasierbach, z których jeszcze coś będzie, tylko
          o tych roszczeniowych. Ja mam jedyną szansę, że pasierbica zapłacze po mojej
          śmierci: jak jej mój testament przeczytają.... Szkoda, że tego nie zobaczę!
          • m-m-m Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 13:12
            Ja mam jedyną szansę, że pasierbica zapłacze po mojej
            > śmierci: jak jej mój testament przeczytają


            A liczysz na to, że ona liczy na cokolwiek po Tobie?
            • anastazjapotocka Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 13:21
              Teraz to już chyba przestała liczyć. Pozbawiła ją złudzeń moja obecna wredna i
              lekkomyślna postawa do życia. Pierwotnie miała dziedziczyć nasz dom w Polsce i
              moje mieszkanie w RFN. Dom poszedł na długi po firmie i leczenie męża, a
              mieszkanie sprzedane, pieniądze zaiwestowane w moją firmę. Obecnie trochę
              inwestujemy w rzeczy o których pasierbica nie wie, ale które jest bardzo łatwo
              szybko i dobrze zbyć, no i hulamy! A co. Pozostaje moja biżuteria, ale tę,
              jeśli umrę przed mężem, mąż pewnie podaruje jakiejś pięknej młodej kobiecie,
              która umili mu parę ostatnich miesięcy życia (do czego go gorąco namawiam),
              albo na szczepionki dla trędowatych w Indiach, jak mi zapowiedział. Nie chce
              pięknej kobiety?!
        • weronka77 Re: Smutne,a może...? 07.07.06, 01:00
          Nie wiem na jakiej podstawie wyciągasz wnioski o upadku mojego małżeństwawinkAle
          udostępnię mężowi Twoje wpisy-czasem lubi poczytać,jak sam to
          określa "pitolenie bez sensu"winkByć może opierasz to na własnym doświadczeniu
          nieudanego małżeństwa-nie wnikam,nie moja sprawawinkZ dziecmi nie rywalizuję
          ponieważ nie jesteśmy przeciwnikami w żadnej walce w której na zwycięzcę czeka
          nagroda.Nie należę do kobiet żebrzących o uczucia a tym bardziej rywalizujących
          o nie.Jak sama wiesz,do miłości,sympatii nie da się zmusić nikogo.Albo aię
          kocha albo nie-nie ma czagoś takiego jak "kochać bardziej" lub "mniej".Mąż
          kocha wszystkie swoje dzieci i mnie w taki sam sposób-zapewne w różny ta miłośc
          okazuje.Tak potrafi,nie będę go osadzała ponieważ z nim jestem i to jaki jest
          mi odowiada-w przeciwnym razie rozstalibyśmy się już dawno,bo nie ma sensu się
          męczyć ani oszukiwac-szkoda życia mężczyzny i kobiety również.POdobnie rzecz
          się ma do ratowania związku-póki co nie ma takiej konieczności(w przeciwnym
          razie siedziałabym jak pies na progu własnego domu teraz i kontrolowała czy
          spotyka się z pasierbami)ale jeśli już tak się zdarzy-to walczyć za wszelką
          cenę nie będę.Pamiętam słowa mamy,kiedy próbowałam ją pogodzić z ojcem-"raz
          rozbite naczynie,mimo że posklejane ma rysy i prędzej czy póżniej rozbije się
          na jeszcze mniejsze kawałki".Pewnych rzeczy po prostu nie da się "na siłę"
          posklejac.Może to odpuszczanie walkowerem ale jeszcze posiadam takie cechy jak
          godnośc i honor -nie wybaczam ani nie próbuję zatrzymać mężczyzny za wszelką
          cenę.Jestem samowystarczalna i nie potrzebuję do szcześcia dóbr materialnych
          męża-jego "dotacje" są dobrowolne;jeśli nawet byłoby inaczej-też da się żyćwink
          Jestem z mężem bo go szanuję,jest moim przyjacielem i go kocham.Problem tkwi w
          relacjach moich z pasierbami a nie z mężem.Roztrząsanie kłopotów małżeńskich ma
          miejsce na innym forumwinkpozdrawiam.
          • beatea Re: Smutne,a może...? 07.07.06, 09:07
            To, ze twoje małzenstwo okazuje się porazką widac z twojego głownego postu i
            innych , w których piszsz, ze musisz zasiegac porady lekarskiej.
            Tego typu objawy, jak chudnięcie, brak apetytu, biegunki, napady
            niekontrolowanej złości, falowanie góra, dół, to typowe somatyczne objawy
            tego, ze w naszym zyciu coś złego się dzieje, organizm to nam wcześniej
            sygnalizuje ( podswiadomość) , niz sami to jestesmy sobie wstanie uzmysłowić
            nazwać, określić. U kobiet tego typu stany przejawiają się tez nadmiernym
            kupowaniem, wydawaniem pieniedzy na swoje przyjemności, czyli dostarczaniem
            sobie nagrody kupnem nowej rzeczy, duza dbałością o własny wygląd, zbytnim i
            niepotrzebnym inwestowaniem w siebie. To jest zastępowanie relacji z najblizsza
            nam osobą , skoro ta osoba nie poswięca nam takiej uwagi jaką chcielibyśmy, to
            same sobie ja dostarczamy.

            Nie ma małzeństw , które nie miałyby kryzysów, ale wielką sztuką jest umiec
            pokonac kryzys , ale nie kazdy to umie i chce.
            Jestes jeszcze zbyt młoda by oceniac innych , tak naprawde to jeszcze mało
            wiesz o zyciu zwłaszcza małzeńskim. Twoje przekonanie , ze jakaś kobieta moze
            siłą zatrzymac męzczyznę jest najdobitniejszym dowodem tego ,ze nie znasz
            ludzi - NIKOGO nie da się SIŁĄ ZATRZYMAĆ. Jezeli ktos ci takie bzdury wmawia to
            spróbuj sama ztrzymać siłą faceta a przekonasz się , ze jest to niemożliwe.
            NIGDY nie mow NIGDY - to stare, ale bardzo mądre powiedzenie, bo nie wiesz jaką
            przyszłości ci los przeznaczył i jakie upokorzenia sa jeszcze przed tobą.

            I na boga nie bądź taką materialistką, bo pieniądze tak naprawdę są wartością
            drugorzędną , co ci po pieniądzach , jak będziesz sama , jak kołek na gruzach
            swojego małznstwa.

            • lilith76 Re: Smutne,a może...? 07.07.06, 09:28
              beatea, wychodzisz z założenia, że objawy są wynikiem sytuacji życiowej.
              może być tak, że sytuacja życiowa jest wynikiem objawów - nie pozwalają na
              racjonalny ogląd sytuacji i dostosowanie odpowiednich rozwiązań, co wywołuje i
              pogłębia kryzys. a objawy pojawiają się z różnych powodów, np. hormony,
              indywidualna wrażliwość emocjonalna.

              wiem coś o tym.
              • lilith76 Re: Smutne,a może...? 07.07.06, 09:29
                a objawy pojawiają się z różnych powodów, np. hormony,
                > indywidualna wrażliwość emocjonalna

                czy wychodzące nagle problemy z dzieciństwa, młodości, rodzinne, nierozwiązane
                kłopoty emocjonalne.
              • beatea Re: Smutne,a może...? 07.07.06, 09:37
                u kobiet hormony stale decydują o samopoczuciu, bo , albo:
                1. pokwitasz
                2. albo jestes w ciązy
                3. jestes w połogu
                4. masz napięcia przedmiesiaczkowe
                5. masz menopauzę
            • beatea I jeszcze jeno 07.07.06, 09:33
              Ucieczka od problemu, twoj 8 tyg. wyjazd , nie jest rozwiazaniem problemu.
              Problem trzeba wspolnie rozwiazywać na drodze negocjacji zyczeń i ustępstw.
              Takie długie rozstania wbrew pozorom nie służą związkowi, początkowo za sobą
              się tęskni, a potem przyzwyczaja do rozłąki i pojawia się myśl, ze bez niego/
              niej nie jest wcale tak źle.
              • weronka77 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 15:51
                Bet66,nie umiesz czytać ani nikogo nie rozumiesz-potwierdzają to Twoje
                komentarze.To nie ja zatrzymywałam na się męża i nie ja uważam że takie metody
                są skuteczne.Ale nic nie jest mnie w stanie już zdziwić-lista Twoich nicków
                krąży już po kilku forach GW.Jak również okrutny i wulgarny list napisany do
                Mon.Pełno w nim jadu,satysfakcji i nienwaiści.Trafione-Mon właśnie zmarł
                ojciec.Wybrałaś znakomity moment Bet66-Cogito-Beateo-Figurko i wiele wiele
                innych.
                • weronka77 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 16:00
                  Pisząc o tym że nikogo nie można do miłości zmusić,zatrzymać miałam na myśli
                  wiedzę o Tobie którą dzielą się forumowiczki na kilku już forach.Nie jest
                  niczym nowym fakt że byłaś zdradzana przez męża,którego następnie zmusiłaś do
                  pozostania przy Tobie.Jak również to że węszysz i szukasz informacji którymi
                  mogłabyś dziewczynom zaszkodzić w tak zwanym "realu".Kolejne "bany" nie pomoga-
                  zmieniasz nicki,fora..trudno.Ale miej świadomość że raczej nikt nie traktuje
                  Cię ani tutaj ani na innym forum z sympatią i szacunkiem-jesteś bo jesteś,Twoje
                  prawo.Podobno sfrustrowane nauczycielkiw wieku przedemerytalnym tak maj a.Tyle.
                  • mikawi Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 16:04
                    >Podobno sfrustrowane nauczycielkiw wieku przedemerytalnym tak maj a

                    beatea jest nauczycielką??? współczuję uczniom
                • m-m-m Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 16:00
                  Weronka odbierz pocztę.
                  • weronka77 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 21:24
                    DZiękujęwink)Odebrałam jużsmileFajnie że chcesz pomócwinkWiesz co dzisiaj zrobiłam?
                    Kupiłam 2 miesięcznego konika hucułkoarabkawink)Aktualnie największym problemem
                    jest to jak klaczkę przetransportować w miarę szybko i sprawnie do Krakówka
                    oraz znalezienie pensjonatuwinkSzalona jestem ale mam jeszcze miesiąc to to
                    zorganizuję!Ale za 3 -4 lata będzie wspaniałym rumaczkiem a raczej rumaczkąwink
                    • luna67 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 21:40
                      Fajnie, lubie koniki, mam tez jednego. Ale ja na twoim miejscu nie chwalilabym
                      sie na tym forum, gdyz zaraz... wiadomo kto, bedzie kazal tego konika przerobic
                      tobie na kielbaski dla biednych pasierbiateksmile
                      • weronka77 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 21:48
                        Jeszcze czego-Arabeska jest dla córeczkiwinkNajpierw zaczniemy od kucyków
                        szetlandzkich a potem jak znalazłwinkPóki co maluszka jeszcze ssie mamusięwink
                        Piękne dłuugie rzęsy,biała strzałka,mocne nózki jak u hucułka,kłąb
                        arabka.Mamusia Arabeski pasła się spokojnie aż nagle "dorwał" ja arabek z
                        sąsiedniego pastwiskawinkKupiłam bo Arabeska wedle przepisów unijnych nie nadaje
                        się do hodowli jako że tatuś NN.Jej dzieci będą miały podobny problem-jeśli
                        takowe będą.Więc do rekreacja jest chyba jedynym przeznaczeniem klaczki.
                        • luna67 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 22:54
                          Moj jest czystej krwi, matke pilnowali bo podobno ladacznica, sami wybrali jej
                          kochankawink Jak dorobimy sie bobaska, nie bede miala czasu na ta frajde, wiec
                          moj sasiad zobowiazal sie zadbac o niego, jest nim zachwycony. Moja corka tez
                          nie ma czasu.
                          • weronka77 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 23:01
                            Oooo zdopingowałaś mniewinkkolejny nabytek będzie czystej krwi! A jakiego masz
                            XX00.XOXO.XX,OO,mlp czy wlkp?
                            • luna67 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 23:25
                              Rappwallach von Casado, bardzo dobra stajnia, nalezy do tzw. wiscigowkiwink ale
                              nie robilam z nim nic, mam go do rozrywki. Niektorzy mowia, ze nie wykozystalam
                              jego mozliwosci, bo matka championka. Nieszkodzi za to ma piekne zyciesmile
                              • luna67 Re: I jeszcze jeno 07.07.06, 23:46
                                Ach zapomnialam tobie cos bardzo waznego napisac, twoje reakcje sa jak
                                najbardziej normalne. Mnie podbudowal moj znajomy psycholog, za bardzo chcialam
                                byc ta dobra macocha, i przyznam sie, ze mnie "ocucil", wiec sie nie przejmuj. A
                                te rozne docinki nie bierz na powaznie. Na pierwszym miejscu jestes zona, dobra
                                kochanka dla meza, pozniej matka, ........., a na koncu macocha, jezeli
                                naturalnie sobie tego zyczysz. Rozsmieszaja mnie niekiedy tutaj pewne osoby, nie
                                pisze, bo nie lubie sie z koniem kopacwink, a kon to moj przyjacielwink
                            • chalsia Re: I jeszcze jeno 08.07.06, 10:52
                              ja tam polecam anglo-ślązaki.
                              • weronka77 Re: I jeszcze jeno 08.07.06, 13:57
                                OOO Ckalsia może klub założymy? Dziewczyny,może na jakiś rajd się wybierzemy
                                wspólnie?
      • anastazjapotocka Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 11:47
        Super! Sytuacja Twojego wójka i jego córeczki jako żywo przypomina mi moją
        pasierbicę w każdym calu! Jasne, że miałm przez parę lat sytuację, że musiałm
        chodzić na paluszkach, żeby pasierbica traumy nie dostała. Nic to nie dało. I
        tak dała nam nieźle w kość. Musiałm zamienić się w pitbula i ukąsić ją w łydkę,
        wtedy się uspokoiła. Nawet jestem ciekawa, jak bedzie teraz po latach.
        Pasierbica przyjeżdża 15 lipca. Tylko już mąż nie uważa, że mam chodzić na
        palcach. Powiedział, że jak mnie kobita zdenarwuje to ją odwiezie do hotelu i
        cześć!
    • glonik Re: Smutne,a może...? 06.07.06, 13:26
      Weronko, odszczekuję to, co napisałam wcześniej. A jednak mimo pozowania na
      znudzoną, rozkapryszoną i rozpieszczoną jedynaczkę i uwielbianą żonę, okazuje
      się, że jesteś człowiekiem myślącym i patrzacym trochę dalej niż czubek
      własnego nosa. To, że patrzenie Ci się wyostrzyło pod wpływem pewnych zawirowań
      życiowych - nic nie znaczy. Bo innym wiruje, a oni tkwią w starym myśleniu.
      Odważyłaś się głośno wyartykułować swoje obawy, licząc się z powszechnym "a nie
      mówiłam" i schadenfreude niektorych forumowiczek.
      Życzę Ci siły i wytrwałości, bo długa droga przed Tobą.
      Powodzenia w walce ze sobą (ta jest najtrudniejsza)
      G.
Pełna wersja