Witam wszystkich. Dawno mnie tu nie było ale widzę że nic się nie zmieniło.
Może znajome twarze zatem coś poradzą.
Gwoli streszczenia: mój M jest wreszcie, po 7miu latach, rozwiedziony,
przeszliśmy straszny kryzys w okolicach tego rozwodu, było naprawdę źle i
niewesoło, krótko mówiąc było blisko rozstania
A teraz niby sytuacja się ustatkowała ale jest następna rzecz, której nie
umiem rozwiązać

I już sama nie wiem czy szukam dziury w całym, czy powinnam
wyluzować. Może wy na to spojrzycie neutralnym okiem.
Otóż mój M chce kupić dom/mieszkanie, jak tam zwał (na razie wynajmujemy).
Problem jest taki, że znowu wszystko dzieje się jakby poza mną, nie mówię, że
od razu po rozwodzie chciałabym aby się ze mną żenił, wręcz przeciwnie, mam
coraz mniejszą na to ochotę, ale jest mi przykro, że w ogóle między nami nie
ma wspólnoty celów i dążeń. Żyjemy dwoma oddzielnymi życiami. M tak naprawdę
szuka domu dla siebie i swoich dzieci, nie dla nas, chociaż mogłabym się
dołożyć ze swoich środków i kupić coś razem to w ogóle nie ma o tym mowy, on
nie chce i już. No i w sumie go rozumiem, bo rozwód i podział majątku był
dość traumatyczny, więc srał go pies. Nie muszę być współwłaścicielem jak ma
takie złe wspomnienia. Ale jest mi strasznie przykro, że tak niedelikatnie
podchodzi do tej kwestii i ciągle daje mi do zrozumienia, że będę tam tylko
gościem (a w momentach kłótni to nawet potrafi mi powiedzieć, że on chce mieć
święty spokój i musimy się rozstać i nie jestem w takim razie zaproszona żeby
się tam przeprowadzić z nim). Te kłótnie to zazwyczaj reakcja M na moje
pytania, czy przewiduje tam pokój dla trzeciego dziecka bo jakoś wspomina
tylko o planach na dwa pokoje dziecięce - o te, to nawet już urządził w
myślach. Nie umiem z nim w ogóle rozmawiać na takie tematy, zaraz się na mnie
wścieka i krzyczy, że tylko wszyscy coś ciągle od niego chcą i mają wymagania
a on ma ich uszczęśliwiać (czyli np. mi dać dziecko, dom, pierścionek, można
dopisać cokolwiek). A ja bym tylko chciała mieć jakieś poczucie stabilizacji
i czuć się kochana i wiedzieć jaki jest plan na przyszłość. I nie bardzo mi
to poczucie stabilizacji da mieszkanie w domu, który de facto jest M i jego
dzieci. Jak ja mam się cieszyć z tego jego zakupu jak nie czuję się zupełnie
częścią tego Wielkiego Planu, nie będę miała na nic wpływu, w każdej chwili
daje mi się do zrozumienia czyj ten dom jest, jakim cudem mam się zatem
cieszyć i planować kolor zasłonek jak ja nawet nie wiem czy i na jak długo
znajdzie się tam dla mnie miejsce? Dochodzi do absurdów, M widząc, że ten
temat jest dla mnie nieprzyjemny raz ma do mnie pretensje, że się nie
angażuję w wyszukiwanie ofert i pomaganie mu w znalezieniu tego domu, a z
drugiej strony czasami już zupełnie jest chora sytuacja bo on tego domu
jeździ i szuka ze swoimi kolegami lub dziećmi. Nie wiem jak on planuje potem
to przeprowadzić: powie mi pakuj się, przeprowadzamy się tu i tu? Przecież to
jest jakieś chore. Nie umiem z nim w ogóle rozmawiać na ten temat i
wytłumaczyć mu, że nie chodzi nawet o kwestie finansowe czy materialne, ale
nawet gdybyśmy nie kupowali nic wspólnie to nie powinien się tak zachowywać.
Że zawsze można tak sie zachowywać, żeby ta druga osoba czuła się tam również
mile widziana, chciana i żeby była w stanie nazwać to miejsce swoim domem. Ja
już naprawdę czasem nie wiem czy to ja szukam problemów tam gdzie ich nie ma
czy też powinnam wreszcie przejrzeć na oczy i stwierdzić, że może mój M po
prostu najzwyczajniej w świecie, planów żadnych co do mnie nie ma

Dodam, że
na codzień jest dla mnie bardzo miły, stara się sprawić mi przyjemność w
drobnych rzeczach, tylko wtedy kiedy mowa o sprawach fundamentalnych zupełnie
się odmienia. Także dochodzi do tego, że rozmawiamy o pierdołach, pogodzie,
pracy, znajomych i newsach z TV, a zupełnie nie jesteśmy w stanie zamienić
dwóch słów na temat wspólnego życia, domu, dziecka, bo każdy ma inny pomysł
na nie i zaraz dochodzi do klótni. Co ja mam zrobić? Czy w ogóle można kogoś
nauczyć zastąpnienia sformułowania "ja" sformułowaniem "my" bo wynika to z
jakiejś jego niedelikatności w obejściu czy też smutna prawda jest taka,
że "my" samo przychodziło by mu na język gdyby tak po prostu czuł?
Powiem Wam, że jestem tak zmęczona tym wszystkim, że w ogóle mnie ta wiosna
nie cieszy.