badia
05.09.03, 09:23
To dzisiaj ja się powywnętrzam...
Bardzo trudne dla mnie jest to, że dziecko małża to właśnie cudze dziecko.
Nie wiem, jak to napisać, ale tak czuję, nie zniosłabym gdyby to dziecko
korzytało z naszego domu, nie chciałabym, żeby chodziło po moim trawniku,
wpadłabym w szał, gdyby zaplamiło dywan albo zniszczyło wartościowy
przedmiot. Irytowałyby mnie zabawki należące do dziecka...
Właśnie bo to cudze dziecko.
Zresztą dlatego namawiałam małża do kontaktów z dzieckiem u eksi. Wydawało mi
się, że to jedyna alternatywa dla czarnej wizji cudzego dziecka w domu.
Zdecydowanie wolałam brak małża.
Trzeciej możliwości w ogóle nie brałam pod uwagę, nie pomyślałam nawet że
można przestać być ojcem, jak pewnie żadna kobieta nie pomyśli, że można
przestać być matką.
Z drugiej strony, gdyby to samo dziecko mogło być nasze, capnęłabym
natychmiast. Zawsze marzyłam o dużej rodzinie, jestem jedynaczką i chętnie
rozpoczęłabym od odchowanego czterolatka. Po pół roku nie miałoby dla mnie
znaczenia, że urodził to dziecko kto inny. Myślę, że potrafiłabym kochać je
nie tylko jak swoje ale po prostu jako swoje. I nie zrzucałabym niepowodzeń
wychowawczych na fakt, że urodził je kto inny.
Ale żaden facet nie był w stanie zrozumieć różnicy między swoim i cudzym
dzieckiem. Jak powiedziałam bratu, co czuję, to on stwierdził, że widocznie
swoich dzieci nie będę chiciała mieć, czyli myślał, że tak jak nie kocham
cudzego, tak nie będę kochać własnych.
Małż natomiast doszedł do wniosku podobnego, choć bardziej optymistycznego i
powiedział, że jak będę miała swoje to pokocham i tamto, czyli znowu zrównał
stosunek do swojego i cudzego, tym razem na skutek miłości do własnego miała
się poprawić relacja z cudzym. A ja intuicyjnie czułam, że pojawienie się
własnego sprawi tylko, że cudze będzie jeszcze bardziej cudze i obce.
I tylko mam uwagę, żebyście Samodzielne nie przenosiły tego, co tutaj kobitki
piszą na facetów, nie wiem jak oni czują, ale na pewno jakoś inaczej...