Dodaj do ulubionych

czyjes dzieci

25.03.09, 19:33
Skąd w Was tyle empatii, zrozumienia, wyrozumiałości dla tego, by dopieszczać,
chować, pielęgnować, znosić, tolerować cudze dzieci?
Często niewdzięczne dzieci.

Dlaczego nie dążycie do maksymalnego odizolowania ojca dzieci (waszego
partnera) od jego dzieci.

Czytam to forum, i jestem przerażona tym, ze mając juz swoje dzieci, nadal
dążycie do tego by SWOIM KOSZTEM i kosztem swojej rodziny, budować relacje z
tymi innymi.
Troche to niewyobrażalne.

Obserwuj wątek
    • adela38 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 19:51
      Wez poprawke, ze niektorzy pisza na forum nie jak jest, ale jakby chcieli by bylo...
      Poza tym wielu ciezko sie przyznac do uczuc negatywnych...
      No i jeszcze cos- czesc walczy w ten sposob o uczucia partnera...

    • nsc23 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:06
      Hm.... jakos nie zauwazylam, zeby mi ubylo od tego, ze jestem mila wzgeldem
      4-latki, wiec nie wiem, o jakich kosztach mowisz - moze na konkretnym
      przykladzie bedzie latwiej mi sie wypowiedziec? Jezeli chodzi o pieniadze - nie
      jestem do nich jakos szczegolnie przywiazana, nic mi nie brakuje, nie licze
      kazdego grosza wydanego na mala jako grosza, ktory moglby byc wydany na mnie,
      poniewaz nie musze dokonywac takich wyborow big_grin
      Czemu nie chce odizolowac swojego partnera od jego dziecka? Bo wiem, ze jezeli
      bym to zrobila, to bylby bardzo nieszczesliwy, a jezeli nie bylby nieszczesliwy,
      to ja dziekuje bardzo, ale nie chce takiego faceta na ojca moich dzieci.
      • skleroza55 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:25
        nsc23 napisała:

        > Hm.... jakos nie zauwazylam, zeby mi ubylo od tego, ze jestem mila wzgeldem
        > 4-latki, wiec nie wiem, o jakich kosztach mowisz - moze na konkretnym
        > przykladzie bedzie latwiej mi sie wypowiedziec? Jezeli chodzi o pieniadze - nie
        > jestem do nich jakos szczegolnie przywiazana, nic mi nie brakuje, nie licze
        > kazdego grosza wydanego na mala jako grosza, ktory moglby byc wydany na mnie,
        > poniewaz nie musze dokonywac takich wyborow big_grin
        > Czemu nie chce odizolowac swojego partnera od jego dziecka? Bo wiem, ze jezeli
        > bym to zrobila, to bylby bardzo nieszczesliwy, a jezeli nie bylby nieszczesliwy
        > ,
        > to ja dziekuje bardzo, ale nie chce takiego faceta na ojca moich dzieci.


        Jesli sie nie mylę nie masz sowich dzieci i jesteś bardzo młoda. Wszystko, co tu
        napisałaś brzmi bardzo przekonywująco, tyle tylko, ze to slogany, bo do
        prawdziwego życia maja sie nijak.

        Przemawia przez Ciebie, po prostu nieznajomość życia, tych realiów, które nie sa
        specjalnie skomplikowane, ale potężnym echem odbijają się w życiu, gdzie
        prozaiczne czynności, po okresie TOTALNEJ TOLERANCJI, staja jak ość w gardle.

        To, ze piszesz ze wystarczy byc miłym, albo ze nie musisz sie dizleic pieniędzmi
        z cudzym dzieckiem świadczy o braku świadomości i wyobraźni, jesli chodzi o
        potencjalnie przyszłe sytuacje.
        Takie odniosłam wrażenie.
        • nsc23 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:28
          Jak dlugi jest ten okres? Bo ja i W jestesmy ze soba od 3 lat - owszem, mielismy
          swoje przejscia, jak kazda para, ale jakos nic mi oscia w gardle nie stanelo.
          Swoja droga, masz cos do powiedzenia, czy przyszlas tylko powiedziec nam jakie
          jestesmy dziwne? Przedstaw sie moze, powiedz cos o sobie, a potem krytykuj
          innych, hm?
          • skleroza55 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:33
            Tak. Sa to sytuacje dziwne. Ale mi bliskie. Sprawy macoch, rozwodów, dzieci
            dotyczą mnie bezpośrednio, chociaz rozwódką nie jestem.

            Jesteście razem 3 lata? Krotko, bardzo krotko. W perspektywie całego życia: nic.
            I o jaki okres pytasz?
            • nsc23 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:37
              Chodzilo mi o ten okres tolerancji, o ktorej pisalas. Po prostu sie zastanawiam,
              kiedy sie spodziewac osci...
              • skleroza55 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:39
                Pojęcia nie mam. Chyba 'w swoim czasie'.smile
    • magdmaz Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:13
      Sklerozo!
      Nie rozumiem Twojego postu, wybacz. Mój narzeczony samotnie wychowuje dwoje
      dzieci, ja również dwoje. Razem tworzymy fajną, choć patchworkową rodzinę.
      Starsze dzieciaki uzyskały młodsze rodzeństwo. Młodsze - starsze. Ja - fajne
      nastolatki, z którymi mogę zrobić rzeczy, których nie zrobię z własnymi,
      młodszymi (jeszcze), oraz pomoc w opiece nad tymi młodszymi. Mój narzeczony w
      maluchach uzyskał młodsze dzieci, których mu ewidentnie brak, gdy własne
      dorastają. Razem - w szóstkę - jest nam fajniej na nartach, kuligu, na basenie,
      na wakacjach - niż tylko w trójkę. Nikt się dla nikogo nie poświęca, słowo
      honoru! A że trzeba sobie ustępować w wyborze kanału telewizyjnego? To chyba
      bardziej wychowawcze niż posiadanie telewizora na własność.
      Ja osobiście dla "czyichś" dzieci NICZEGO nie poświęcam, niczego nie tracę,
      niczego nie muszę sobie odmawiać. Nie odniosłam NIGDY wrażenia, że mam jakby
      "mniej" mojego chłopa za sprawą jego dzieci. To raczej On traci - moje obowiązki
      są skupione na potrzebach dzieci, chłop musi poczekać, gdyż dzieci same (ani w
      rodzinie pełnej, ani rozbitej, ani patchworkowej) nie ugotują sobie, nie odwiozą
      się i nie przywiozą, nie wyleczą, nie odrobią lekcji i nie poćwiczą, oraz się
      same nie przypilnują z różnymi obowiązkami. Może wobec tego to ja powinnam oddać
      dzieci ich ojcu i odizolować się od nich, żeby mój narzeczony nie musiał się do
      mnie dostosowywać i mógł mieć mnie na własność - dla siebie i swoich dzieci?
      • skleroza55 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:19
        Kazda z Was ma inna sytuację i tak np. ostatni post o tym, ze kazde ma sowje
        dizeci, doskonale tłumaczy chęć przystosowania sie ogolnie od sytuacji.
        Powiedziałabym kompromis. Kolejny, mowiacy o 4 latce dla której trzeba byc (czy
        tez mozna być) miłym, tez wiele tłumaczy. M.in to, że to dopiero start,
        początek, a co potem, gdy np. urodzi sie Twoje dziecko i walka o sympatie
        tamtego przestanie byc istotna w momencie w którym zacznie się liczyć Twoja
        WŁASNA RODZINA.

        I pierwszy z punktem 3, dotyczący walki o miłość partnera 'przez dziecko'-trafił
        w 10.
        • nsc23 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:22
          Jaka walka? Ja i Mloda nie walczymy o sympatie mojego W, tak samo moje dzieci
          nie beda musialy 'walczyc' o sympatie W - czy Ty jestes macocha czy tylko
          trollikiem, ktory przyszedl oswiecac narod?
          • skleroza55 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:29
            To byla tylko jedna z możliwości. Nie mowie, ze kazda kobieta chce walczyć przez
            dziecko o partnera. Ale uważam ze takie wyjcie jest dość prawdopodobnym motywem,
            bo trudno jest byc JAK SAMA Napisałaś TYLKO MILYM DLA CUDZEGO DZIECKA.

            Chyba nie o to w tym chodzi. Nie o to Tylko chodzi.
            • nsc23 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:32
              Ale w zasadzie o co Ci chodzi? Misje masz? Bo nie za bardzo widze jaki jest cel
              tego watku czy Twoich postow uncertain
              • skleroza55 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:35
                Tylko spróbować zrozumieć poświecenie. Świadome poświecenie, a nie takie, gdzie
                wchodzi sie w cos czego do końca sie nie rozumie.
                • nsc23 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:36
                  Ale jakie poswiecenie? Wychodzisz z blednych zalozen...
                  • skleroza55 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:41
                    Poświęcenie, inaczej akceptacja sytuacji, nie tyle przeslzosci, co samej
                    przyszłości. Zwłaszcza, gdy druga strona dba o kontakty. A w te kontakty wchodzą
                    nie tylko same dzieci, ale tez przeszłe życie, ex-partnerki, ex-rodziny,
                    zależności.
                    • nsc23 Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:49
                      Hm. Za jsp.pwn.pl:
                      poświęcenie «czyn ofiarny, pełen bohaterstwa i samozaparcia; też: gotowość do
                      ponoszenia ofiar»

                      Jakie bohaterstwo jest w tym, ze ktos zaakceptuje dziecko z poprzedniego
                      zwiazku? Kazdy z nas ma jakas historie - moj W akceptuje moja przeszlosc, ja
                      jego, zadne bohaterstwo - zwykla, ludzka przyzwoitosc.
        • magdmaz Re: czyjes dzieci 26.03.09, 07:48
          "tłumaczy chęć przystosowania sie ogolnie od sytuacji."

          Więcej, sklerozo, znacznie więcej.
          Przez ileś tam lat byłam matką prawdziwie samotną, co oznaczało nabycie takiego
          stopnia samodzielności, że w zasadzie mężczyzna i nowa rodzina nie są mi już do
          życia koniecznie potrzebne. Radzę sobie sama. Tylko trochę mi się to znudziło.
          Wolałabym, naprawdę, mieć kogoś, na kim można się oprzeć, i kto zdejmie ze mnie
          problem, kiedy przecieka wężyk pod wanną i nawala rozrusznik w samochodzie.
          Oczywiście NIC ZA DARMO, takie jest życie. Za komfort niebycia samą do końca
          życia, za dobrego człowieka u mojego boku i szklankę herbaty w chorobie muszę
          wyrzec się tej odrobiny niezależności, jaką daje samodzielne mieszkanie i
          samotne wieczory z książką.
          Zyskałam rodzinę. Nie taką, o jakiej marzą podlotki, ale moja patchworkowa w
          praktyce okazała się dla mnie optymalną. Ewentualne "lepsze" jest wrogiem
          "dobrego". Wiem to, bo przetestowałam różne układy - związek z kawalerem,
          związek z facetem kontaktującym się z własnymi dziećmi trzy razy do roku. Każdy
          zerwałam ze względu na moje dzieci. Tylko obecna sytuacja jest dla nich OK, i w
          mojej obecnej sytuacji nie mogę wymyślić lepszej.
          Nie będę tu wyłuszczać pobudek mojego faceta - dlaczego właśnie ja i moje dzieci
          - ale bilans, zarówno dla niego, jak i dla mnie jest dodatni, zdecydowanie.
          Więcej zysków niż strat. Można to nazwać kompromisem, ale bardziej pasuje "udany
          interes" i właśnie fakt istnienia wszystkich naszych dzieci okazał się tym
          czynnikiem, który tworzy największą wartość dodaną. Ich obecność sprawiła, ze
          "interes" się nam udał.

          Oczywiście wiem, ze panny wiążące się z rozwodnikami mają trudniej i często to
          wcale nie ma żadnego sensu z punktu widzenia rachunku zysków i strat.
        • jayin Re: czyjes dzieci 26.03.09, 09:41
          skleroza55 napisała:

          > Kazda z Was ma inna sytuację

          dokładnie. więc nie ma jednoznacznej odpowiedzi na twoje pytania.

          > walka o sympatie (...)

          bywa i tak, że sympatia jest "bo jest". nie trzeba o nią walczyć.

          > zacznie się liczyć Twoja WŁASNA RODZINA.

          zalezy od sytuacji. czasem rodziną własną jest wyłącznie własne dzieck "z krwi i kości". czasem własna rodzina - to dziecko i facet. czasem - dziecko własne, facet, jego dziecko, dziecko wspólne.
          różnie z tym bywa.

          > I pierwszy z punktem 3, dotyczący walki o miłość partnera 'przez dziecko'-trafił w 10.

          jeśli trzeba by było walczyć "za pomocą" dziecka o czyjeś uczucie, to ja bym raczej odpuściła sobie taki związek...wink znaczyłoby to, że dziecko jest dla faceta najważniejsze i widzi wszystko przez pryzmat tego dziecka i uzależnia od niego swoje WSZYSTKIE uczucia.

          mądrzy ludzie, "magistery" nauk o rodzinie itd., dobrze nauczają, że w zdrowo funkcjonującej rodzinie dla żony/partnerki najważniejszy ma być mąż/partner, bo od tego jak jest między nimi zależy wszystko inne w domu. także szczęście dzieci, kóre w "hierarchii" są tuż za nim. a na szarym końcu dopiero mają być teściowie i inne dobrodziejstwa dalszej rodziny...smile

          oczywiście mowa jest o zdrowym układzie, gdzie na szczęściu dzieci zależy i żonie i mężowi - więc nie ma motywu: "czy mam stawać po stronie męża czy dziecka??...".
          • geos Re: czyjes dzieci 26.03.09, 11:32
            > mądrzy ludzie, "magistery" nauk o rodzinie itd., dobrze nauczają, że w zdrowo f
            > unkcjonującej rodzinie dla żony/partnerki najważniejszy ma być mąż/partner, bo
            > od tego jak jest między nimi zależy wszystko inne w domu. także szczęście dziec
            > i, kóre w "hierarchii" są tuż za nim. a na szarym końcu dopiero mają być teścio
            > wie i inne dobrodziejstwa dalszej rodziny...smile

            O właśnie. Z ust mi to wyjęłaś.
            Nie ma mowy o poświęcaniu jest wspólny szacunek i para, która jest dla siebie
            ważna i jednocześnie dba wspólnie o dzieci.
            Jakos nie dobieram konieczności zajmowania się dziećmi męża jako wielkiego
            poświęcenia.
            W zamian ja tez dostaje coś co jest ważne dla mnie.
            Bo na pewno dla mojego męża ważne jest to, że mogę się nimi zając i pomóc mu w
            ich wychowaniu.
            Dla mnie ważne jest to jak mnie wspiera w sprawach zawodowych, pasji.
            Ważne jest, że nie muszę wielbić jego dzieci, żeby mnie kochał.
            Wychowanie ich to wspólny front w podejściu do nich.
    • liz-beauty Re: czyjes dzieci 25.03.09, 20:50
      To dziecko nie jest dla mnie "cudze", jest synem mezczyzny, ktorego kocham.Jesli
      urodzi sie nasze wspolne dziecko, bedzie jego bratem.

      Nie daze do zadnego odizolowania ojca od jego syna, bo po pierwsze nie wyobrazam
      sobie jak moglabym szanowac goscia, ktory sie od swojego dziecka odizolowal, po
      drugie nigdy by mi sie cos takiego nie udalo, jestem pewna.

      • olawikk Re: czyjes dzieci 25.03.09, 21:24
        Podpisuje się pod tym co napisała Liz.

        Poza tym, ja te "cudze" dzieci zwyczajnie lubię i choc czasem mnie
        wkurzą, to i tak fajnie jest jak są z nami.
        • blondgirl Dokładnie 26.03.09, 07:46
          j.w.
        • magdmaz Re: czyjes dzieci 26.03.09, 07:58
          Mnie najbardziej, najbardziej na świecie wkurzają moje własne dzieci. Nigdy nie
          miałam w życiu ochoty przyłożyć porządnie dziecku moje go brata, przyjaciółki,
          kochanka, narzeczonego. Natomiast własne dziecko parę razy w życiu miałam ochotę
          utłuc na śmierć i musiałam się potężnie hamować.
          Dobrze współżyć z pasierbami jest znacznie prościej, niż z własnymi, mówi to
          matka dwojga własnych i macocha dwojga pasierbów. Wady pasierbów nie bolą, wady
          własnych dzieci - tak. Uwagi nauczycieli o pasierbach nie poruszają emocji - o
          własnych dzieciach - tak. Krytyka od pasierbów mnie nie dotyka - od własnych
          dzieci - a jakże. Niezaspokojone potrzeby pasierbów nie spędzają mi snu z
          powiek, a jeśli nie mogę z jakiegoś powodu zapewnić czegoś ważnego własnym - to
          mam problem.

          W nielicznych momentach dogłębnego kryzysu mam ochotę odwieźć własne dzieci ich
          ojcu i niech teraz on zapewnia im najlepszą możliwą szkołę, wychowanie, opiekę,
          zajęcia pozalekcyjne - bo TO, właśnie TO dzieje się kosztem MOJEGO czasu i
          wysiłku, a także mojego maksymalnego sprężenia życiowego i pracy zarobkowej po
          10 godzin dziennie. Nie - pójście z pasierbami na zakupy, do aqaparku czy
          ugotowanie im obiadu (przy okazji gotowania dla własnych, nota bene).
    • cleopa Re: czyjes dzieci 26.03.09, 09:39
      skoro mam Ci dopowiedzieć to moze najpierw Ty napisz cos o
      sobie ..???
    • koni42 Re: czyjes dzieci 26.03.09, 09:42
      Tam, gdzie kobieta nie ma swoich dzieci jest trudniej. Duzo zalezy
      od partnera, jak ułoży relacje ze swoim dzieckiem i nowa partnerką.
      Są tutaj kobiety, które zgadzają się na bycie odseparowanym od
      swojego partnera, bo jest np. weekend i "ojciec musi pobyć ze swoim
      dzieckiem". nikt nie bierze pod uwagę faktu, że życie tego dziecka i
      tak sie już zmieniło (rozwód rodziców) i że ojciec włąśnie ułożył
      sobie życie. Do szału doprowadza mnie myślenie, że pomimo upływu X
      lat, pomimo że ojciec i matka dawno ułożyli sobie życie, może mają
      już drugie, trzecie dzieci - NIC SIĘ NIE ZMIENIŁO. Dzieci z
      pierwszego mażeństwa nadal wychodzą z ojcem na cały weekend!!! A
      gdzie drugie dziecko, gdzie pasierbowie ojca, gdzie wreszcie druga
      żona. Osobiście uważam, ze to "okłamywanie" dziecka nikomu nie
      wychodzi na dobre. jak zwykle spotkam się z ukamieniowaniem ze
      strony innych macoch. Trudno.
      POwiem, powtórzę raz jeszcze: mam jedno dziecko, mój mąż ma jedno
      dziecko w tym samym wieku. Spodziewamy się wspólnego. Nigdy nie
      dzieliliśmy rodziny. Robiliśmy wszystko razem. Kiedy dziewczyny
      nabroją, to dostają karę, bez względu na to, czy to jest "ten"
      weekend, czy nie. Nie wyobrażam sobie, że mój mąż zabiera gdzieś
      swoje dziecko i z nim jedzie a ja zostaję ze swoim w domu - wkrótce
      jeszcze z niemowlakiem! Jak ja bym to wytłumaczyła mojej córce,
      która kocha sojego ojczyma? W co drugi weekend tata Cię kocha mniej,
      bo widzisz...przychodzi do domu jego "PRAWDZIWE" dziecko????
      Współczuję niedoświadczonym macochom, bez własnych dzieci, bo łatwo
      można wpaść w samonakręcającą się spiralę: jestem miła-staram się-
      mój M będzie zadowolony- a nich spędza więcej czasu z małą/małym,
      przecież to tylko weekend etc. Po jakimś czasie: dlaczego nie możemy
      jeść tego, co chcemy w weekendy-muszę stać przy kuchni, bo mała
      tylko to je jak u nas jest- trzeba jechać po zakupy w sobotę, achhhh
      nie? Mała woli być z tatą i oglądać film etc.etc.etc.
      Nie można prowadzić normalnego życia w tygodniu i INNEGO w weekend.
      Ile jest takich postów: " to taki fajny i dobry facet w tygodniu"
      hmmmm...Pozdrawiam
      • koni42 Re: czyjes dzieci 26.03.09, 09:51
        Zgadzam się z dziewczynami wyżej: wady i problemy pasierbów nie bolą
        tak, jak własnych dzieci. Z upływem lat widzę, że swojej pasierbicy
        po prostu: gotuję, czeszę, odrabiam z nią lekcje etc. Robie to, co z
        własną córką. Jednak jej losy i przyszłość nie spędza mi snu z
        powiek. Nie przejmuję się, czy w pełni został wykorzystany jej
        talent plastyczny, czy nie powinna więcej posiedzieć nad matematyką,
        czy je wystarczająco duż wapnia na kości. Jestem miła, pomocna,
        przydatna, dowcipna, wesoła, zwariowana, dobrze gotuję. To wszystko.
    • braktalentu Re: czyjes dzieci 26.03.09, 09:48
      Nie dopieszczam, nie chowam, nie pielęgnuję - to zadania rodziców.
      Nie znoszę i nie toleruję - zwyczajnie lubię, bo to fajny dzieciak.
      Sympatia to uczucie bezinteresowne. Nie oczekuję wdzięczności.
      Wymagam szacunku wynikającego z mojego wieku i roli w rodzinie,
      robię to z wygody własnej, a nie z poczucia obowiązku wychowawczego
      (takiego samego szacunku oczekuję od dzieci sąsiadów). Nie dążę do
      odizolowania pasierbicy od ojca, bo gdyby na to pozwolił byłby
      gnojkiem, a nie mężczyzną. Nie chcę żyć z gnojkiem. Zresztą tym
      samym pozbawiłabym swojego synka starszej siostry, Gdyby ktoś
      odebrał mi rodzeństwo (zresztą też przyrodnie) to czułabym się
      okradziona i miałabym duży żal.

      Budowanie co najmniej poprawnych relacji to nie koszt, ale
      inwestycja w rodzinę. Związek z mężczyzną, który nie jest pełnym
      sierotą, pozbawionym korzeni, oznacza również jakąś formę kontaktu z
      Jego rodziną, a naszymi powinowatymi. Powinowaty to osoba bliska, a
      ja z bliskimi wolę żyć dobrze niż źle.
      Pojawienie się naszego wspólnego dziecka jeszcze bardziej
      uświadomiło mi jak ważną rolę w naszej rodzinie pełni pasierbica i
      jak cieszę się, że moje dzieci mają taką siostrę. Oczywiście jestem
      w o wiele łatwiejszej sytuacji niż większość forumek. Po pierwsze
      sama pochodzę ze szczęśliwie zrekonstruowanej rodziny i wyniosłam z
      domu właściwe wzorce, po drugie rodzice mojej pasierbicy to ludzie
      przyzwoici i potrafili zadbać o Jej wychowanie.

      Myślę, że brak empatii i zrozumienia prezentowany czasem na tym
      forum wynika właśnie z niedojrzałości, mizernego doświadczenia
      życiowego i samodzielności macoch. Efektem są związki z
      nieodpowiedzialnymi partnerami (ci, którzy rozwodzą się z dziećmi),
      prezentującymi zupełnie odmienną chierarchię wartości (wychowują
      swoje dzieci w innym duchu niż byśmy sobie życzyły) i obawy o
      sytuację materialną własnego potomstwa, która najwyraźniej w
      wypadku takich macoch zależy głównie od ojca dzieci.

      Czy opieka nad schorowaną, starą teściową, która z racji wieku i
      stanu zdrowia może być dużo bardziej uciążliwa niż niejeden pasierb
      również uważasz, za krótkowzroczne szafowanie dobrami rodziny?
    • kicia031 Re: czyjes dzieci 26.03.09, 11:56
      Moglabym ci tlumaczyc przez rok, a i tak nie zrozumiesz, brak ci
      stosownego aparatu intelektualnego, a przede wszystkim
      emocjonalnego.
      • konstancja16 wiosenny troll? 26.03.09, 12:28
        hihi

        i po co sie tak wysilacie. Pani Skleroza wie lepiej. w swoim
        poscie wyraznie udowodnila, ze macochy to maja przechlapane i po
        prostu nie moga byc szczesliwe.

        zatem to, ze jestem chwilowo okrrrropnie zadowolona z mojego zycia
        to jest po prostu pomylka. wreszcie mi ktos otworzyl oczy.
        wprawdzie jestem z madrym i wesolym facetem, mam fajna prace,
        sprawdzonych przyjaciol, kupe energii zyciowej, poklady zdrowia i
        poczucia humoru, ale to wszystko to o kant dooopy potluc. spojrzmy
        prawdzie prosto w rylo: mam przerabane.

        acha, na dodatek po zimie cera mi sie poprawila i schudlam trzy
        kilo. kupuje dom i stabilizuje sie. ale nad tym wszystkim wisi
        ponury cien pasierba. przepraszam za ten bezprawny usmiech na mojej
        twarzy. postaram sie go ukryc i pomartwic sie troche na zapas. bo
        przeciez nawet jesli dzis wydaje mi sie ze jestem szczesliwa to
        musze sie przygotowac na atak nieszczescia w kazdej chwili. pal
        licho choroby i cale zlo tego swiata. za rogiem czai sie
        piecioletni smyk. no zesz, gorzej przeciez byc nie moglo.... na
        pomoc!!!

        Pani Sklerozo, pani sie moze winka napije i jakas relaksujaca
        muzyczke pusci. nie kazdemu pasierbowi pisana historia Kopciuszka,
        nie kazda kobieta musi byc Matka-Polka i nie kazda macocha zalana
        zolcia. milego weekendu zycze.
        • nsc23 Re: wiosenny troll? 26.03.09, 12:32
          Konstancja, bo Ty po prostu mloda jestes i naiwna. W dodatku pewnie ze swoim
          facetem jestescie na tyle krotko, ze jego i pasierba prawdziwe oblicza jeszcze
          nie wylazly wink
          • konstancja16 Re: wiosenny troll? 26.03.09, 12:34

            • konstancja16 Re: wiosenny troll? 26.03.09, 12:38
              ups. az mi sie enter obsunal z wrazenia. to jak przeczytalam o tej
              mlodosci. ROFL. you made my day! ;-DDDDD

              jasssne, ze jestem mloda, piekna, inteligentna. swiat u mych stop.
              dawno sie tu nic nie dzialo na tym forum i znow sie rozkreca.
              fajnie.




              • nsc23 Re: wiosenny troll? 26.03.09, 12:59
                Chyba taki sezon na trolle, juz kolejne forum dopadla ta plaga. Az sprawdzilam,
                czy jakiegos watku stad nie przykleili na stronie glownej, ale nie, samo przyszlo wink
    • dyderko Re: czyjes dzieci 26.03.09, 13:55
      Sklerozo miła, to że zbijesz każdy dowód w postaci historii
      nieprzystającej do Twojej wizji, tekstem że ktoś mało wie albo że
      sam nie wie że się zmusza, nie zrobi z Twojej wizji prawdy
      objawionej. Każdy przezywa inne życie i innych dokonuje wyborów.
      Uwierz mi że to że istnienia czegoś nie rozumiesz nie jest dowodem
      na to że tego czegoś nie ma.
      Nie wiem dlaczego dobre stosunki z dzieckiem partnera nazywasz
      poświęceniem, choć zgadzam się z Tobą że jest to zawsze kompromis.
      Mam jednak nieodparte wrażenie, że i w związku w którym partner nie
      jest obarczony dziećmi kompromisy są niezbędne do tego by ten
      związek miał szanse przetrwać. Nie mówiąc o tym że na poważną próbę
      może wystawić naszą zdolność do poświęceń: nadopiekuńcza mamusia,
      władczy tatuś, zaborcza siostra, ukochana praca, czy ulubieni
      koleżkowie partnera. Dlaczego więc dziecko jest dla Ciebie takim
      problemem u mężczyzny?
      • to.ja.kas Re: czyjes dzieci 31.03.09, 11:48
        Może to exia która chce skutecznie obrzydzić byłego potencjalnej
        macoszce?smile
      • luna67 Re: czyjes dzieci 04.04.09, 22:54
        dyderko napisała:
        Dlaczego więc dziecko jest dla Ciebie takim
        > problemem u mężczyzny?

        Nie oszukujmy sie, dziecko partnera jest zawsze problemem, ale to od nas zalezy
        co z tym zrobimysmile 8-smy rok mi idzie macochowania i wiem jakie jazmo ciazy nad
        macochami jak ojciec jest nadopiekunczy, dzieci rozbrkane, a Exia nadal chce nad
        wszystkimi panowac.

        Kazda macocha na tym forum ma inna sytuacje, mniej lub bardziej skomplikowana, i
        kazda ma prawo lubic lub nie lubic dzieciatka faceta z ktorym zyje.

        Ja przez wszystko juz przeszlam i jezeli ktos mi powie, ze lubi pasierbiatka, to
        ja sie z nia ciesze, rozumie i popieram, a jezeli ktos mi powie, ze nie lubi bo
        to i tamto (tu jest dobra argumentacja wazna) to tez zrozumiesmile))))
        • kicia031 Re: czyjes dzieci 09.04.09, 15:45
          Nie oszukujmy sie, dziecko partnera jest zawsze problemem

          Nieprawda.
          Zalecam ostroznosc przy stosowaniu duzego kwantyfikatora, takie wypowiedzi
          bardzo latwo sfalsyfikowac.
    • annjen Re: czyjes dzieci 01.04.09, 04:30
      napiszę i ja, jak to jest u mnie. przede wszystkim - pokochałam faceta, który ma
      dziecko. wiedziałam, że biorę ich w pakiecie. na szczęście już pierwsze
      spojrzenie w oczy z młodym to była nić sympatiismilepoza tym - byłam dość długo w
      pierwszym małżeństwie bezdzietnym, wiem, czym jest pusty dom. wiem, jak jest u
      nas, kiedy młody wyjedzie. poza tym nic nie zastąpi aniołka z moją twarzą,
      którego dostał mój mąż pod choinkę od synasmile - już o tym pisałam, ale do tej
      pory mnie ten aniołek rozczulasmile chcę urodzić dziecko, nie wiem, jak to jest,
      gdy ma się "własne" i "cudze". mam jednak nadzieję, że mój stosunek do młodego
      się nie zmieni, bo w końcu nie tylko instynkty nami rządzą, jest jeszcze rozum...
    • coccolona Re: czyjes dzieci 09.04.09, 09:35
      Na tym forum dobrze o pasierbach pisze garstka ciagle tych samych macoch,
      przewaznie same obarczyly nowego partnera dzieckiem/dziecmi z poprzednich
      zwiazkow i zeby ich nowy partner tolerowal ich dzieci, one sila rzeczy musza na
      pokaz lubic pasierby. Do tego sa moze 2, 3 bezdzietne idealistki i to wszystko.
      Macochy, ktore nie toleruja, nie lubia pasierbow tutaj praktycznie nie pisuja,
      nie dziela sie swoimi przemysleniami. A jak juz pisza, to sa brane za trolli
      albo za to, ze podszywaja sie na pewno pod mangolde albo mnie. Albo ja sie
      podszywam pod mangolde. Bo lepiej myslec w ten sposob, niz przyjac do
      wiadomosci, ze wiekszosc macoch, gdyby mogla, to by po prostu wyeliminowala
      pasierby. Nie pisza, bo sa od razu atakowane. Gdyby tak nie bylo, to pewnie
      czesciej by pisaly i to forum by bylo bardziej zyciowe. A jest tylko wirtualnym
      tworem, ktory nie odzwierciedla wcale rzeczywistosci.

      Ja nie dopieszczam potomstwa eks zony mojego misia. Ostatnio widzielismy je na
      poczatku stycznia, po dlugiej, prawie pol rocznej przerwie od wakacji. W tej
      chwili raczej nie zapowiada sie na ich rychla wizyte, pewnie jakos w wakacje sie
      zjawia na kilka dni. Da sie to przezyc. Ja w tych dniach zazwyczaj mam wiecej
      pracy, niz zwykle i zamykam sie w swoim studio i nikt nie moze mi przeszkadzac
      (jestem tlumaczem przysieglym) smile
      • braktalentu Re: czyjes dzieci 09.04.09, 13:37
        Nie budzi mojego świętego oburzenia Twoja niechęć do pasierbów.
        Dzieci są różne, nie wszyscy muszą je lubić. Zastanawia mnie za to
        jaką ignorantką trzeba być żeby pisać o dzieciach spłodzonych przez
        swojego partnera per "dzieci eks żony". Co to jest? Wypieranie
        faktu, że Miś owocnie kopulował z inną kobietą i sprawiało Mu to
        dużą frajdę? Stwierdzenie, że intelektualnie nie radzi sobie z
        antykoncepcją? A może przyznanie, że akceptuje się u swego boku
        płodzimierza, który nie jest w stanie spojrzeć w przyszłość dalej
        niż o długość własnego fiuta?

        <"Misiowi sie tatuaze nie podobaja, wiec na razie się wstrzymam">
        • 13monique_n Braktalentu! Kicia! 09.04.09, 16:02
          Wyrazy szacunku za celne odpowiedzi big_grinDDD Padłam big_grin
      • kicia031 Uniwersalne prawdy o rzeczywistosci 09.04.09, 15:44
        1. Wszyscy mysla tak jak cocacola
        2. Jak ktos mowi, ze nie mysli tak jak cocacola, to znaczy, ze sciemnia, a tak
        naprawde mysli tak jak cocacola.
        3. Jak ktos nie mysli tak jak cocacola to jest zaklamanym hipokryta a tak
        naprawde mysli tak jak cocacola.
        Hawk!
    • aurelia-k Re: czyjes dzieci 09.04.09, 12:31
      coccolona, myślę, że jest w tym, co piszesz trochę racji, ale chyba nie musi
      przedstawiać się ta aż tak dramatycznie...Jasne, mi pojawiały się i pojawiają
      nadal myśli w stylu 'jak to by było bez dziecka, gdzie byśmy nie pojechali we
      dwoje, jak nasze życie by nie wyglądało' oraz 'czemu to ja sobie funduję tą
      masochistyczną przyjemność w postaci ex i potencjalnych problemów z dzieckiem'.
      Dla mnie tak to "łyknąć" w pakiecie bez jakiegoś żalu byłoby nieprawdziwe. Ale
      cóż, potem jednak nie jest tak strasznie chyba i dzieciak miły i różne rzeczy
      można realizować i odkrywam, że z porannego kawowego błogostanu z partnerem nie
      wyrywa mnie syn...trochę to dobra wola, trochę przyzwyczajenie, a trochę fun i
      zupełnie nowe doświadczenia (nie mam dzieci i nie planuję). No i uczę się
      patrzeć na wyczyny ex z dystansem. Dla mnie te okresowe 'żale' są i będą.
    • edw-ina Re: czyjes dzieci 15.05.09, 14:28
      Jestem zupełnie nowa na tym forum, jednak już kilka razy czytałem tę twoją
      wypowiedź i chodziła mi trochę po głowie. Tak naprawdę to pokazała mi, że nie
      jestem jedyną osobą, która nie radzi sobie z problemem i może powinnam się nad
      tym zastanowić spokojnie.
      Początek będzie wodą na twój młyn - nie, nie lubię moich pasierbów. Nie, nie
      czuję się na siłach ich wychowywać, opiekować się nimi. Ale nie uważam tego za
      coś normalnego i raczej mam wobec siebie wyrzuty.
      Na tym forum jest bardzo wiele kobiet, których podejście można zamknąć w słowach
      - dla dzieci wszystko. Nie podzielam tej opinii. Sama wychowałam się w rozbitej
      i pozszywanej rodzinie, jedyna siostra, którą mam i kocham nie jest biologiczną
      córką obojga moich rodziców, oni sami również się rozstali i założyli nowe domy.
      Nigdy nie miałam im tego za złe. Kiedy miałam już naście lat dość łatwo było mi
      zrozumieć, że za kilka latek wyfrunę z gniazda i nie mogę oczekiwać, że moi
      rodzice będą sami tylko dlatego, że mi nie koniecznie mógłby się podobać
      ojczym/macocha.
      Jestem wdzięczna swoim doszywanym rodzicom, choć nie zawsze wszystko było super.
      Mając taki bagaż wydawało mi się, że nie będzie dla mnie problemem związanie się
      z kimś z przeszłością. I wydaje mi się, że początkowo nie było. Spotkałam
      cudownego człowieka po dość dramatycznym rozstaniu (nie z jego winy), mocno
      poturbowanego. Wyleczy się - myślałam. Jego dzieci mieszkały z matką zagranicą.
      Słyszałam o nich co jakiś czas, ale zobaczyłam dopiero po 2 latach. I tu zaczęły
      się schody. Byliśmy już w dość okrzepłym związku, kiedy raptem zobaczyłam mojego
      mężczyznę, w całkowicie dziwnej dla mnie roli - ojca. Co więcej okazało się, że
      dzieci nie mówią po polsku, ani w żadnym języku, którym ja jestem w stanie się
      posługiwać. Ogólnie - sytuacja komiczna. Pewnie nie doszłoby do zbudowanie się
      we mnie pewnej niechęci wobec nich, gdyby nie inna sprawa - otóż w pewnej chwili
      dojrzałam i sama zapragnęłam mieć rodzinę, ale mój mężczyzna stwierdził, że on
      już rodzinę miał, to niekoniecznie jest fajne, dzieci też już ma i więcej nie
      potrzebuje. Nie muszę dodawać jakie reperkusje wywołało to stwierdzenie.
      Oczywiście próbowałam odejść, za każdym razem dawałam się jednak omamić kolejnym
      wizjom, że coś się zmieni. Sporo czasu upłynęło zanim coś się zmieniło.
      Bariera językowa pozostała, do tego doszła bariera kulturowa (mnie wychowano w
      rodzinie z tradycjami, z mocnym poszanowaniem historii itp., dzieci są wychowane
      na skrajnych konsumpcjonistów, którzy najchętniej graliby w gry i niewiele
      więcej) Reasumując- z moich dobrych chęci niewiele pozostało i choć kiedyś
      myślałam inaczej, w tej chwili wychodzę z założenia, że dzieci są sprawą
      rodziców i tylko rodziców. Nie przeszkadzam mężowi w spotkaniach z dziećmi, ale
      zdecydowanie wolę, kiedy gdzieś z nimi wyjeżdża niż zabiera do domu. Kiedy są
      już w domu - to jego zadaniem jest ugotowanie, posprzątanie, nakarmienie itp.
      Nie wtrącam się w to. Jeśli potrzebuje jakiejś rady lub zwykłej rozmowy - staram
      się pomóc, ale pozostaję na gruncie całkowicie neutralnym.
      To pewnie nie najlepsze rozwiązanie z możliwych. Pewnie ktoś mi zarzuci, że
      krzywdzę dzieci, inny, że odbieram sobie radość obcowania z nimi itp. Ale myślę
      sobie, że nie samymi dobrymi chęciami człowiek żyje i czasami lepszy jest zdrowy
      dystans niż ciepłe uczucia, które nagle zmieniają się w chłodne.
      pozdrawiam!
      • braktalentu Re: czyjes dzieci 16.05.09, 09:32
        "pozostaję na gruncie całkowicie neutralnym. To pewnie nie najlepsze
        rozwiązanie z możliwych. Pewnie ktoś mi zarzuci, że krzywdzę dzieci,
        inny, że odbieram sobie radość obcowania z nimi itp."

        Nie ma rozwiązać najlepszych. Są tylko najlepsze dla danej rodziny.
        Popadanie w skrajności żadko się sprawdza. Życzliwa obojętność to
        bardzo dobre rozwiązanie, które może być punktem wyjścia do bardziej
        zażyłych stosunków z dziećmi, a nawet jeżeli nie, to też nikomu nie
        szkodzi.
        • edw-ina Re: czyjes dzieci 16.05.09, 12:01
          Witaj i dziękuję za życzliwość.
          Zauważyłam, że kobiety,które nie otaczają matczyną opieką pasierbów
          zwykle nie spotykają się ze zrozumieniem. Moi ojczymowie/macochy nie
          wtrącali się w moje wychowanie, jednak daleko im było do
          przekonania, że posiadanie dziecka tłumaczy wszystko: w sensie -
          moja żona/mąż nie mogą spędzić ze mną weekendu, ponieważ mają
          dziecko, nie możemy wyjść sami, ponieważ jest dziecko, nie możemy
          wybrać się na wakacje, ponieważ jest dziecko itp. Uczono mnie, że
          dziecko pojawia się po to, by je wychować na mądrego i samodzielnego
          człowieka. Dać pewne instrumenty, kóre pozwolą mu dorosnąć, a nie
          podporządkowywać mu swoje życie. Mogę powiedzieć, że wbrew pozorom
          wcale nie było to oschłe wychowanie.
          I jeszcze jedno - czytałam na tym forum wiele wypowiedzi na temat
          spędzania każdego weekendu z dzieckiem. Rozumiem, że może to być
          potrzeba rodzica, który nie mieszka z dzieckiem na stałe, świetnie
          rozumiem też to, że macocha/ojczym nie musi być z tego powodu
          szczęśliwy. Zauważyłam jednak, że nikt w tym wątku nie myśli o
          dzieciach. Wbrew pozorom (mówię z własnego doświadczenia i
          doświadczeń kilkorga moich znajomych z podobnymi przeżyciami)
          dziecko, które spędza pięć dni w jednym domu, a kolejnych dwa w
          drugim nie jest szczęśliwe. Niewiele osób myśli tu o dziecku jako o
          człowieku, który ma swój świat. W pewnym momencie, kiedy ma się
          naście lat, to ma się ochotę spędzić ten weekend ze znajomymi, z
          dziewczyną czy z chłopakiem, pójść na imprezę czy zrobić dziesiątki
          innych rzeczy równie ważnych dla rozwoju młodego człowieka, jak
          kontakty z rodzicami.
          Czasami rzadsze kontakty, ale wyczekiwane są bardziej wartościowe,
          niż te cotygodniowe. Kobietki - powiedzcie o tym swoim mężczyznom,
          którzy przywożą wam maluchy na każdy weekend.
          pozdrawiam.

    • piegi83 Re: czyjes dzieci 23.05.09, 15:37
      A kwestia sumienia?
      Pewnie, że łatwiej byłoby zapomnieć o istnieniu dziecka. Dziecko wychowałaby eks
      i po kłopocie. Szkoda tylko dziecka, które nie miałoby prawdziwego ojca i
      dorasta ze świadomością, że dla taty ważniejsza jest nowa pani i nowe dzieci.
      Ja takiego brzemienia nie wzięłabym na swoje barki, nawet gdyby było możliwe
      odseparowanie mojego męża od jego dziecka. Lepiej dla psierbicy, że ma dwie
      "połówki" rodzin, niż gdyby miała mieć tylko jedną z tych połówek. I ma
      świadomośc, że w obu tych połówkach jest kochana

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka