monikka38
30.05.08, 01:06
Trafiłam tu przez przypadek i po przeczytaniu kilkunastu tematów
postanowiłam też napisać.
Mam po prostu dosyć życia bez seksu.
Jesteśmy małżeństwem od 10 lat. Początki były, hmm... może nie
jakieś wspaniałe, ale wydawało mi się, że musimy się dotrzeć,
dopasować. Raz było lepiej, czasami bardzo dobrze, a czasami
średnio, ale przecież nikt nie jest doskonały.
Po mniej więcej roku mąż zaczął tracić zainteresowanie- nie mną, ale
seksem.
Polega to na tym, że robi dla mnie wiele- pomaga w domu, przynosi
kwiaty, daje prezenty, ma pomysły wycieczkowe, wakacyjne,
inwestycyjne, towarzyskie. Kiedy idziemy ulicą, trzyma mnie za rękę,
obejmuje. To samo wśród przyjaciół. Jednak na tym jego czułości się
kończą.
Z początku byłam pełna zrozumienia (może przemęczenie), potem
zdziwiona, potem rozczarowana, zła, potem próbowałam rozmawiać, w
końcu kłócić się. Przeszliśmy różne etapy, ale nic to nie zmieniło.
W zasadzie zmieniało się tylko moje nastawienie do męża- od prób
porozmawiania szczerze i chęci poprawienia sytuacji, do kompletnego
zniechęcenia do NIEGO.
W końcu dałam spokój, ale tylko pozornie, bo tak naprawdę, to mam
tego dość. Zastanawiam się, czy jest sens ciągnięcia związku, który
łączy nas tylko towarzysko i materialnie? Z przyzwyczajenia?
Teraz doszłam do etapu, że zaczynam myśleć o związku z kimś innym,
kimś dla kogo seks jest przyjemnością i sprawianiem przyjemności.
Czy kochanek to jest rozwiązanie? Bo tak naprawdę, oprócz seksu, a
raczej jego jakości i braku, źle mi w tym związku nie jest.
Wszystkie moje poprzednie związki były udane. Miałam normalnych
facetów i udane życie seksualne, a wyszłam za mąż za człowieka,
któremu wystarczy seks raz na pół roku. Jeżeli zdarza nam się
spotkać po jednej straonie łóżka częściej (częściej to znaczy raz na
3 miesiące), to wynika to z mojej inicjatywy i z dużą niechęcią ze
strony męża. Jakość tego seksu jest też żadna, bo mąż nie lubi być
dotykany i pieszczony, więc czuję się jak plastikowa lalka. Owszem,
mnie mąż stara się niby pieścić, ale odczuwam to tak, jakby robił to
bez zaangażowania i uczucia i chciał jak najszybciej dojść do sedna
czyli stosunku. I tu, uwaga!...stosunek kończy się po kilku ruchach.
Tak jakby nie potrafił się opanować.
Rozmawiałam z nim o przedwczesnym wytrysku, ale on niechętnie
podejmuje rozmowy na ten temat. W ogole niechętnie rozmawia na temat
naszego seksu, a jeżli już, to tłumaczy swoją niedyspozycję
zmęczeniem i "niodpowiednim terminem". Tylko, ze to oznacza, że
termin jest zawsze niodpowiedni.
Mąż był nawet kiedyś u seksuologa (za moją namową), ale tak naprawdę
nie wiem, co powiedział i o czym rozmawiali.
Seksuolog jest jego kolegą, bo mąż jest ginekologiem. sic!
Tym bardziej czuję się oszukana i rozczarowana, bo jako ginekolog
powinien zdawać sobie sprawę, że nie jest to normalne.
Na koniec dodam, że nie jestem jakąś paskudą. Inni mężczyźni uważają
mnie za dość atrakcyjną kobietę, ale nie będę przecież szukać
kochanka wśród przyjaciół czy znajomych.
Co robić? Już nie wierzę, że coś się poprawi między nami, a 8 lat
takiego szarpania się wykończyło mnie psychicznie...
Przepraszam za tak długą wypowiedź, ale starałam się opisać sytuację
w miarę dokładnie.
monikka