Wróciłam z weekendu nad Rospudą. Przez cały ten czas walczyłam o życie kociaka gospodarzy. Odszedł przed samym naszym wyjazdem...
Poryczałam się mocno... Przyjaciółka, z którą tam byłam, patrzyła na mnie jak na wariatkę, gdy starałam się go ratować (przemywałam oczy, poiłam strzykawką, wybijałam pchły itp.). Co ciekawe, gdy kiedyś jej inna przyjaciółka ratowała szczeniaka i rozmawiały o tym jedynie przez telefon, nie widziała nawet tego psiaka (rzecz działa się w innym mieście), ona - taka nieanimalsowa - opowiadała mi o tym pełna współczucia i powiedziała, że płakała razem z tamtą, gdy odszedł.
Kiedy poprosiłam, żeby zrobiła swoim aparatem zdjęcie kociakowi - odmówiła.
Proszę, powiedzcie:
- czy ja jestem całkowicie nienormalna, że starałam się tego kociaka ratować?
- co sądzicie o zachowaniu mojej kumpeli, bo może ja jestem nieobiektywna
To ten kociak:
--
Diabeł nie śpi. Z byle kim. (Lec)