speedymika
06.01.11, 13:33
Wydaje mi się, a w zasadzie mam sporą pewność, że mój brat ma ta chorobę. Opiszę pokrótce co się dzieje:
Dzieciństwo było trudne, ojciec alkoholik. W wieku 17 lat - za dużo trawki, amfy, imprez - zaczęło się szastanie pieniędzmi na panny, potem długi u znajomych, nawet okradanie rodziny. W końcu przestępstwa i 3 lata w więzieniu.
Po wyjściu zaczęło się dobrze. Wyjechał do dużego miasta, aby zerwać ze starym światem. Zaczął uczciwie żyć, zarabiać. Szybko poznał pannę, z którą się już po paru miesiącach ożenił. Żyli biednie, ale szcześliwie. I co najważniejsze uczciwie.
Problemy zaczęły się znowu, gdy dostał bardzo dobrą pracę. Zaczął zarabiać coraz więcej, w końcu otworzył własną działalność. I wtedy zaczęła się jazda. Pierwszy krok to był 250tys kredyt odnawialny, w całości prawie rozpieprzony w ciągu roku, na ściereczki do kurzu za 8 tys, itede. Oczywiście masa narkotyków, zaczęła się zabawa z kokainą. uważał że jest najmądrzejszy, że tylko on osiągnie sukces, nie przyjmował krytyki, uważał że ludzie którzy postępują inaczej są kretynami i nie warto się z nimi zadawać - mnie też odstawił na boczny tor gdyż regularnie próbowałam przemówić mu do rozumu. Szastał pieniędzmi na lewo i prawo, firma hulała, miał coraz więcej kasy i zaciągał coraz więcej pożyczek. Kupował spontanicznie drogie, bardzo drogie rzeczy, robił prezenty za kilkaset złotych co najmniej.
W tym czasie zaczęły się tez kochanki, jedna za drugą, po kilka tygodniowo. W końcu żona odeszła. Od tamtego czasu już tylko imprezy, wydawanie pieniędzy. Czasem w nocy seria dramatycznych smsów, albo na gg wiadomości w offline - że żałuje tego co robi, że nie ma sensu żyć, że ma dosyć. Potem rano - już wesoły, pełny życia, "zdobywca świata".
Od paru miesięcy nie ma nic - 800 tys długów w banku, firma padła on stracił też tamtą pracę (to było ze sobą powiazane). Mnóstwo długów u znajomych, nawet na zasadzie oszustwa (pożycz mi dla X, on Ci odda, ma problemy). Włącznie z tym że obecnej partnerce ukradł laptopa i zastawił w lombardzie - wszystko po to żeby mieć za co dalej hulać, choćby przez dzień czy dwa.
Teraz ma depresję, nie umie się zebrać, pisze mi ciągle o samobójstwie, nie chce podać adresu (przeprowadza się bo go ścigają za długi), mam kontakt tylko mailowy. Chcę mu pomóc, chcę żeby poszedł do lekarza, ale on na razie nie wierzy w chorobę i nic już nie chce próbować naprawiać. Jedne co osiągnęłam, to że przyznał się do narkotyków i generalnie widzi że pochrzaniło mu się w głowie.
Co mogę zrobić, jakich argumentów użyć? Jak mu pomóc?