izazdo
17.09.09, 22:05
Nie wiem, czy to najlepsze okreslenie, ale macie takie sny o Bogu, śmierci,
koncu swiata? Ja mam i zastanawiam sie szczegolnie mocno nad jednym. Ale po
kolei.
Sen 1.
Lezalam na lozku, a wokol mnie stala rodzina. nagle poczulam sie lepiej i
usiadlam na lozku, a oni w ryk. Bylam zdziwiona, ze reaguja placzem na moje
dobre samopoczucie, ale pomyslalam, ze skoro im tak zalezy, to sie poloze.
Polozylam sie, a oni przestali plakac. Po chwili poczulam, ze jakas sila
ciagnie mnie do gory jak wielki magnes opilek metalu. Znow usiadlam. A oni
znowu w bek. Znowu sie wiec polozylam. Za trzecim razem juz nie moglam sie
powstrzymac. Wstalam, stanelam w nogach lozka. Odwrocilam sie i zobaczylam
moje cialo lezace na lozku. Wtedy zrozumialam, ze umarlam. Czulam sie lekka,
mobilna i bardzo, bardzo szczesliwa. Kochana. Bylo cieplo i jasno, a ja moglam
fruwac, doslownie fikalam koziolki w powietrzu. nie moglam jednak patrzec na
rozpacz mojej rodziny i z wielkim trudem wlozylam sama glowe w moje zwloki,
zeby ich pocieszyc, ale wtedy zassalo mnie do ciala i juz nie moglam sie z
niego wydostac.
Po przebudzeniu dlugo nie moglam pogodzic sie z tym, ze jednak zyje.
Sen 2
Bylam w moim rodzinnym miescie. Nagle unioslam glowe i na niebie zobaczylam
ogromny krzyz. Uswiadomilam sobie, ze to koniec swiata. Zaczelo sie trzesienie
zmiemi, posypaly sie budynki. Upadlam na twarz czekajac na oberwanie cegłą,
smierc i sąd. Spodziewalam sie, ze trafie w ogromny tlum, z ktorego kazy
bedzie sądzony publicznie przed Trybunałem. Śmierc jednak nie nadchodzila.
Nagle miasto zniknelo, a ja (nadal lezac na brzuchu) zobaczylam "czubkiem
glowy", ze przede mna Ktoś stoi. "Widzialam" wyraznie stopy w sandalach i
brzeg jasnej szaty. Balam sie podniesc wzrok, nadal wiec lezalam, ale przez
zamkniete powieki i czubek glowy (?!) widzialam Swiatlo, ktore jest Miloscia,
ktore chlone, jak gabka.
Sen 3 - zarys ogolny wielu powtarzajacych sie snow o bardzo podobnym przebiegu
Jestem na plazy. Widze wiele kapiacych i opalajacych sie osob. Dorosli,
dzieci, nawet niemowleta. W pewnym momencie zauwazam, ze linia brzegowa
zaczyna sie przesuwac w strone lądu. Wolam, zeby uciekali, bo morze nas
zalewa. Nikt nie slucha. Morze przybliza sie coraz bardziej, w koncu powstaja
wielkie fale, ktore zalewaja cala plaze i wdzieraja sie wglab ladu. Prawie
wszyscy toną. Niebo jest zasnute chmurami, olowiane lub sine. Woda tez taka
sina. Ja w takich snach zawsze uchodze z zyciem, probuje ratowac innych.
Bezskutecznie.
Zastanawia mnie tylko pewien wspolny motyw - fale sa najczesciej trzy.
Najpierw pierwsza, bardzo mala (woda zaczyna sie pienic i burzyc, szybko
podnosi sie jej poziom - wtedy jest jeszcze czas, by uciekac, ale nikt tego
nie robi). Ja ostrzegam, ale nikt nie slucha. Potem przychodzi srednia -
ludzie juz panikują, zaczynają uciekać, ale juz jest za pozno. We
wczesniejszych snach ta fala mnie nie dosiegala, od pewnego czasu dosięga, ale
uchodzę cało, choc probuje ratowac inncych. Trzecia to "sciana wody", wysoka
chyba az pod chmury, niosąca całkowitą zagładę. W większosci snow budzę się
zanim dojdzie (gdy jest ok. 100 m od ladu).
Sen 4
Snilo mi sie, ze wchodze do kosciola, ktory jest zupelnie pusty, ale na
oltarzu stoi wystawiony Najswietszy Sakrament. Podeszlam do stopni oltarza i
dosc dlugo wpatrywalam sie w Hostie. Pomyslalam, ze zabiore Jezusa ze soba.
Zwinelam monstrancje, wsadzilam za pazuche (po lewej stronie, na wysokosci
serca) i najspokojniej w swiecie zaczelam wychodzic glowna nawa. Tuz przed
wyjsciem uswiadomilam sobie, ze przeciez monstrancja jest przedmiotem
wartosciowym i ktos moze oskarzyc mnie o kradziez, a mi nie chodzilo o ten
kawalek zlota, tylko o Jezusa. Wyjelam wiec z wielkim zalem monstrancje zeby
ja odstawic, choc strasznie chcialam Go zatrzymac. Nagle patrze, a monstrancja
jest pusta, choc przed wlozeniem Hostia na pewno w niej byla, a ja jej nie
wyjmowalam. Wyrzucilam wiec monstrancje jak smiec, gdzies miedzy lawki i wyszlam.
Sen 5. Ze stycznia 2008
Byłam na plaży. Lato, sporo ludzi, dzieci bawiące się w piasku. Nagle
zauważyłam, że woda stała się brudna, spieniona, a jej poziom szybko zaczął
się podnosic. Zaczęłam ostrzegać ludzi, że dzieje się coś niedobrego, ale nie
chcieli słuchać. Po chwili nadeszła spora fala, która zalała plażę aż po
wydmy. Złapałam się barierki od schodów prowadzących na klif. Obok mnie
trzymał się mały chłopiec, na oko ok. 3-, moze 4-letni. Kątem oka zauwazylam,
ze na horyzoncie jest jeszcze jedna fala. GIGANTYCZNA. Wdrapałam się na
schody, wciągnęłam tego chłopca, wzięłam go na ręce i zaczęłam uciekać.
Dobiegłam na jakieś wzieniesie, najwyższy punkt w zasięgu wzroku. Stał na nim
jakiś budyneczek. Wdrapaliśmy się na jego niższy dach (coś jakby nad garażem),
potem usiłowałam podsadzić tego chłopca jeszcze wyżej, na dach dwuspadowy, ale
się ciągle zsuwał. Wtedy zobaczyłam, że nadchodzi ta gigantyczna fala, w
zasadzie ŚCIANA WODY. Pomyślałam, ze to juz koniec.
I w tym momencie usłyszałam potężny DŹWIĘK. Dochodził z góry, z przestworzy,
ale nie można zlokalizować jego bezpośredniego źródła, bo jest wszędzie. Był
tak dziwny, że nie przypominał niczego, co bym wcześniej słyszałam (jeśli z
czymkolwiek się kojarzył to tylko z rykiem słonia, ale to dość odległe
skojarzenie). Było to jedno zadęcie, długie i potężne, o niesamowitej barwie.
Pomyslalam, ze to juz chyba koniec swiata. Zaczelam sie na glos modlic,
przepraszac Boga za moje grzechy. W tej samej chwili uslyszalam śpiew. Miliony
głosow (ale nie ludzkich, cos jakby w polowie drogi miedzy glosem czlowieka a
dzwoneczkami) w idealnej harmonii, spiewajace w obcym jezyku, ale o dziwo
rozumialam z niego kazde slowo. Tak jakbym po wielu latach mieszkania na
emigracji usłyszała mowę ojczystą. Spiewano o pięknie, milosci i dobroci Boga.
Śpiew byl wszędzie, przenikał przestworza. Stawał się niemal materialny,
wypełniał powietrze jakby bardzo przyjemnymi wibracjami (ale to kiepskie
porównanie). W tym momencie uświadomiłam sobie, że moje własne słowa nie
wiadomo kiedy z zalu za grzechy zamienily sie w piesn pochwalna - slowa
przychodzily same, plynely lekko, zupelnie bez wysilku intelektualnego, po
prostu słowotok uwielbienia.
Jednoczesnie ze spiewem pojawilo sie Światlo. To samo Światlo, ktore juz
widzialam we wczesniejszym snie o koncu swiata). Stopniowo stawało sie coraz
jasniej i jaśniej, proporcjonalnie do łagodnie narastającego śpiewu. Światło
rozkładało się równomiernie i nie pochodziło od słońca (slonca juz nie bylo,
podobnie jak nie bylo juz dachu i wody - nie wiadomo dlaczego ta fala, ktora
byla kilka sekund od nas, nie nadeszla). Przenikało wszystko i nadal się
nasilało, stając się jaśniejsze niż cokolwiek, co można sobie wyobrazić (a
jednak nie raziło). W pewnym momencie nastąpiła jakby "eksplozja" tego Światła
- było ono osobowe, jakby namacalne, jednocześnie było wszędzie i wszystko
ogarniało, ale jego Źródło było przede mną. Widziałam koncentrycznie
rozchodzące się promienie (białe, ale to była taka "ciepła" biel, choć
najjaśniejsza z możliwych), wypływające z jednego punktu. Światło było Osobą.
Wszystko wiedziało i promieniowało iewyobrażalną akceptacją i miłością.
W zasadzie to, co było po "eksplozji" Światła, widziałam tylko przez jakby
ułamek sekundy (choć niesłychanie wyraźnie i z wszystkimi szczegółami), bo
natychmiast się obudziłam, całkowicie roztrzęsiona z wrażenia. Czułam, ze
gdybym zostala w tym snie sekunde dluzej, nie wytrzymalabym tego.
Znalazlam utwor, ktory w pewien blady i niedoskonaly sposob moze naswietlac
odrobinke, o co chodzi:
www.warsawautumn.wrzuta.pl/audio/3fV9YOdzJK/tgd_-_modlitwa
Podobienstwo takie, ze muzyka narasta, modlitwa jest modlitwą uwielbienia, a
glosow w tle jest troche (choc w snie byly miliony) i spiewaja niezaleznie od
siebie - kazdy swoje (nie w glosach, jak to jest w chorze), ale tak, ze nie
robi sie kakofonia.
cdn. bo przekraczam