Niedawno był tu mój dość rozpaczliwy wątek dotyczący odejścia męża, wątek jest
już usunięty. A ja muszę się podzielić z gronem ludzi, którzy zrozumieją,
jakże wielkie rzeczy uczynił dla mnie Pan w tym trudnym czasie.
Może moje uzdrowienie nie wygląda tak spektakularnie jak u kogoś kto nagle
wstaje z wózka inwalidzkiego i chodzi, ale myślę, że te kobiety, które też
przeżyły zdradę i porzucenie, uznałyby za rzeczywisty cud to, w jakim teraz
jestem stanie

Zdawało mi się, że zanim mąż się wyprowadził, użyłam wszystkich możliwych
środków, aby uratować to małżeństwo. Teraz wiem, że sięgałam jedynie po
ludzkie środki, a Bogu nie dałam działać.
W momencie kulminacji kryzysu byłam jak ranny oślepiony niedźwiedź atakowany
oszczepem, który chce gryźć i sięgać pazurami, żeby się bronić. Nie
spodziewałam się wcześniej jak wielki ból mogą wywołać takie przejścia.
Wypełniał mnie po brzegi gniew i poczucie krzywdy a musiałam poradzić sobie z
trójką przerażonych i zdruzgotanych dzieci.
I oto wezwana kilka dni po odejściu męża pani psycholog do dzieci okazuje się
równocześnie chrześcijańskim terapeutą rodzinnym. Ona pierwsza mi mówi o
ratowaniu małżeństwa, o postawie jaką powinnam przyjąć. Absolutnie nie
przyjęłam jej słów. Powiedziałam "Tak, tak... wybaczę, wiem że to mój
chrześcijański obowiązek... no to może za kilka lat?"
Chciałam szukać sobie innego mężczyzny w odwecie.
A Zły miał radochę. Chodziłam wówczas na terapię do psychologa, ale to
działało zbyt wolno. Nie mogłam się modlić, taka wściekła i poraniona, ale za
to znajdują się ludzie wokół mnie, którzy uderzają z modlitwą wstawienniczą.
Więc ja robię dla siebie jedyną dobrą rzecz jaką byłam w stanie - wysyłam
prośby o modlitwę wszędzie gdzie się da - do zakonów, wspólnot, w internetowe
skrzynki intencji.
I pewnej niedzieli, to chyba była druga Niedziela Wielkiego Postu
ta blokada, te straszne emocje odpuszczają. Mogę uderzyć do Boga osobiście.
Nagle widzę wszystko w Jego świetle. Swoje błędy też. Idę do spowiedzi,
wszystko mam wybaczone, a w dodatku dostaję niesamowitą łaskę przebaczenia dla
mojego męża. Przebaczenia z góry, bez czekania na jego skruchę czy odmianę.
Znajduję forum Wspólnoty Trudnych Małżeństw Sakramentalnych Sychar, gdzie z
niedowierzaniem obserwuję, jak ludzie zachowują wierność i miłość dla swoich
małżonków przez całe lata po rozstaniu. Tam w końcu mogę przyznać, że kocham
mojego męża. Bo ludzie w moim otoczeniu tego nie rozumieją. Ludzie oczekują,
że jego wybór w jakiś magiczny sposób całkowicie wymazał ze mnie miłość i
zwolnił mnie z przysięgi. Nic z tego. Założyłam z powrotem obrączkę.
Po tym moim nawróceniu, uwierzcie, aż dało się odczuć jak bardzo szatan się
przeraził, że odmawiam współpracy z nim. Zaczął miotać nami podwójnie,
usłyszałam tyle raniących słów, nieraz się we mnie gotowało - to wszystko
żebym się zniechęciła, poddała, odpowiedziała złem na zło. Dałam mężowi do
zrozumienia, że przepraszam za swoją część, że wybaczam i kocham. Dostałam
odpowiedź, że on chce łatwego rozwodu i zaczyna nowe piękne życie. Czasem
wpadałam w rozpacz - ale na 5 minut, po czym wstawałam i robiłam dalej to co
zaproponował Bóg. Wiem że jeszcze wiele, baaaaardzo wiele takich chwil próby
przede mną.
Przyszła Wielkanoc, Niedziela Miłosierdzia, żałoba narodowa - moje modlitwy na
pozór nie skutkowały, sytuacja zewnętrzna nie zmieniła się ani o włos. Więc
Bóg podarował więcej cierpliwości niż kiedykolwiek u siebie - niecierpliwej,
wymagającej bym się spodziewała. Bo ja Mu po raz pierwszy od wielu wielu lat
powiedziałam szczerze i z serca - "Tak. Tak na wszystko co zechcesz Boże".
Pojechałam na 3-dniowe rekolekcje wspólnoty Sychar. Ile tam było Ducha! Było
też nabożeństwo o uzdrowienie i powoli jak przyglądam się moim ranom, to widzę
tylko blizny. Nic nie krwawi. A to były takie głębokie rany poczucia
niższości, poczucia odrzucenia, zaprzeczenia mojej wartości. Minęły zaledwie 3
miesiące odkąd zostałam sama.
Moja wiara w ostatnich latach była bardzo "letnia". Sycharowicze uczą że
kryzys jest "po coś" a nie tylko "dlaczegoś". Widzę więc że mnie Pan musiał
strącić gdzieś w solidną przepaść, żeby mnie obudzić, ale bardzo prędko mnie
wyciągnął, bo zdaje się, że mnie niezmiernie kocha

.
Oczywiście po ludzku martwię się i troszczę. Zwłaszcza o moje dzieci, ich
przyszłość, wychowanie i ich zranienia. Jeszcze muszę się wiele nauczyć jak
pomagać moim dzieciom w takich niewyobrażalnie trudnych chwilach. Dziękuję
moim rodzicom, że nigdy nie postawili mnie i brata w takiej dramatycznej
sytuacji jak my troje naszych ukochanych dzieci. Ale dziś w głębi mojego serca
jest wielki pokój i ufność. Myślałam, że będę musiała zapomnieć mojego męża,
wyzbyć się wszelkich uczuć do niego, żeby być jeszcze szczęśliwą. Lecz to z
kolei wydawało mi się niemożliwe, nierealne i straszne.
Tymczasem prawda była inna. Teraz to ja go dopiero kocham. Bo to jest taka
miłość dana od Boga, której nie są w stanie zniszczyć okoliczności zewnętrzne.
Cokolwiek on teraz robi, cokolwiek powie.
Pan Bóg podsunął mi Księgę Ozeasza jako odpowiedź na moje "lamentacje".
Pozwolił bym w ciągu kilku tygodni przeszła z pozycji porzuconej, "nieudanej"
kobiety na pozycję umiłowanej córki Ojca.
Bardzo chcę wytrwać i o to wytrwanie pomódlcie się dla mnie.
I oczywiście dziękuję Wam tu na forum za modlitwę za nas, patrzcie ile
zdziałaliście.