Dodaj do ulubionych

nadopiekunczy rodzice

17.05.04, 19:55
widze trzyletnie dzieciaki szwendajace sie samopas po
podworku.Podworkowego zycia w dzunglii ucza je inne dzieci. (pewna
dziewczynka, ktora mnie bardzo lubi, podeszla do mnie i
oswiadczyla "Wie pani, ze jestem lesbijka ?" . Na szczescie na
poczatek zapytalamm ja, co to znaczy). Duze miasto. Ogrodzone osiedle.
Nikt nie mowi "nie bij", "nie zabieraj"... Czasem widze paru
rodzicow, ktorzy chodza ze swoimi do parku, nad stawik, wyjezdzaja do
innych czesci miasta, pokazuja roslinki...
A co Wy o tym myslicie ?
Obserwuj wątek
    • grrrrw Re: nadopiekunczy rodzice 17.05.04, 20:26
      Teraz jakas idiotyczna moda na to "jestem lesbijką" "gejem", na poziomie klasy
      VI i I gimazjum zauwazam.
      Skad to sie bierze ?
      • mader1 Re: nadopiekunczy rodzice 17.05.04, 21:30
        Tego problemu nie znam, na szczescie. Ta dziewuszka ma 6 lat. Jak
        ja zapytalam, co znaczy wg. niej lesbijka ,powiedziala : " To taka
        dziewczyna , ktora lubi sie stroic" smile))) Oczywiscie powiedzialam jej,
        jak sie taka dziewczyna nazywa wink I zapytalam, kto nauczyl ja tego
        slowa. No ktozby ? Kolezanki.
    • fumag Re: nadopiekunczy rodzice 17.05.04, 22:39
      My mieszkamy na takim osiedlu,gdzie rodzice uważają,że jak dziecko nauczyło się
      chodzić no to fru z domu,niech nie przeszkadzawink
      Ja ze swoimi wychodzę-nieżle to wygląda-troje uczepionych "pełnego"wózka.I
      niosę "kaganek oświaty"do tych co samopas.Np.zdziwione dowiadują się,że można
      Dzień dobry mówić sąsiadom...Ogólnie jesteśmy towarzyscy więc czasem to się za
      nami taki sznur dzieci ciągnie.Na spacerach podziwiamy przyrodę,bawimy się na
      placu itd.Kiedyś tłumaczyłam swoim dzieciom żeby nie zabijały biednych mrówek -
      podwórkowe dzieciaki b.się tym zdziwilysmile
      Takie dzieci bez opieki są dużo bardziej sprytne i zaradne-muszą sobie radzić
      same np.ze starszymi kolegami-prawdziwa walka o byt.
      Ale mi smutno kiedy widzę je z okna-ciągle takie samotne.
      Zaznaczam jednak,ze nie czuję się matką nadopiekuńczą-już raczej mój mążwink
      • mader1 Re: nadopiekunczy rodzice 17.05.04, 23:08
        Smieszne,ale mnie tez te dzieciaki lubia smile Oczywiscie dorastajacy
        chlopcy lubia mnie troche dlatego, ze mam ladna dorastajaca corke smile
        Zauwazylam, ze takie "bycie" z dziecmi dziala troche mobilizujaco na
        rodzicow. Tylko troche, ale zawsze...
        Jedna dziewczyneczka chodzi ciagle za mna i moim synkiem i slucha, jak
        do niego mowie, tlumacze mu i stwierdza " moja mama tez tak mowi do
        mnie... moja mama tez tak mi pokazuje". Zal mi jej. Po drodze sobie
        gadamy, czasem biore ksiazeczke, to sobie czytamy...
        • alex05012000 Re: nadopiekunczy rodzice 18.05.04, 10:06
          Olka ma 4 lata i kilka miesięcy, nie czuję sie nadopiekuńczą matką, ale nie
          wyobrażam sobie abym mogła ją samą gdziekolwiek puścić!!! na spacerze jesteśmy
          razem i w ramach parku np. ma swobodę, wchodzi sobie na drabinki, bawi sie z
          dziećmi, biega gdzie chce itd. radzi jak umie, ale ja zawsze jestem obok, na
          ławce czy gdzie tam ... i mam oko. i na pewno jeszcze będę miała oko przez
          kilka następnych lat, i wcale nie uważam, że to nadopiekunczość, to po prostu
          zdrowy rozsądek! i w pierwszych latach szkoły będzie sie ją zaprowadzać i
          przyprowadzać do/z szkoły. po pierwsze niedowierzam dziecięcej głowie, a po
          drugie czasy są okropne i niestety trzeba roztoczyć nieco więcej opieki nad
          dziećmi niż może kiedyś. myślę, ze właściwie sprawowana i wytłumaczona dziecku
          opieka nie będzie odbierana jako nadopiekuńczość i zabieranie swobody.... -
          pozdrawiam - maria
    • anek.anek Re: nadopiekunczy rodzice 18.05.04, 09:58
      w sumie nie wiem czego wątek dotyczy, bo problem nakreśliłaś bardzo szeroki.
      Mój "niemąż' wraca z reguły bardzo późno z pracy. Wczoraj też był ok 22.30.
      Wszedł do domu i piersze o co zapytał, to która godzina, bo był zdziwiony, że
      na naszym podwórku toczyło się "życie towarzyskie" a towarzystwo składało się z
      naszych sąsiadów,z których najstarszy ma lat, uwaga: 11!!! Ale nie są
      uciązliwi, nie piją piwka i nie palą petów - a przynajmniej robią to tak, że
      nie widać. Mimo wszystko dla mnie chore żeby taki "smarkacz" był puszczany
      samopas i to o takiej porze. Jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju "uświadamianie"
      przez kolegów, koleżanki, to żadna opieka rodziców tego nie zmieni. I dobrze.
      To naturalny etap rozwoju. Dorośli jednak są od tego żeby dzieckiem nadal
      kierować i tłumaczyć. Tak jak ty zrobiłaś to w przypadku tej dziewczynki.
      • mader1 Re: nadopiekunczy rodzice 18.05.04, 10:21
        a tak sobie ogolnie gadamy o tym wychowaniu smile))
    • marzek2 Re: nadopiekunczy rodzice 18.05.04, 10:04
      Ja zauważyłam, że dzieci ogromnie lubią, kiedy traktuje się je po prostu
      normalnie, kiedy się z nimi uprzejmie rozmawia i wyraża zainteresowanie. Kiedy
      na placu zabaw podchodzi do mnie jakiś brzdąc i zaczyna rozmowę (ach ta
      dziecięca odwaga, tego mi właśnie brakuje), uśmiecham się i słucham.

      A co do trudniejszych dzieci (tych samopas i walczących o byt np w piaskownicy)
      sama musiałam nauczyć się nie stosować zasady "przepraszam, że żyję" i czasem po
      prostu mówię: "tego nie wolno" "tak się nie robi" itp. Ale przyznaję, że czasem
      słuchając komentarzy babć, cioć itp - po prostu mnie trafia, Ci ludzie naprawdę
      chyba nie zdaję sobie sprawy z tego, co sieją w umysłach swoich podopiecznych.

      Jasne, że to slogan, ale sami sobie wychowujemy naszą "przyszłość" w Polsce.
      Tylko, że wydaje mi się, że rodzice naprawdę starający się wychować swoje dzieci
      są niestety w mniejszości, tak dużo ludzi pozostawia sprawy swojemu biegowi i
      potem się dziwią...
    • mader1 Re:a jak myslicie 18.05.04, 10:26
      jak to jest, jak ich jest dwoje, troje ? Wyglada to jakos inaczej.
      Moja 6- latka wychodzila juz z 12-latka. Wprawdzie nie ogolnie na
      podworko, tylko z jakimis konkretnymi kolezankami, albo na rolki, na
      rower itd.
      Natomiast niedawno pewna mloda mama zdziwila sie, ze moja 14-letnia
      corka chce ze mna chodzic na spacery, do sklepu... Szczeka mi opadla smile
      • marzek2 Re:a jak myslicie 18.05.04, 10:33
        Ja myślę, że rozsądna 12 latka jest juz w stanie zająć się siostrą, zwłaszcza,
        że nie wychodzą "ogólnie" tylko w jakimś konkretnym celu. Choć to oczywiście
        zależy, najlepsza jest Twoja ocena odpowiedzialności dziecka w tym wieku,
        zapewne i z tym bywa różnie u różnych dzieci. Ja na razie mam to przed sobą,
        nawet nie myślę jeszcze o czasie, kiedy małe pójdą same, na dzień dzisiejszy
        wydaje mi się, że im później tym lepiej.
    • anek.anek No, to jesli "tak ogólnie"... 18.05.04, 11:29
      To dorzucę swoje trzy grosze. Problem mam taki: mamy sąsiadów z ok 13-14 letnim
      synem. chłopak fajny, a przynajmniej grzeczny, zawsze pomoże mi wnieść zakupy,
      powie dzieńdobry, pożartuje z moim niespełna 3 letnim synkiem.
      Rodziców znam tylko na "dzieńdobry" nawet nie wiem jak się nazywają.
      Średnio raz w tygodniu w domu wybucha awantura: słychać tylko rodziców, którzy
      wyzywają swojego nastolatka od "durni" , " idiotów" itd. z tych kłótni można
      wywnoskować, że chodzi o naukę, wagary.
      Młody faktycznie czasem wagaruje, bo widzę go w ciągniu dnia jak wraca do domu
      a póxniej siedzi sobie na balkonie, pali papierosy i śłucha muzyki, czasem z
      kumplami.
      Ale mi chodzi o te kłótnie. Nie wtrącam się, nie mam w sumie prawa, ale sere mi
      się ściska jak oni tak na niego wrzeszczą zamiast porozmawiać. Zbuntowany
      nastolatek? ok, ale są granice rodzicielskiej władzy - wyzwiska już są dla mnie
      poza nią. Młody chyba wie, że to wszystko słychać, bo zawsze następnego dnia
      mam wrażenie, że jest mu głupio i to "dzieńdobry" mówi nie patrząc mi w oczy.
      Mi też jest głupio bo jestem mimowolnym świadkiem czegoś intymnego i w sumie
      bardzo upokarzającego, dlatego nie chcę z chłopakiem w ogóle poruszać tego
      tematu. Rozumiem wszystko: zniecierpliwienie rodziców, stresy, dużo pracy itd.
      Ale jak słyszę "ty durniu", to robi mi się tak jakoś... A wiem też, że taki
      pogardliwy stosunek rodziców do niczego nie prowadzi, chyba tylko do złego.
      No i co, wtrącać się zupełnie obcym ludziom do wychowania, czy nie? Wymyśliłam
      sobie, że może dowiem się gdzie młody chodzi do szkoły i porozmawiam z
      wychoawcą - może on/ona znajdzie sposób na bezmyślnie atakujących rodziców. nie
      mówię, że bez powodu, pewnie nie... Rodzina generalnie w miarę spokojna - nie
      piją, nie awanturują poza głośnym wyszydzaniem syna - w tym na pewno są
      zgodni...
      • mader1 Re: No, to jesli "tak ogólnie"... 18.05.04, 11:59

        To chyba bardzo trudna sytuacja, bo prawdopodobniej trzebaby mu poswiecic
        wiecej czasu, po prostu wiecej czasu, a pewnie tego akurat nie maja.
        Z drugiej strony zalezy im na synu, sa bezsilni, moze czasem on
        zachowuje sie prowokujaco czy olewajaco, ich ponosi... A pewnie
        chodzi o ten glupi czas sad((
        A czy mozesz sprowokowac taka luzna rozmowe z mama czy tata ? Jezeli
        tak, to moze warto zastosowac prowokacje " panstwa syn jest w
        trudnym wieku, prawda ? ciezko musi byc..." Od slowa, do slowa
        ludzie mowia o tym, co ich boli. A chyba boli ich to, ze daja sie
        sprowokowac i wyzywaja syna ? I wtedy moze podpowiesz cos, bedzie
        okazja powiedziec ze slyszysz...
        Z drugiej strony moze sie zawstydza, a moze beda swoje sprawy
        zalatwiac ciszej sad
        Przyznam sie, ze tez czasem krzycze na dzieci - te duze.
        Szczegolnie, jak robia cos ktorys raz, pomimo ustalen. Sasiedzi pewnie
        to slysza. Ale nigdy nie chce ich ponizyc. Nie chce, ale jak one
        to odczuwaja ?
    • mamalgosia wagary 18.05.04, 13:40
      Trochę chyba nie na temat, ale pojawiło się w ostatnich postach, więc wtrącam
      się.
      Z tymi wagarami to jakaś plaga. Sama mam dziecko zbyt małe, zeby mnie to
      osobiście dotyczyło, ale pracuję w szkole. Wagary nie są jakimś wybrykiem,
      tylko normalną rzeczą. Szokuje mnie to. Przed naszą erą - czyli gdy ja
      chodziłam do szkoły- z lekcji uciekały jakieś olewusy, nieuki lub ogólnie
      margines. Teraz nieliczne osoby nie wagarują. Pzrykład: mam lekcję przed
      językiem polskim, na którym ma być sprawdzian. Jedna z dziewcząt pyta (głośno,
      któż by sie krępował moją obecnością): KTO IDZIE NA POLSKI?
      Rozumiecie? Nie: Kto ucieka? Tylko : kto idzie.
      Zgłosiło się kilka osób, a reszta wychodzi ze szkoły.
      Na jedną lekcję się idzie, na inną nie, potem znowu się wraca do szkoły. I
      robią to czasem bardzo dobrzy uczniowie.
      • anek.anek Re: wagary 18.05.04, 14:19
        No to ja byłam jakimś wyjątkiem. Na lekcje normalnie rzaadko zaglądałam, ale
        zawsze przychodziłam na klasówki. Po prostu szkoła jako taka, system nauczania
        i niestety nauczyciele byli tak nudni, że aż strach. Nie potrafiłam tego w
        cielęcym wieku zrozumieć, dlaczego nie mogę uczyć się sama w domu. tym
        bardziej, że oceny z tych klasówkach miałam dobre - i było to moją, a nie
        nauczycieli zasługą. Ba! śmiem nawet twierdić, że dzięki temu nauczyłam się o
        wiele więcej, czyli nauczyłam sięSAMODZIELNEGO myślenia. Nie miałam wstrętu do
        nauki, tylko do szkoły. Samodzielne poszukiwanie wiedzy było frajdą.
        Oczywiście pomimo dobrych ocen i tak się na mnie zemściła moja szczenięcość, bo
        wtedy był przepis mówiący o tym, że powyżej iluś tam procent nieobecności
        dziecko jest nieklasyfikowane. No i tak sięstało, a maturę musiałam w związku z
        tym zdawać eksternistycznie (bo do innego liceum z tylkoma nieobecnosciami
        przyjąć mnie nie chcieli, a licea wieczorowe to wogóle jakaś paranoja naukowa).
        Od strony wychowawczej: od rodziców usłyszałam, że ponoszę konsekwencje
        własnych czynów, ale nigdy nie zrobili mi awantury. Po prostu mieli świadomość,
        że kłótnia niczego nie zmieni. Bo naprawdę rodzice mogą okazać się bezradni w
        takiej sytuacji. Jeśli szkoła nie będzie ciekawa dla dziecka, to nie będzie
        chciało do niej chodzić. zresztą temat szkolnictwa to naprawdę temat na osobny
        dział na forum. Podobał mi się "raport" w ostatniej Polityce...
        • mamalgosia Re: wagary 18.05.04, 14:23
          mimo wszystko jednak istnieje coś takiego jak obowiązek szkolny
          • anek.anek Re: wagary 18.05.04, 14:48
            Zgadzam się w pełni. Ale tylko do pewnego wieku... Napisałam o sobie żeby
            poprzeć przykładem, że za wagarami po prostu idzie w większości przypadków
            nuda, rutyna, nijak przystający do otaczającej nas rzeczywistości program itd.
            Ale oczywiście sąteż przypadki inne. Dzieciakom nie chce się uczyć-, bojąsię
            chodzić na klasówki. Normalne, tyle, że w pewnym wieku rodzice nie będą już
            mieli na to wpływu - większa rolę możę odegrać szkoła. Ja byłam upartym osłem i
            chociaż tata mi pomagał w nauce, chociaż prosił, rozmawiał, wykłdał argumenty
            za - nic nie pomagało. Do pewnego wieku nie myśli się powaznie o konsekwencjach
            swoich wyborów. Owszem, możęsz uznać racje, możesz się zgadzać z argumentami,
            ale tak naprawdę jako nastolatek nie potrafisz wybiegać myślami dalej niż kilka
            lat wprzód. A nawet jeśli, to z reguły w tym wieku pojawia się niesamowity
            optymizm (i niby dobrze) i wiara, że jakoś to będzie, Nie tak, to inaczej.
            Przymus chozenia do szkoły, pod groźbą awantury z rodzicami nie ma sensu.
            Niestety szkoła boryka się z wieloma problemami i nauczycielom nie chce się,
            nie mają czasu na naprawdę indywidualne podejście do ucznia. Ja zawsze
            żałowałam, żę średnia szkoła w Polsce nie wygląda trochę ja kstudia: masz kilka
            przedmiotów obowiązkowych z ogólnym programem, a do tego dobierasz sobie sam
            przedmioty, które szczególnie cię interesują. No, ale my mamy model kształcenia
            ogólnego - nasza "chluba", a po liceum dzieciaki tak naprawdę nic nie wiedzą,
            albo wiedzą wiele rzeczy niepotrzebnych, nie potrafią samodzielnie my śleć, nie
            potrafiąsamodzielnie zdobywać wiedzy = nie potrafią studiować.
            Uczniów, którzy notorycznie zwiewają z lekcji trzeba ukarać. Ale kara powinna
            być jasno określona (a choćby takie nieklasyfikowanie) i naprawdę bez wyjątków
            egzekwowana.Taka kara to dobry straszak na tych, którym naprawdę się nie chce.
            Bo dzieci, które naprawdę mają problemy z nauką powinny być dodatkowo wspierane
            przez nauczycieli.
            Wiem, że może istnieć szkoła z prawdziwego zdarzenia. Ja taką pamiętam - ale to
            była jescze moja podstawówka. W przedostatnim roku nastąpiła częściowa wymiana
            kadry. Przyszli nauczyciele młodzi, z pasją w oczach. Połowa mojego rocznika
            startowała w przynajmniej trzech olimpiadach - fakt nie było specjalnych
            efektów, ale chodziło o to, że rozbudzili swoją pasję nasze chęci. W przeciągu
            roku powstało pięć kółek tematycznych - na prośbę uczniów! To było coś
            niesamowitego. A póxniej w liceum przeżyłam szok. I wiem, że nauczycielom nikt
            nie płaci należycie, że nie majączasu itd. ale jednak nadal uważam, że główny
            cieżąr odpowiedzialności za wagary spada na szkołę. Wybacz mamalgosiu, mam
            nadzieję, że nie czujesz się tym dotknięta.
            to fajny temat, ale strasznie szeroki. i trudny, bo chciałoby się znaleźć
            rozwiązanie, a jakoś nikt nie ma pomysłu.
        • alex05012000 Re: do anek.anek 18.05.04, 14:52
          anek pisze: ... Bo naprawdę rodzice mogą okazać się bezradni w
          takiej sytuacji. Jeśli szkoła nie będzie ciekawa dla dziecka, to nie będzie
          chciało do niej chodzić.... - trochę przerażająca taka perspektywa, hę? tym
          tropem idąc jeśli praca nie jest ciekawa należy pewnie ją rzucić ... nie
          wszystko w życiu jest/musi być ciekawe a jednak musimy np. chodzić do szkoły,
          do pracy, sprzątać, gotować, zmywać itd., wydaje mi się, że im wcześniej
          uświadomimy dzieciom konieczności życia tym lepiej .... i lepiej żeby rodzice
          nie byli bezradni w takiej sytuacji...
          a o czym był raport w Polityce? - maria
          • nulleczka Re: nadopiekuńczość 18.05.04, 16:01
            Jeśli o0 mnie3 chodzi, to chyba osiągnęłam szczyty nadopiekuńczości, bo od roku
            intensywnie myślę o założeniu szkoły chrześcijańskiej u nas w mieście (głównym
            bodźcem tego zapędu są oczywiście moje dzieci). Zależy mi na dobrym wychowaniu
            ich, żeby uczyły się w bezpiecznej dobrej szkole, gdzie respektowane by były
            zasady ewangelii, a niczego takiego w promieniu 30 km od naszego bloku nie
            uswiadczysz. Mieszkam na Śląsku od niedawna, uczyłam tu w dwóch szkołach i włos
            mi sie na głowie jeży - boje się, że moje dzieci padną ofiara chamstwa i
            przemocy, wobec którego często nawet nauczyciele sa bezradni. no, chyba
            świrnięta jestem. Ale tak juz mam.
            A tak poza tym to marze sobie, żeby moje dzieci w wieku 14 lat chciały chodzic
            ze mna na spacery. Jestem pełna uznania dla Ciebie, mader.
            • darcia73 Re: nadopiekuńczość 21.05.04, 10:11
              nulleczka napisała:

              > Jeśli o0 mnie3 chodzi, to chyba osiągnęłam szczyty nadopiekuńczości, bo od
              roku
              >
              > intensywnie myślę o założeniu szkoły chrześcijańskiej u nas w mieście
              (głównym
              > bodźcem tego zapędu są oczywiście moje dzieci). Zależy mi na dobrym
              wychowaniu
              > ich, żeby uczyły się w bezpiecznej dobrej szkole, gdzie respektowane by były
              > zasady ewangelii, a niczego takiego w promieniu 30 km od naszego bloku nie
              > uswiadczysz. Mieszkam na Śląsku od niedawna, uczyłam tu w dwóch szkołach i
              włos
              >
              > mi sie na głowie jeży - boje się, że moje dzieci padną ofiara chamstwa i
              > przemocy, wobec którego często nawet nauczyciele sa bezradni. no, chyba
              > świrnięta jestem. Ale tak juz mam.

              Mieszkam w Białymstoku. Dziwne miasto, jeżlei chodzi o stronę duchową.
              Chciałabym, aby jakas białostocka nulleczka pomyslała o załozeniu prawdziwie
              chrzescijanskiej szkoły (a moze i przedszkola). Byłabym pierwszą chetną,
              oczywiście w ramach mozliwości finansowych.

              Ja również jak widze, co sie dzieje na podwórku typowego blokowiska, jestem
              przerazona. A z drugiej strony, boje sie, ze moj synek, kiedy wąłsnie wejdzie w
              wiek szkolny, nie mając typowo podwórkowego doswiadczenia, będzie małąo zaradny
              w konaktach z rówieśnikami. Na razie ma prawie 2,5 roku i od wrzesnia idzie do
              przedszkola. Na dniach otawartych było tak,z e on dzielił sie zabawkami z
              innymi dziecmi, kiedy chciał od kogos pozyczyc zabawke nosił cos na zamiane i
              był strasznie zdziwiony, ze inne dzieci zabieraja wszystkie zabawki do siebie,
              nawet sie nimi nie bawiąc i nie chca dzielic sie z pozostałymi. Mnie zdziwiła
              postawa rodziców, którzy nie interweniowali w takim przypadku. Moze źle ucze
              swoje dziecko? Moze powinien być bardziej przebojowy? Zobaczymy, jak sobie da
              rade w tym przedszkolu. Mam nadzieje, ze nie stanie się małym wredotą.
              • mader1 Re: nadopiekuńczość 21.05.04, 10:34
                Dobrze uczysz! Ja tez tak ucze. Dla nas wazne jest zbawienie naszych
                dzieci.Niech inni sie wstydza.
                Ja mialam ostatnio b. przykra sytuacje. Wlasnie w szkole, choc
                chrzescijanskiej. Czasem niektore ( przyznam, ze rzadko w tej szkole) dzieci
                to, ze moje jest grzeczne odbieraja w ten sposob, ze mozna zrobic mu wszystko.
                I dziewczyna ze szkoly mojej corki ( taka wlasnie przebojowa, choc nie
                najmadrzejsza) uwazala, ze jezeli bedzie ja wyzywala, kpila z niej - a moja
                corka nie robi tego samego, to bedzie fajnie. Znalazla sobie taki odgromnik ! I
                bardzo sie zdziwila, jak moja corka jej to uniemozliwila. Skutecznie, choc nie
                uzywajac takich metod ! Rodzice tej dziewczynki poczuli sie urazeni !
                Zreszta, ja w zyciu doroslym co jakis czas tez spotykam sie z takimi
                sytuacjami, kiedy musze pokazac swoje granice.
                Musisz pokazac synkowi, ze nie musi oddawac zabawek, ktore mu sa potrzebne.
                Mozesz wziac pacynke i nia mowic - to osmiela dzieci, jest uzywane przez
                psychologow. I wtedy bierzecie klocki, dwa ludziki i bawicie sie w sytuacje w
                piaskownicy. Jeden ludzik podchodzi, chce zabrac , natomiast drugi mowi " Nie
                moge ci teraz tego oddac, bawie sie, jest mi to potrzebne". Potem ludzikiem
                odmawiajacym jest Twoj syn. To,ze nie zabiera, nie znaczy , ze musi dac sobie
                zabrac.
                Pozdr.
          • anek.anek Re: do anek.anek 20.05.04, 12:44
            Alex, w kolejnym poście napisałam, że obowiązek i konsekwencje nie wywiązywania
            się z niego jest bardzo trudno nastolatkowi przekazać. Mam okazję obserwować w
            rodzinie kilku nastolatków. Owszem, zgadzają się, niby wiedzą "że uczyć się
            trzeba" itd. ale i tak podświadomie chyba nadal myślą tak jak ja kiedyś: jakoś
            to będzie. A czy myślą o tym jak będzie i jakie będą konsekwencje za 10 lat
            błędów młodości? Nie! Nawet jeśli mają teoretyczną wiedzę, to nie czują tego po
            prostu.
            Rodzice: chyba jest tak, że w wieku nastoletnim dziecka, rodzice zbierają już
            tylko żniwo poprzednich lat.
            Szkoła: bo\iorąc pod uwage, że szkoła publiczna ze swoim programem nie
            interesuje większości uczniów od strony naukowej,i że to się w najbliżyszm
            czasie nie zmieni, to jestem przynajmniej za modelem uwzględniającym
            konsekwentość. Nie chodzisz do szkoły: rodzice wzywani, a ty jesteś
            nieklasyfikowany. I żadne prośby rodziców czy dziecka, że się poprawi nie
            powinny mieć wpływu na decyzję rady pedagogicznej. Bo uważam, że mniejszą
            szkodę się dziecku wyrządzi jeśli będzie rok dłużej musiało do niej chodzić (z
            powodu własnej głupoty), niż wychowywanie w poczuciu bezkarności i braku
            konsekwencji własnych czynów.
            Raport w Polityce dotyczył polskiego szkolnictwa. Może nie był idealny, ale
            chyba oddawła rzeczywistość. Szkoła: nudna, program przeładowany, na testach ze
            zrozumienia tekstu polskie dzieci wypadają fatalnie (=nieumiejętność programu,
            nauczycieli???), program nieprzystający do rzeczywistości (przykład podany: na
            lekcjach biologi ważniejszy jest pantofelek i ilość "rzęsek" u jakiś
            pierwotniaków niż łańcuch DNA), zajmujemy chybaa 2. w Europie miejsce pod
            wzglęem ilości udzielanych korepetycji (co moim zdaniem w zdrowej szkole
            powinno być sporadyczne i powinno dotyczyć uczniów, którzy mają rzeczywisty
            problem z nauką) - to powoduje, że dzieciakom się nie chce. Może i mogłoby się
            chcieć, tylko, że niestety ani rodzicom ani nauczycielom się nie chce.
    • mader1 "tak ogolnie" to jest tak... 18.05.04, 18:53
      Jak jest zz poczatku, jak rodzi sie maly dzidzius, kazdy wie. Potem ma
      3 latka, idzie do przedszkola.Troche stresu, adaptacji i jest wzzgledny
      spokoj. Potem idzie do szkoly. I klasa - z jednym trzeba wiecej
      pocwiczyc matme, z drugim pisanie czy czytanie, albo lepienie. Czasem
      problemy towaarzyskie, wiec trzeba i temu zaradzic. Jak dziecko w miare
      zdolne i zgodne to z czasem jego problemy sa dobrze rozpoznane, rodzice
      wiedza , co robic, ono robi postepy. I wtedy, gdy rodzice mysla, ze
      juz wszystko za nimi, teraz to sobie poszaleja i odpoczna, dziecko
      samo maszeruje na zajecia dodatkowe, do szkoly, nagle.... Zaczyna sie
      na nowo. Wagary, problemy, urazona duma, milosci, zerwane przyjaznie. I
      czesto rodzice sie buntuja. Uwazaja, ze cos z tym dzieciakiem nie tak - a
      zwlaszcza jak juz wczesniej sprawial klopoty.
      Anek. - tak sobie mysle, te wychowawczynie sa czasem takie bezmyslne...(
      przepraszam te, ktore sa O.K., bardzo) Moze od razu do psychologa szkolnego
      i juz ? Albo pedagoga ?
      • anek.anek Re: "tak ogolnie" to jest tak... 20.05.04, 12:45
        Masz rację, pójdę do psychologa szkolnego (jeśli takowy w tej szkole jest, bo
        teraz też bywa chyba różnie...). Dziękuję.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka