Dodaj do ulubionych

Gość w dom, Bóg w dom...

17.07.06, 10:04
Jadę się gościć smile)))
Pamiętam taką sytucję... Do moich przyjaciół przyjechali goście. Z dziećmi.
Znali się wszyscy dość dobrze. Po wielu dniach gospodyni - dziewczyna trafiła
do mnie. Wzrok miała mętny, podwyższoną temperaturę i na pytania o stan
zdrowia przebąkiwała cos o dziwnym przeziębieniu... Ogrzana herbatką i
usadowiona w fotelu zaczęła mówić... komplenie niewyspana, już myslała o
zakupach, daniach, sprzątnięciu kuchni i zorganizowaniu czasu... Po zaleconym
przeze mnie dwudniowym odpoczynku i snie objawy chorobowe minęły " jak ręką
odjął".
Jak to jest, że niektórzy goście są szalenie sympatyczni i czeka sie na nich
z utęsknieniem, inni przewracają zycie i dom...
Obserwuj wątek
    • rycerzowa Re: Gość w dom, Bóg w dom... 17.07.06, 16:52
      Bo gość jak ryba - na trzeci dzień zaczyna nieładnie pachnieć....
      • mamalgosia Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 10:41
        smile, rycerzowa, jestem Twoją fankąsmile, choć mi też raz dołożyłaś
    • justyna.ada Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 09:32
      Bo w ogóle są tu dwie kwestie. Jedna to rodzaj gości wink Są tacy, których
      obecność niczego Ci nie burzy, dzieci się świetnie bawią, znajoma pomoże coś
      upichcić, znajdziecie wspólne zajęcia itp., a nie tylko "zabawianie gości".
      Czyli tacy którzy łatwo wpasują sie w nasz model rodziny i nie wywrócą życia
      (no, zależy jak długo się goszczą)
      I są tacy, którym się po godzinie, dwóch ma ochotę powiedzieć "a u Kowalskich
      też byli goście, i już dawno poszli!"

      Natomiast inną kwestią jest podejście gospodarzy. (częściej, ale nie zawsze,
      gospodyń!) Dla jednych przyjazd gości to tylko ustalenie że trzeba kupić coś do
      jedzenia i np. wymyślić dokąd się wybierzemy, poza tym totalna natura, spontan,
      róbta co chceta. Drudzy stoją na baczność przez cały pobyt, pucują dom do
      białości, wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, czytaj: goście to nie
      ludzie tylko oficjalne spotkanie na szczycie.
      No to katastrofa.....
      • alex05012000 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 10:50
        owszem, bardzo lubię gości, na kawę, herbatę, pogadać przy piwie, na kolację
        czy sobotnie popołudnie, robię dwa razy w roku np przyjęcia na kilkanaście lub
        dwadzieścia parę osób - od 18h00 do ... 22h00, goszczę czym chata bogata i w
        ogóle, ale potem goście wracają do siebie ... na palcach jednej ręki policzę te
        osoby, które nie przeszkadzałyby mi gdyby nocowały, np. dzień lub kilka dni...
        na szczęście niezmiernie nieczęsto miewamy takie sytuacje, że ktoś musi
        zanocować... owszem zdaża się na wakacjach, ale tam też niektórych toleruję i
        lubię, a inni po 2 dniach mnie wkurzają,
        mój model: spotkajmy się, pobądźmy razem, a potem każdy w swoją stronę, z
        bardzo bardzo małymi wyjątkami...jak jedna moja kuzynka-przyjaciółka i jedna
        przyjaciółka z 2 dzieci...
        przed przyjściem gości ogarniam dom, ale nie pucuję do białości...potrawy robię
        sama, ciasta też, czasami wspomaga mnie w ciastach mama...
    • mamalgosia Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 10:46
      Ja jestem niegościnna w podwójnym tego słowa znaczeniu. nie przepadam za gośćmi
      w moim domu (są wyjątki, na przykład mam kolezankę, z którą jest lepiej niż bez
      niej, nie robi problemów a jeszcze pomoze) i sama nie lubię do nikogo jeździć
      (bo rozumiem, że nie mówimy tutaj o gościach na popołudniową kawę).
      Tak więc dla mnie to przysłowie jest przykresad
      ale zauważyłam, że ostatnio to co wątek na tym forum, to jest mi przykro.
      Fatalnie, nie ma we mnie ani krztyny dobrasad
      • justyna.ada Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 10:53
        > ale zauważyłam, że ostatnio to co wątek na tym forum, to jest mi przykro.
        > Fatalnie, nie ma we mnie ani krztyny dobrasad
        >
        Oj bo zaczynasz klasyczne wkręcanie wink))))))))))))))))
        Ja tak zaczynam "śpiewać" kiedy chcę powiedzieć "Pogłaskać! Przytulić!"

        A ile razy czytam wypowiedzi super-mam i super-żon, to też się głupio czuję, że
        jestem jakaś wyrodna, dzieci ani męża nie kocham, co chwilę daję
        antyświadectwa, a już na pewno z chrześcijaństwem to za wiele wspólnego nie mam.
        I wtedy ratunkiem są przyjaciele, którzy mówią: jesteś NORMALNA. Chrześcijanin
        TEŻ CZŁOWIEK. A matrycy z kartonu do której mielibyśmy się przykładać (jak
        figurki do zdjęcia gdzie się głowę wkłada) to nikt na szczęście nie wymyślił.
        Tak że się nie przejmuj, wirtualny buziak.

        pozdrawiam
        Wredna Paskuda wink
        • mamalgosia Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 11:42
          justyna.ada napisała:

          > >

          > Ja tak zaczynam "śpiewać" kiedy chcę powiedzieć "Pogłaskać! Przytulić!"
          O, bardzo chętnie. i pogłaskac i przytulić - ale ja niestety tak jęczę zawsze.


          >
          > A ile razy czytam wypowiedzi super-mam i super-żon, to też się głupio czuję,
          że
          >
          > jestem jakaś wyrodna, dzieci ani męża nie kocham, co chwilę daję
          > antyświadectwa, a już na pewno z chrześcijaństwem to za wiele wspólnego nie
          mam

          Justyno, ja już od jakiegoś czasu Twoje maile czytam z wielką przyjemnością i
          napawają mnie chociaż maleńką otuchą


          > .
          > I wtedy ratunkiem są przyjaciele, którzy mówią: jesteś NORMALNA.
          No, takiego przyjaciela to ja nie mam. Mam wspaniałych, ale prawdomównych i
          nikt z nich nie potrafiłby mi powiedzieć w oczy, że jestem normalnasmile



          > Wredna Paskuda wink
          > smile)))), aż mi lepiejsmile
          >
    • agrescik75 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 11:00
      Według mnie to zależy od gościa, czyli od człowieka.
      Jedni przyjeżdżają żeby się ze mną spotkać, pogadać, itp., a gadanie bardzo
      fajnie wychodzi np. przy wspólnym gotowaniu obiadu. Zawsze jak jadę do mojej
      przyjaciółki (albo ona przyjeżdża do mnie) to razem gotujemy 
      Są też niestety goście, którzy przyjeżdżają jak do hotelu – oczekują, że będzie
      się wokół nich latać i podstawiać wszystko pod nos. Kiedyś przyjechała do mnie
      koleżanka z dziećmi. Wiadomo – dzieci jak to dzieci – robiły bałagan: a to coś
      narysowały, a potem podarły i porozrzucały śmieci, a to wywaliły jakieś
      jedzenie na dywan...... Koleżanka nie uważała nawet za stosowne pomóc mi przy
      sprzątaniu (nie mówiąc o tym, że ja w takiej sytuacji zaproponowałabym że sama
      posprzątam).
    • pawlinka Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 11:41
      Jest jeszcze jedno przysłowie - gość w domu, łyżka wody do rosołu. Z
      rozrzewnieniem wspominam te czasu, kiedy ludzie nie umawiali się telefonicznie,
      bo telefonów nie było tak nagminnie i wpadało się do kogoś, ot tak sobie, i
      mama smażyła naleśniki czy dawała chleb z dżememsmile))
    • mama_kasia Re: Gość w dom, Bóg w dom... 18.07.06, 12:18
      Lubię gości w domu, na noc także, ale może dlatego, że mam tylko
      takich gości na dłużej, przy których czuję się swobodnie. Takich,
      którzy razem ze mną gospodarzą. Razem decydujemy, czy i co jemy.
      Razem zagospodarowujemy czas. Są to goście, których nie męczą moje
      dzieci, bo sami mają dzieci równie "męczące" wink Rozumiemy się i lubimy
      i nie boimy się przy sobie pokłócić. Właśnie to jest to. Natomiast,
      gdy przyjeżdża np. teściowa muszę na siebie uważać. Nie chcę pokazać
      moich myśli, odczuć i wtedy taka wizyta jest trudna.
    • kasia_ol1 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 12:04
      śledziłam wątek, ale jakoś nie bardzo miałam co napisać, no i się zmieniło...
      trafili mi się goście na obiad, zupełnie obcy ludzie - znajomość internetowa.
      odkąd przyszli, gadali głównie o jedzeniu, a ponieważ ich nie znam, nie wiem czy
      to były przytyki do mnie, choć w moim odczuciu dobrze ich karmiłam. pierwsza
      wizyta, ale zasiedzieli się - może dobrze się czuli u mnie smile moje dzieci padały
      z nóg, ale musiałam przygotować kolację, więc maluszki czekały sad opróżnili nam
      całą lodówkę, bo wg nich jak się zaprasza gości, to trzeba porządnie nakarmić i
      nie ważne czy zostanie coś na kolację dla dzieci gospodarzy...
      to teraz mi powiedzcie, czy ze mną jest coś nie tak, czy z moimi gośćmi? do tej
      pory miałam skrajnie odmienne doświadczenie "goszczenia" kogoś i się u kogoś.
      żyjemy skromnie i znajomych mamy na podobnym poziomie. jeśli jadę do kolezanki,
      która mieszka ...set kilometrów ode mnie, to na ogół dogadujemy się w temacie
      posiłków, zeby wzajemnie nie obciążać się finansowo, a przynajmniej razem
      przygotowujemy posiłki. jeśli jadę do kogoś pierwszy raz, to jakoś tak głupio mi
      przesiadywać od razu cały dzień i wymagać od gospodarzy nakarmienia. a może
      wychodzi ze mnie wychowanie babci, która bardzo często mówiła mi co wypada, a
      czego nie wink nie spodziewałam sie tylko, ze az tak to we mnie zakorzeni smile))
      • marzek2 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 12:58
        Hmm Kasia, a my właśnie byliśmy w Warszawie na noc też u znajomych forumowych, z
        którymi zgadaliśmy się w dzień naszego wyjazdu nad morze... i siedzieliśmy z
        nimi do późna w nocy na rozmowach...

        Ja zmieniłam nastawienie do gości, dzięki czemu jest ich u nas więcej i
        częściej. Mianowicie (chyba od czasu urodzenia dzieci, ciekawe dlaczego wink
        przestałam się aż tak przejmować, wychodzę z założenia, że najważniejszy jest
        CZAS z ludźmi a nie potrawy, wypucowanie domu. Owszem sprzątam, ale tak samo jak
        co tydzień, a gdy jakaś wizyta wypada nagle, przykrywam kocami to i owo
        (Mamo_Kasiu może pamiętasz pewną "górę" przykrytą kocem w rogu pokojusmile

        Gdy się bardziej stresowałam gośćmi, mniej ich lubiłam mieć w domu. Teraz już
        odpuściłam i staram się, żeby goście czuli się dobrze. I zawsze powtarzam - moje
        mieszkanie jest do mieszkania. Od oglądania to jest w Krakowie dużo muzeów smile)
        • kasia_ol1 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 13:07
          wychodzę z założenia, że najważniejszy jest
          > CZAS z ludźmi a nie potrawy, wypucowanie domu

          o tóż to, Marzenko, dotąd też tak miałam, ale moi nowi goście niemalże przykuli
          mnie łańcuchem do kuchni wink bo najważniejsze jest jedzenie smile)) a rozmowa...
          hmmm... jakieś przechwałki jak to oni dobrze dzieci wychowują, bo mają na to
          patent, a inni się nie znają na niczym sad a zapowiadało sie tak uroczo,
          przynajmniej takie miałam nastawienie. nawet mój mąż był zdegustowany, a starszy
          synek zapytał: "kiedy ci goście już pojadą?" - na szczęście nie słyszeli tego, a
          byłoby mi wstyd...
        • mama_kasia Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 15:03
          A pamiętam, pamiętam smile
          Szczerze Ci powiem, że nas ucieszył taki nieład, jaki zastaliśmy.
          Czuliśmy się swobodnie i nie baliśmy się (aż tak bardzo), że coś nasze
          wszędobylskie dzieci zniszczą wink) Mam nadzieję, że strat nie było.
          Oprócz klucza od wózka, ale to akurat moja wina wink
      • justyna.ada Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 13:03
        1. Z nimi nie tak przede wszystkim bo są ewidentnie źle wychowani, kindersztuby
        rodzice pożałowali. Howgh.

        2. I dlatego właśnie, podkreślić należy, że nie można dawać się "wkręcić" takim
        ludziom. Łatwo powiedzieć... Ale nie można zejść do tego poziomu (jak mówi
        porzekadło: nie zaczynaj dyskusji z idiotą, bo najpierw sprowadzi cię do swego
        poziomu a potem pokona doświadczeniem.)
        Dzieciom trzeba dać jeść. Howgh. Dzieci są na innych prawach. Jak chcą jeść to
        przepraszam szanowne tyłki gości i karmię dzieci. W imie miłości bliźniego!! bo
        należy im się nauka. Błądzących pouczać wink))
        • kasia_ol1 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 13:09
          no to powiem Wam coś jeszcze...
          dałam się "wkręcić" w dwutygodniowe wakacje z nimi, zanim ich poznałam w
          realu... oj, naiwna jestem jak dziecko crying
          • aka21 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 13:34
            Kasiu, a nie możesz się z tego wykręcić! Każdy pretekst będzie dobrywink.

            Jeśli o naszych gości chodzi to ja ich bardzo lubięsmile). Moze dlatego, ze sa
            zwyczajni, zycie w domu toczy sie normalnym (no prawie normalnymsmile) trybem.

            W tym tygodniu gościłam (pod nieobecność męża i dzieci) koleżankę z
            córeczką, "dochodziła" jeszcze druga i usłyszałam wspaniały komplement, ze u
            nas nie czują się intruzami, czuja się swobodnie, bo życie rodzinne sie toczy
            normalnie (przez dwie noce moja rodzina była w komplecie), a one sobie sąsmile) z
            nami. Staram się zawsze ugościć "czym chata bogata" i mieć ten wspomniamy przez
            Marzek, a chyba najważniejszy, czas dla gości, czas na słuchanie na
            rozmowę....teraz tego potrzebowałyśmy bardzo duzosmile
            • utka Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 13:45
              aka21 napisała:
              i usłyszałam wspaniały komplement, ze u
              > nas nie czują się intruzami, czuja się swobodnie,

              smile

              Agnieszka nasi znajomi tez mowia ze lubia u nas przesiadywac, bo sie czuja jak
              u siebie ... tez mnie to niezmiernie cieszy smile
            • kasia_ol1 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 13:54
              moi chłopcy śpią, więc ślęczę w necie i myślę...
              z wyjazdu nie wycofamy się, bo domek zaklepany, a my się zdeklarowaliśmy i nie
              byłoby w porządku zrzucić na tych ludzi całej opłaty.
              Boże, jaki mam niesmak po tym spotkaniu. nawet nie wiem czy są wierzący.
              uznałam, że to nieistotne... a teraz, kiedy sobie przypominam pogaduchy przez
              telefon z Marzenką, Mamą_Kasią, spotkania z Rubeną i Mamry i innymi znajomymi z
              wyboru wink - to widzę, ze jest jednak ważne. spotkania w jednym duchu, jakkolwiek
              to rozumiemy przez małe czy wielkie "d"... spotkania, w czasie których
              najważniejsze jest bycie ze sobą...
              "nie samym chlebem żyje człowiek..." brzmi teraz dla mnie tak dosłownie.
              • justyna.ada Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 14:03
                No dobra, ale przecież nie jest powiedziane że wakacje z nimi maja być
                przechlapane. Tylko juz zostałaś ostrzeżona o ich pewnych cechach i jedź z tą
                świadomością.
                Może spędzanie wolnego czasu w plenerze okaże się fajne! ja bym tego nie
                skreślała.

                Tylko moim zdaniem koniecznie: (a mówię to z doświadczenia)
                a. nie miejcie wspólnej kasy i wspólnej kuchni. Kasy zwłaszcza!! Kuchni też
                jeśli się da, żebyś nie dała się wrobić w robotę za wszystkich. A jeśli wiadomo
                że kuchnia jest wspólna ustalcie na początku że np. zmywacie na zmianę co II
                dzień. I tego się trzymaj do bólu.
                I oczywiście co innego jeśli Wy ich np. zaprosicie (a, bo kupiliśmy ciasto czy
                coś, częstujcie się) - a co innego jeśli po prostu wspólnie jecie posiłki. Zero
                wysługiwania się kim innym. A i jeszcze ważne: jeśli ktoś Cię prosi o pomoc, a
                Ty nie możesz - mówisz, że nie możesz, sorry. Jeśli w tym czasie robisz coś
                pilnie dla własnej rodziny - sorry, nie możesz.
                Ja to tak widzę... Good fences make good neighbours.
                • kasia_ol1 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 14:21
                  dzięki za dobre rady smile chętnie skorzystam.
                  kuchnia miała/ma być wspólna, ale kiedy dowiedział sie o tym mój maż, stanowczo
                  zaprotestował, mówiac, ze "komuna była fajna na studiach, a teraz to inna bajka"
                  wink tyle, że ja im muszę to powiedzieć i tu wychodzi mój problem z brakiem
                  pewności siebie...
                  • aka21 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 14:52
                    Kasiu, a moze im powiesz, ze Wy postanowiliście odpocząć od garów i nie
                    gotujecie obiadów tylko tak na półproduktach, makaronie, no wiesz, tak żeby
                    jedzenia nie było najwazniejszesmile) Coby Pani domu tez odpoczęłasmile. My tak w
                    wakacje robimy i głodem nie przymieramywink
                    I może tak ich trochę na dystans przytrzymać, nie cały czas razem! Tak, zeby
                    wakacje przede wszystkim były dla Was i Waszych dzieci. Mozna (a może nawet
                    trzeba) to powiedzieć wprost na początku. Zobaczysz! wszystko będzie dobrze!
                    Zyczę udanego wypoczynkusmile)
          • utka Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 13:41
            Kasia - szczerze wspolczuje sad a nie da sie tego odkrecic jakos ???

            Ja to nigdy nie pojade w gosci, nawet na popoludnie tylko nie kupujac czegos
            albo dzieciom, albo jakiegos ciasta, lodow, wina ... na deser. Tez zyjemy
            skromie, ale wydaje mi sie ze w obecnych czasach raczej malo komu sie przelewa
            i strasznie glupio mi gdzies jechac z gola reka. Rodzina, wiekszosc znajomym
            zachowuje sie podobnie, choc mam tez takich i co zabawne, z reguly sa to ci,
            ktorzy finansowo stoja calkiem niezle, a potrafia zaprosic mnie na sniadanie,
            podczas ktorego serwuja przeterminowane serki, tosty i dzem z biedronki ...
            powiem Wam, ze bawi mnie to bardzo smile

            Moze jestem dziwna albo niedzisiejsza, ale nie potrafilabym przyjmowac gosci
            przy paczce paluszkow. Jakos tak niezrecznie sie wtedy czuje.

            Kiedys nie bardzo lubilam jak nas odwiedzano, moze dlatego, ze wyemigrowalismy
            dosc daleko z rodzinnego miasta i prawie w kazdy weekend ktos z blizszej lub
            dalszej rodziny lub znajomi mieli cos do zalatwienia w Krakowie i sila rzeczy u
            nas nocowali. Zdarzalo sie tak, ze nie mielismy w miesiacu zadnego wolnego
            weekendu. Tak to byl czas, kiedy na gosci reagowalam wrecz alergicznie. I to
            nawet nie chodzilo o to, zebym ich nie lubila, ale to ja jako gospodarz domu
            chcialam miec wybor odnosnie czasu spotkania a nie byc ciagle stawiana przed
            faktem dokonanym, kiedy oznajmiano mi ze ktos po prostu przyjezdza ...
            Na pewno duzo, duzo bardziej bym sie z takich spotkan cieszyla. Caly problem w
            tym, ze ja w ogole nie jestem asertywna

            Na szczescie te czasy juz za nami.
            Bylo ciezko, ale troche mnie to na gosci uodpornilo. Teraz spotykamy sie z tymi
            z ktorymi naprawde chcemy i jest super. Wspolnie gotujemy, przygotowujemy
            sniadania i kolacje, zmywamy ...
            Generalnie gosci lubie, bardzo smile
    • kasia_ol1 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 15:02
      dziekuję Wam za dobre słowo smile
      wygadałam się i jest mi lepiej. teraz w głowie układam sobie to, co za parę dni
      będę musiała powiedzieć. na odpoczynek od kuchni też wpadłam. podobnie
      zrobiliśmy rok temu, tyle że byliśmy sami i było OK.

      pozdrawiam smile

      Kasia
    • mama_kasia Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 15:13
      Już wyżej pisałam o moich gościach, ale muszę jeszcze coś dodać.
      Nasi najlepsi goście, tacy bardzo oczekiwani, przyjeżdżają do nas co
      roku na mniej więcej tydzień. I naprawdę, mówię szczerze, mogliby
      zostawać jeszcze dłużej. Jest to rodzina z zaprzyjaźnionej wspólnoty.
      Nasze dzieci lubią się, choć młodsze trzylatki mają sprzeczki. My się
      lubimy. Mamy podobne zainteresowania. Nasze rozmowy są szczere i ważne
      lub ...niepoważne.
      My się nie rozliczamy z pieniędzy. My nie mamy wspólnej kasy.
      My po prostu jakoś tam kupujemy, co jest potrzebne do życia. Nie
      umawiamy się. To się dzieje poza nami. Nikt z nikim się nie rozlicza,
      chociaż często żartujemy z pieniędzy i wydatków.
      Przy nich wypoczywam, choć zamieszanie jest spore i zawsze ktoś choruje.
      No, tak jakoś się składa. Jak jedziemy zimą do nich, to też są jakieś
      choroby, choć generalnie często w ciągu roku nas nie nękają.
      To jest wielki dar mieć takich gości - przyjaciół. Jestem przekonana, że takie
      podejście wynika również z naszej i ich wiary, a także z południowo-wschodniego
      ich podejścia do życia i gościnności smile
      ps. Magda, serdecznie pozdrawiam i czekamy smile - (Magda czasami tu zagląda smile
      • utka Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 15:24
        Mamo-Kasiu jako rodowita przemyslanka potwierdzam, to co napisalas o zyciu i
        goscinnosci.

        Rzeczywiscie tacy tam po prostu mieszkaja ludzie smile

        Ciesze sie, ze macie takich wspanialych przyjaciol i tyle cudnych wspomnien
        zwiazanych z tymi wspolnymi spotkaniami smile

        i odmejlowuje sie weekendowo
        • marzek2 Re: Gość w dom, Bóg w dom... 21.07.06, 16:18
          Tak przy okazji - Mamo_kasiu - klucz się ZNALAZŁ!!!

          Tak sobie myślałam, że i tak przy przeprowadzce się znajdzie, ale była w sumie
          taka sama możliwość, że się wtedy zgubi smile

          No i co się stało - otóż ja na śmierć zapomniałam, że ten klucz doczepiłam do
          takiego breloczka niebieskiego... i szukałam małego klucza z drucikowym
          kółeczkiem. Dziś znalazłam ten niebieski breloczek z "jakimś" kluczem i dałam
          Samciowi do zabawy... nagle wchodzi Mika, podnosi ten breloczek i pyta - "mamo,
          a czy to nie jest klucz od wózka" - i wtedy mnie olśniło! Porównałam z kluczem,
          który miałam od męża i eureka, to ten sam. Także się nie martwcie smile
    • mader1 Re: Nie cierpię... 25.07.06, 20:04
      Nie cierpię, naprawdę nie cierpię, gdy gość przychodzi, siedzi dłużej niż by
      wypadało, ale na każdą rozsądną propozycję zagospodarowania czasu ( " Idę robić
      kolację"," Tylko wykąpię małego, zaczekajcie, zaraz będę") protestuje - " nie,
      nie ja JUŻ wychodzę" i siedzi. Uniemożliwia wtedy jakiekolwiek działanie i
      cieszenie się swoją obecnoscią - niby siedzimy i rozmawiamy, a ja kątem oka
      patrzę , jak mi się dziecko pokłada na dywanie i marudzi sad
      • pawlinka Re: Nie cierpię... 25.07.06, 22:52
        To nie jest miłe.
        Podobno na niektórych "zasiedziałych" działa wypowiedziane przez pana albo
        panią domu zdanie: "przepraszam, czy mógłbyś (mogłabyś) się przesunąć? Wiesz,
        tutaj w wersalce mam schowaną pidżamę" i bezpardonowo wyciągamy nocne ubranie.
        Ewentualnie otwieramy szeroko okno, komunikując przy tym: "przed snem zawsze
        wietrzę pokój".
        Podobno działasmile))
        • mader1 Re: Nie cierpię... 25.07.06, 23:04
          no tak smile)) ale to jest zupełnie nieuprzejme. Czasem natomiast konkretnego
          gościa się lubi i chętnie by się jeszcze z nim posiedziało, ale w brzuchu
          burczy czy dzieci wyją ze zmęczenia. Gdyby ów gość pozwolił " uporządkować"
          przestrzeń wokół, mogloby jeszcze być miło, a nawet bardzo miło smile)) a jeżeli "
          już wychodzi" przez 2 godziny przytrzymując nas na krześle, zastanawiamy się
          dwa razy przed następnym spotkaniem sad(((
          I jeszcze... druga grupa, która nic nie chce - " nie dziękuję, nie trzeba..."
          na każdą propzycję ugoszczenia. Pić nie chce, bo już piła, zjeść też nie " bo
          już jadła". Pod hasłem,żeby nie robić kłopotu smile)))))
          • pawlinka Re: Nie cierpię... 26.07.06, 10:39
            No tak, bardzo nieuprzejme, nie wiem, czy ktoś to jest w stanie wprowadzić w
            życie!
            A typy gości, o których piszesz, są rzeczywiście intrygujący.
            Napiszę więcej po powrocie z działki, bo szczerze mówiąc - temat mnie stale
            intryguje!
            • pawlinka Re: Nie cierpię... 26.07.06, 10:46
              Miało być: "A typy gości, o których piszesz, są rzeczywiście irytujące".

          • mama_kasia robienie kłopotu 26.07.06, 11:06
            Mój mąż jest typem gościa pt."żeby nie robić kłopotu" i z reguły
            odmawia wszystkiego, ale on autentycznie nie chce robić kłopotu.
            To żadne krygowanie się. U niego to jest szczere, choć inni tego nie widzą.
            Na szczęście w gości chodzi ze mną, a ja nie odmawiam, jeśli czegoś chcę,
            a ktoś mi proponuje smile)) Tłumaczę mężowi, że biorę słowa ludzi takimi, jakie
            są. Jeśli ktoś mi proponuje picie, a ja mam na nie ochotę, to zakładam
            (czasami niesłusznie, ale to już sprawa gospodarza), że mówi to szczerze
            i kłopotu mu nie sprawiam.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka