mader1
22.04.07, 15:04
Znalazłam w Rzepie ciekawy wywiad. Jest dość długi, jak widać. Nieraz
rozmawialiśmy tu na temat religii w szkole i przedszkolu. Większość
wypowiadająca się na forum, nie była tym rozwiązaniem zachwycona.
Nie wiem, czy udzielający wywiadu jest rodzicem - na pewno jest historykiem.
Mówi o tym, że usunięcie religii ze szkoły jest stosowanym przez państwa
świadomym działaniem.
Rozmowa Piotra Zychowicza z Grzegorzem Kucharczykiem z Instytutu Historii PAN
Wojna dwóch Francji
Od czasu rewolucji francuskiej władze państw europejskich, w przeciwieństwie
do Stanów Zjednoczonych, miały ambicje "wychowywać ludzi do wolności"
Janusz Kapusta
Rz: Ponad ćwierć wieku temu Jan Paweł II pytał podczas mszy na podparyskim
lotnisku Le Bourget: "Francjo, córko Kościoła (...) czy jesteś wierną
przymierzu z odwieczną Mądrością?". Dziś to pytanie wydaje się chyba
retoryczne?
Grzegorz Kucharczyk: Obawiam się, że było już retoryczne, gdy Ojciec Święty
je zadawał. Nie ma wątpliwości, że w kontekście laicyzacji, planowego
usunięcia chrześcijaństwa ze sfery publicznej, Francja dzierży w Europie
palmę pierwszeństwa. Gdy mówimy o Janie Pawle II i Francji, warto przypomnieć
o gwałtownych protestach obrońców laickości, do jakich doszło, gdy po śmierci
polskiego papieża prezydent Jacques Chirac kazał opuścić na znak żałoby flagi
narodowe.
Jaka jest geneza takich zjawisk?
Intelektualne korzenie laicyzacji sięgają oświecenia. Już Wolter wzywał do
zniszczenia "tego, co stoi na drodze postępu". Czołowi filozofowie tego
okresu uznawali Kościół za główną przeszkodę dla cywilizacji. Powstałe
wówczas argumenty były powtarzane przez XIX- i XX-wiecznych antyklerykałów.
Karierę robiło pojęcie "wojny dwóch Francji". Według niego Francja dzieliła
się na dwa państwa. Jedno szukające inspiracji w oświeceniu, ludzkim rozumie
i prawach człowieka. Drugie ciemne, zabobonne, zacofane.
Kiedy objawiła się niechęć do katolicyzmu?
Podczas rewolucji. Zgodnie ze słowami jednego z przywódców jakobinów Saint-
Justa "nie ma wolności dla wrogów wolności", katolicyzm był bezwzględnie
niszczony. Rugowano go na rzecz animowanego przez Robespierre'a kultu
Najwyższej Istoty. Ludzi skazywano na gilotynę na przykład za to, że
obchodzili Święto Trzech Króli. Palono kościoły, mordowano duchownych.
Do podobnych incydentów doszło w 1871 roku podczas Komuny Paryskiej.
Rewolucjoniści znowu zabijali ludzi i profanowali kościoły. Na ołtarzach
urządzano parodie liturgii, pluto na hostię, niszczono figury świętych. Na
posiedzeniu klubu rewolucyjnego padł pomysł, żeby księży, którzy znajdowali
się pod władzą Komuny, zebrać w katedrze Notre Dame i wysadzić ją w
powietrze.
Od tego czasu kolejne rządy republikańskie w XIX i na początku XX wieku
rugowały katolicyzm z życia publicznego. Używano chyba jednak mniej
drastycznych metod?
Owszem, ale nie znaczy to, że całkowicie zrezygnowano z przemocy. Na przykład
wkrótce zaczęła się rozpowszechniać ulubiona spiskowa teoria ludzi
oświeconych i liberalnych, czyli teoria spisku jezuitów. Dała ona w 1876 roku
pretekst do rozpoczęcia usuwania zakonów z Francji. Wyłamywano drzwi i
wywlekano modlących się zakonników. W obronie klasztorów stanęły tłumy
mieszkańców. Aby je rozpędzić, sprowadzano wojsko. Dokładnie to samo działo
się w Niemczech, gdzie prowadzono antykatolicką politykę Kulturkampfu.
Francuzi, który bronili swoich kościołów, krzyczeli w stronę interweniującego
wojska: "Niech żyje wolność!". Widzieli bowiem, że to, co robią władze, stoi
w sprzeczności z kanonem ich liberalnych poglądów - swobody stowarzyszeń,
wolności głoszenia swoich poglądów czy praktykowania wiary.
Do lat 70. XIX wieku, gdy ostatecznie zapanował porządek republikański, raz
górą byli katolicy, raz antyklerykałowie. Religia triumfowała, kiedy panował
ustrój monarchistyczny. Antyklerykałowie mieli pole do popisu za republiki.
Dlaczego katolicyzm był tak silnie powiązany z monarchią?
Monarchia była naturalną formą ustrojową we Francji i Kościół po prostu w
niej funkcjonował. Jednak sojusz tronu i ołtarza nie zawsze wyglądał
sielankowo. Królowie byli często skonfliktowani z duchowieństwem.
Republikanie uważali jednak, że Kościół jest podporą monarchii. Dążyli do
obalenia starego ładu, dlatego też uderzali jednocześnie w jego dwa główne
filary. Trzeba pamiętać, że pojęcie republiki było przez jej zwolenników
ideologizowane. Nie rozumiano jej jedynie jako ustrój, ale także jako
określony światopogląd. Mówiono o wartościach, cnotach republikańskich. W tym
kontekście Kościół był po prostu konkurencją.
Francuskich duchownych oskarżano o brak patriotyzmu, służenie "obcemu
mocarstwu" (Watykanowi) i niewystarczającą "francuskość". To, że lewica
używała takich argumentów, może dzisiaj zaskakiwać.
Tak, to paradoks. Obecnie patriotyzm czy nacjonalizm jest raczej
identyfikowany z prawą stroną sceny politycznej. Wówczas - aż do początków XX
wieku, do sprawy Dreyfussa - był domeną lewicy. Odwoływanie się do tradycji
ultrapatriotycznych było jak najbardziej republikańskie. Boga wypierano
przecież na rzecz kultu ojczyzny.
To chyba niejedyne przewartościowanie, jakie się dokonało w obozie lewicy?
Diametralnie zmieniła ona również podejście do kwestii kobiet. Zarówno we
Francji, jak i w Niemczech w XIX wieku jednym ze sztandarowych argumentów
używanych do atakowania Kościoła było to, że ma on za duży wpływ na kobiety.
Te zaś z kolei mają za duży wpływ na mężczyzn i rodziny. Widać to w
ówczesnych alegoriach umieszczanych w prasie liberalnej. Na przykład w
okresie niemieckiego Kulturkampfu w prasie tej takie pojęcia jak postęp i
modernizacja utożsamiano z "cnotami męskimi" (zdecydowanie, samodzielność,
inicjatywa), a Kościół i generalnie ludzi wierzących przedstawiano albo
wprost jako starą, brzydką kobietę, sterowaną przez zacofanego spowiednika,
albo utożsamiano z "cechami kobiecymi" (podatnośćna wpływy, uczuciowość,
niesamodzielność). Można powiedzieć, że XIX-wieczni lewicowcy byli w
awangardzie seksizmu. Republikanie przez wiele lat odmawiali przecież
kobietom prawa głosu w wyborach. Mogły one uczestniczyć w życiu publicznym
tylko przez rozmaite związki parafialne i kościelne.
Zastanawiam się, na ile proces laicyzacji jest nieuchronny.
Nic nie jest nieuchronne. Laicyzacja była splotem rozmaitych procesów,
wydarzeń historycznych i konkretnych decyzji. Nie musiało do niej dojść. Oto
przykład. W 1873 roku monarchiści zdominowali parlament. Wydawałoby się, że
restauracja monarchii jest przypieczętowana. Niestety, kandydat na tron
Henryk hr. Chambord uznał, że nie przyjmie kandydatury, jeżeli nie zostanie
zniesiony rewolucyjny trójkolorowy sztandar. Oczywiście było to niemożliwe i
monarchia ostatecznie stała się przeszłością. Co by się stało, gdyby ten
człowiek podjął inną decyzję? Laicyzacja była polityką państwa, konkretnych
ludzi, nie była więc nieuchronna.
A może, gdyby historia wówczas potoczyła się inaczej, odwlekłoby to tylko
wyrok. W Hiszpanii za rządów Franco doszło do zamrożenia procesów
laicyzacyjnych. Gdy umarł, ruszyły one ze zdwojoną siłą. Może Europa jest
skazana na dechrystianizację?
Oczywiście dechrystianizacja jest zapewne stałym elementem współczesności.
Ale jej kierunek, natężenie i model nie są zdeterminowane. Gdy chodzi o
laicyzację jako element polityki państwa, jest to zawsze świadomy wybór.
Lewica, gdy dochodzi do władzy, bardzo często forsuje głębokie zmiany
cywilizacyjne, z których kolejnym władzom trudno się już wycofać. Dlaczego
podobne zjawisko nie występuje w USA?
To inny świat. Mówi się nawet o amerykańskim modelu rozdziału Kościoła od
państwa. W Stanach Zjednoczonych Kościół i władze świeckie są autonomiczne.
Amerykańskie państwo nigdy nie rościło sobie prawa do narzucania wartości
obcych dużej części społeczeństwa i "oświecania" na