Witam,
Byłam ostatnio na spotkaniu dla narzeczonych (przeprowadzam tam
badania) i słucham katechez z wielką przyjemnością - nawet nie wiem,
czy bardziej one nie przydałyby się młodym małżeństwom niż
narzeczonym, którzy i tak myślą, że będzie fajnie jak w komedii
romantycznej

.
Ksiądz podczas katechezy powiedział, że jeśli ktoś myśli, że modląc
się i chodząc do kościoła zapewnia sobie Zbawienie, to myśli jak
człowiek w średniowieczu. Dzisiejsza teologia mówi, że kochając,
postępując zgodnie ze wskazaniami Jezusa Chrystusa jesteśmy w stanie
zbawić większą ilośc osób. Podał przykład: jeśli mąż wytrzymuje z
wyjątkowo wredną żoną, kocha ją, postępuje w stosunku do niej
kierując się Ewangelią, to swoją postawą może zbawić siebie, ją i
jeszcze swoje dzieci, które to wszystko widzą. I z tego, co
zrozumiałam nie chodziło Księdzu wcale o to, że żona czy dzieci
nawrócą się dzięki tej obserwacji. To zbawienie nastąpi niejako z
automatu, bez udziału tych osób - to siła miłości osoby, która jest
obok nich zadziała.
Ja nie jestem mocna w tych zagadnieniach i dla mnie była to nowość.
Nowość, która mnie uradowała, bo mam w otoczeniu wiele osób
niewierzących

I była to nowość, która mnie zmobilizowała - jeśli
od mojego zachowania zależy nie tylko moja przyszłość, to mam więcej
zapału do bycia "lepszą".
Może dla mnie to nowość a Wy o tym wiecie od dawna i
żadnej "rewelacji" tu nie odkrywam

No ale podzielcie się swoją
refleksją, bardzo proszę.