isma
13.07.08, 18:53
Poniewaz od jakiegos czasu siedze w niejakim biskupie Pietraszce, to
Wam przepisze. Proste, a celne:
"Na pierwszy rzut oka ta roznorodnosc traktowania ludzi przez Jezusa
Chrystusa jest tak bardzo podobna do naszego codziennego
postepowania. My rowniez idziemy do ludzi z usmiechem lub twarda
mowa, z tkliwoscia, pomoca lub biczem w mniej lub wiecej doslownym
znaczeniu. Istnieje jednak gleboka roznica wewnetrzna. Kazde slowo i
kazdy czyn Chrystusa ma na celu uksztaltowanie, ocalenie czlowieka -
jest podjęty dla prawdziwego jego dobra. Jest tak nawet wtedy, gdy
zewnetrznie wydaje sie byc przeciwny czlowiekowi. W naszym natomiast
postepowaniu przez slowa i czyny twarde, surowe, ujawnia sie nieraz
wola zniszczenia czlowieka, zmiazdzenia go w imie nienawisci, zemsty
czy zle pojetej sprawiedliwosci.
Nie jest wcale rzecza konieczna, bysmy zawsze szli do naszych
bliznich z usmiechem i w kazdej sytuacji okazywali im serdecznosc,
jest natomiast z punktu widzenia Ewangelii koniecznoscia, by dusza
wszystkich naszych dzialan, nawet najtrudniejszych, tych szorstkich
i pozornie wrogich, bylo nieodmienne pragnienie dobra dla drugiego
czlowieka, wola ocalenia i uratowania tego, co Bog chce w nim
uratowac.
Oto, co znaczy nauczyc sie patrzec na czlowieka po linii spojrzenia
Bozego i traktowac go tak, jak traktuje go Bog.
Pod tym wzgledem swieci byli artystami... Takim artysta Bozej
milosci byl znany juz dzis powszechnie franciszkanin ojciec Kolbe.
Przesladowany przez Niemcow, w najciezszych chwilach swego zycia
powiedzial: "Niemcow tez trzeba kochac... Inaczej niz Polakow
wprawdzie, ale trzeba..."Slowa te wydawaly sie wowczas
bluznierstwem, nieomal zdrada wsrod okrucienstw oswiecimskiego obozu.
Trzeba kochac inaczej... W tym "inaczej" miesci sie tajemnica
powodzenia i niepowodzenia... Trzeba umiec znalezc odpowiedni
ksztalt dla swej milosci, odpowiednia forme. Trzeba odnalezc te
najwlasciwsza funkcje milosci dla danego czlowieka na dana chwile.
Nie zawsze bedzie to usmiech, lagodnosc i dobroc w potocznym
znaczeniu...
My nie jestesmy artystami ewangelicznej milosci, tak jak byli nimi
swieci. Jestesmy tylko zwyklymi rzemieslnikami. Wiele rzeczy po
prostu partaczymy w tej dziedzinie. Lecz jednego trzeba od siebie
wymagac - mianowicie, bysmy nie twierdzili, ze taka milosc jest
absurdem, ze w takim swiecie, w jakim zyjemy, jest niemozliwa do
praktykowania. Trzeba, by wola nasza szla we wskazanym przez
Chrystusa kierunku, choc moze nie potrafimy zajsc tak daleko, jak
bysmy pragneli. Jestesmy odpowiedzialni za to, by ewangeliczna
milosc nie zostala zepchnieta w kraine mitu i nierzeczywistosci, ale
by trwala i zyla wsrod nas na swiadectwo Bogu i prawdzie."