02.12.08, 17:28
Trochę chciałabym Was podpytać o następujące sprawy:
Czy Wasze dzieci znają sytuację finansową Waszej rodziny? Jak dalece?
Np jaka ona jest - w tym sensie, czy niedostatek/różnie/w
porządku/dostatek? A jak powinno być Waszym zdaniem - na ile powinna
to być sprawa jawna?

Dlaczego pytam.
Z wielu powodów. Jeden to taki, że niestety pamiętam kłótnie moich
rodziców z dzieciństwa - kłótnie o pieniądze. A właściwie o ich brak
na jakieś potrzebne rzeczy. Czyli zapada w pamięć. Nie wiem cyz
dlatego, że kłótnia, czy dlatego, że o pieniądze? Jedna z moich
uczennic (nastolatka czyli) wręcz pogardza swoimi rodzicami, bo oni
ciągle o pieniądzach - tłumaczyłam (choć nie znam tej rodziny), że
pewnie dlatego, że to taka pierwsza potrzeba. Bo ona by chciała, by
rodzice z nią rozmawiali o wierszach.
Drugi powód jest taki, że moje dzieci właśnie słyszą i nie wiem, czy
to jest dobrze. Nie, nie słyszą kłótni, bo my się z Mężem nie
kłócimy w ogóle, ale słyszą rozmowy. Np w sobotę dotknęła nas bardzo
naprawa samochodu; w wakacje dotknęło nas bardzo, bardzo moje
leczenie. Słyszą rozmowy i widzą konsekwencje (np szukałam dla
siebie zimowej kurtki, ale znalazłam ładną dopiero po sobocie -
czyli po naprawie samochodu - padło pytanie, dlaczego nie kupuję tej
kurtki, skoro szukałam, a jak znalazłam to wychodzę ze sklepu). W
tym sensie chyba muszą uczestniczyć, bo nie da się ukryć pewnych
spraw. Ale czy należy ukrywać?
Z drugiej strony nie wiem jak z ich znajomością wartości pieniądza.
Dostają od dziadków na drobne wydatki, mają pieniądze w portfelikach
i prawda jest taka, że czego sobie zapragną to mają - jakieś
słodyczowe kaprysy, napoje, lody - praktycznie mają w nadmiarze. Czy
tu powinnam też ograniczać? (skoro ich własne)

Jak rozwiązujecie te sprawy w Waszych domach? Czy uważacie, że jest
jakiś ogólny, dobry wzorzec? Czy jest on może zależny od sytuacji
majątkowej (no bo chyba dziecko 5letnie nie musi wiedzieć, że
rodzice mają lokaty na milion, albo że mają kredyty na 40 lat)
Boję się, że (jak zwykle! jak zwykle!!) nie sprecyzowałam pytania -
ale to trochę celowo, bo raczej interesuje mnie cały ten temat.
Materialistyczny wątek, wiem wiem, ale póki co jesteśmy na tym
świecie, który z samego ducha się nie składa...
Obserwuj wątek
    • minerwamcg Re: finanse 02.12.08, 17:49
      Przypomniała mi się rozmowa Emila z Profesorem w książce Ericha
      Kaestnera "Emil i detektywi". Emil mówi tam, że w rodzinie Profesora
      mało mówi się o pieniądzach, ponieważ jest ich dużo. U niego samego
      zaś o pieniądzach mówi się dużo - bo jest ich mało. (Emila
      wychowywała samotnie mama-fryzjerka).
      • mamalgosia Re: finanse 02.12.08, 18:31
        Bardzo to prawdziwe, co piszesz! (choć Emila jakoś nie lubię) Gdy
        jest czas, ze mamy trochę lepszą sytuację finansową, to rzeczywiście
        mówimy mniej - bo temat nie uwiera. Skoro trzeba coś kupić cyz za
        coś zapłacić, a jest za co i jest czym - to po co o tym mówić.
        Może to sedno...
        Hmmm
      • madziaq Re: finanse 04.12.08, 13:15
        Bardzo prawdziwy ten cytat. Ja z doświadczenia własnego dzieciństwa mogę tylko
        przestrzec przed powtarzaniem na każdym kroku "na to nas nie stać, na tamto nas
        nie stać, to jest dla bogatych ludzi, a my jesteśmy biedni, do tego sklepu to
        nawet nie wchodź, bo tam jest wszystko dla nas za drogie". Oczywiście wiadomo,
        że jak rodzina ma pewne ograniczenia finansowe, a dziecko sobie zażyczy wakacje
        na Majorce, bo kolega z klasy był, to trzeba wytłumaczyć, że to nie wchodzi w
        grę, ale podkreślanie na każdym kroku, że rodzina jest biedna, powoduje dziwne
        uczucia... Zwłaszcza, że rodzina głodem nigdy nie przymierała. Teraz sądzę, że
        rodzice finansowo stoją powyżej średniej, a dalej "na nic ich nie stać" wink
    • mader1 Re: finanse 02.12.08, 20:28
      Nasze dzieci wiedzą. One są starsze niż Twoje - bo Najmłodszy ma tyle lat, co
      Twój Najstarszy, wiec może to trochę inaczej jest, ale... Staramy się tego nie
      ukrywać. Wiedzą, że mamy kredyty i że je spłacamy ( oczywiście nie znają ich
      dokłądnej wysokości i innych technicznych szczegółów) Staramy się z mężem
      rozmowy na temat pieniędzy prowadzić rzeczowo i nie w ich obecności - czyli na
      przykład na jakie wakacje nas stać i kiedy. One proponują czy proszą, my
      mówimy, że musimy się naradzić i potem informujemy, że" tak" albo że "nie" i
      dlaczego... Dzieci widzą, że czasem coś przymierzam czy nawet one coś chcą
      przymierzyć i mówię - "bardzo ci (mi)ładnie, ale tego nie kupimy, bo jest za
      drogie" ( ale możemy kupić coś innego) albo "w przyszłym miesiącu"
      W ostatnie wakacje mieliśmy zaplanowany wspólny, dość drogi wyjazd na kilka dni.
      Tak naprawdę od kilku lat dzieciaki chciały tam jechać. Większość tych
      pieniędzy musieliśmy jednak wydać na leczenie Najmłodszego. Takie życie.
      Wiedziały o tym. Człowiek jest ważniejszy niż wyjazd, staraliśmy się, żeby w
      miejscu, w które pojechaliśmy też było im fajnie. I było.

      Myślę, że w tym, co przytoczyła Minerwa jest sporo racji, jest naprawdę bardzo
      dużo racji.
      • mamalgosia Re: finanse 02.12.08, 21:22
        a w czym Ci ładnie?smile
        • mader1 Re: finanse 02.12.08, 21:28
          no czasem coś przymierzam i wyglądam lepiej niż zwykle smile)))))
          i... czasem mogę to sobie kupić, a czasem " zapominam" smile
          • mamalgosia Re: finanse 03.12.08, 09:26
            a "lepiej niż zwykle", no to rozumiemwink To mi też się zdarza, bo to
            pierwsze to nigdy
    • godiva1 Re: finanse 02.12.08, 21:08
      Ja mam siedmiolatke i ona sie narazie nie interesuje. Ale my z
      mezem nie rozmawiamy za duzo o finansach, bo akurat nie mamy w
      planach wiekszych zakupow wiec temat: pieniadze sie rzadko pojawia.
      Ani chyba ten temat specjalnie narazie nie interesuje.
      • mamalgosia Re: finanse 02.12.08, 21:21
        Czasem dla jednych "mniejszy" wydatek dla innych jest "większy".

        A że temat jej nie interesuje... Własnie ja myślę, że dzieci i
        młodzież ten temat właśnei nie interesuje. I dlatego pytam, cyz
        romawiać o tym. Bo jak coś interesuje, to nie trzeba tematu
        nakręcać, bo sami pytają, szukają, rozmawiają.
        • godiva1 Re: finanse 02.12.08, 22:42
          Prawda, podejrzewam, ze za kilka lat Anie zacznie interesowac ile
          mamy i co ile kosztuje, i dobrze - w koncu jak bedzie mloda kobieta
          to bedzie musiala sama ukladac budzet i oszczedzac. Ale poki co, w
          naszym gronie przyjaciol nikt nie zbankrutowal, nikt pracy nie
          stracil, nikomu sie tak naprawde standard zycia nie zmienil mimo
          kryzysu gospodarczego, wiec sie o pieniadzach nie mowi za duzo.
    • ruda110 Re: finanse 03.12.08, 08:21
      Moja córeczka ma pięć lat i oczywiście, że nie ma poęcia o naszych
      zobowiązaniach finansowych (tj. kredytach) czy ewentuanych
      problemach w razie jakiś niespodziewanych zakupów, ale... No
      właśnie, staramy się zwracać jej uwagę na sprawy finansów prosząc
      np. by ząbki myła przy zamkniętej wodzie, gasiła światło gdy
      wychodzi z pokoju i takie tam. Tłumaczymy, że dzięki temu zapłacimy
      troszkę mniej i będziemy mogli sobie pozwolić na jakąś przyjemność.
      Absolutnie unikamy obciążania ją problemami, ale uważam, że
      adekwatnie do wieku można uczyć odpowiedzialnści wink
      • mamalgosia Re: finanse 03.12.08, 09:22
        mój Synek ma 3,5 i wie o kredytachsad

        A ząbki przy zakręconej wodzie myjemy ze względów ekologicznych a
        nie oszczędnościowych. To tak btw
    • mama_kasia Re: finanse 03.12.08, 08:40
      My walimy prosto z mostu. Przy dzieciach liczymy pieniądze.
      Mówimy dzieciom, że coś jest drogie, inne tanie, że wolę czegoś
      nie kupić, żeby kupić coś innego. Cieszę się przy nich, że coś
      zarobiłam. Ot, tak zwyczajnie.
      • mamalgosia Re: finanse 03.12.08, 09:25
        Myślę, ze tak właśnie jest dobrze.

        Mnie trochę przerażają te sytuacje, kiedy następuje coś nagłego,
        nieprzewidzianego, na co własnie nie mamy pieniędzy. Wtedy dom staje
        na głowie, praktycznie mówi się i myśli tylko o tymsad A zazwyczaj
        jest to na "już" (z dnia na dzień dosłownie).
        • ruda_kasia Re: finanse 03.12.08, 11:00
          Moi rodzice nigdy nie mówili, nawet jak na coś nie było nas stać, dawali inne
          wymówki niż brak kasy.
          Potrafili zrobic mi huczna imprezę urodzinową (18-tka), a za parę dni do domu
          przyszedł komornik...
          Wesoło było sad
          My mówimy, ale ale nie celowo do dzieci. Chyba że wymaga odpowiedzi: nie kupię
          Ci bo...
          Nasza sytuacja jest taka, że rzeczy, które chcą dzieci zwykle możemy kupić, ale
          czasem odmawiamy, bo po co 15 lalka w domu.
          Kiedy rozbiłam samochód i wyjazd na narty wisiał na włosku, baśka wiedziała, że
          chodzi i o brak samochodu i pieniędzy. Ale - ostatnio się zawzięłam, że nie będę
          się o nie troszczyć nie będę się martwic, skąd wezmę. W końcu mam ufać... I
          powiem Wam, że dzieją się rzeczy niezwykłe. Pożyczyliśmy od kolegi 5000 zł. Mąż
          bardzo chciał zmienić samochód, ja nie bardzo, ale się pogodziłam,
          stwierdziałam, że nie będę narzekać, jak coś się stanie, to go sprzedamy
          "bezkosztowo", bo był o te ok 5000 zł tańszy od ceny rynkowej. I oto mojemu
          mężowi po półtora roku zapłacił klient, a wczoraj... policja złapała panią,
          która oszukała mnie dwa lata temu i ukradła pieniądze. Ja już te pieniądze
          "opłakałam" to było półtorej miesięcznej pensji i jeszcze wzięte z debetu, o
          czym ta pani wiedziała. I sprawiedliwość dopadła ją na lotnisku... i wczoraj
          odzyskałam 2700 zł. Czułam się jak kobieta, która znalazła drachmę... Ale
          naprawdę - bardziej mi chodziło o to, żeby ta kobieta odczuła, że nie można tak
          postępowac... może się udało. I jeszcze trochę, spłacimy cały dług. Tylko muszę
          jakość "oddać" to, co mnie spotyka... liczę, że Pan da mi szansę.
          • mamalgosia Re: finanse 03.12.08, 13:51
            ruda_kasia napisała:

            > Moi rodzice nigdy nie mówili, nawet jak na coś nie było nas stać,
            dawali inne
            > wymówki niż brak kasy.
            Czy uważasz, ze tak było dobrze? Czy może było to jakieś chronienie
            dziecka?


            Nam też się czasem zdarzaja takie finansowe "drachmy". Na szczęście!
            A jeszcze większe szczęście: wielu Dobrych Ludzi wokół nas.
            • ruda_kasia Re: finanse 04.12.08, 09:10
              Moi rodzice nigdy nie mówili, nawet jak na coś nie było nas stać,
              > dawali inne
              > > wymówki niż brak kasy.
              > Czy uważasz, ze tak było dobrze? Czy może było to jakieś
              chronienie
              > dziecka?

              Myslę, że to było chronienie dziecka, ale fatalne w skutkach.
              • mamalgosia Re: finanse 04.12.08, 09:13
                to znaczy?
          • mamalgosia P.S. 15 lalka 03.12.08, 13:51
            jak to po co. Po to, po co jest 126 samochodzik
          • a_weasley Re: finanse 07.12.08, 23:10
            ruda_kasia napisała:

            > naprawdę - bardziej mi chodziło o to, żeby ta
            > kobieta odczuła, że nie można tak postępowac...
            > może się udało.

            O, sancta simplicitas! Naprawdę uważasz, że ktoś, kto bliźniego roluje na parę
            kół, nie wie, że tak się nie robi?
            Korzyść społeczna to jest taka, że daj Boże przez jakiś czas ona tego robić nie
            będzie mogła, choćby chciała.
            • ruda_kasia Re: finanse 08.12.08, 09:01
              aż taka naiwna nie jestem, Arturze. A tak a propos big_grin tłumaczenie gdzie!!!
              Chodziło mi raczej o to, że będzie wiedziała, że kiedyś się o nią sprawiedliwośc
              może upomnieć. Że kradnąc dalej, nie bedzie miała poczucia bezkarności.
              Oczywiście, rodzice za nią po raz kolejny zapłacili dług, ale to ona została
              zatrzymana na lotnisku i przejechała się radiowozem kilkaset km oraz tłumaczyła
              się mężowi, który ponoć o przekrętach zony nie wiedział. Jako prawnik w
              gwałtowne "naprawy" i prostowanie ścieżek nie wierzę. Ale w to, że Pani już nie
              będzie miała poczucia, że zawsze jej się uda - to miłe.
              • a_weasley Re: finanse 08.12.08, 09:29
                ruda_kasia napisała:

                > aż taka naiwna nie jestem, Arturze.

                Uff.

                > A tak a propos big_grin tłumaczenie gdzie!!!

                Tam, gdzie tłumaczenie "a propos". Jeszcze może renesans będę tłumaczył...

                > Chodziło mi raczej o to, że będzie wiedziała, że kiedyś się
                > o nią sprawiedliwośc może upomnieć.

                A, chyba że tak.
                Jakkolwiek równie dobre może uznać, że następnym razem trzeba kraść mądrzej.
    • anndelumester Re: finanse 03.12.08, 14:34
      Jak mówimy? Temat pojawia się chyba naturalnie i adekwatnie do
      danych sytuacji. Czasami pojawiają się pytania ddoddatkowe związane
      z lekturami, filmami czy sytuacjami życiowymi.
      Syn wie, że pieniądze się zarabia, że towary i usługi kosztują, że
      jest coś takiego jak hierarchia wydatków. I ze nie zawsze jest tak,
      że można mieć wszystko na raz. Zdarza mi się mówic wprost, ze nie
      stać mnie na to czy tamto.
      Pojecie kredytu mieszkaniowego jest dla niego na razie abstrakcją,
      ale mieliśmy z nim rozmowę nt. wakacji – że ze względu na jesienną
      kumulację wydatków mieszkaniowych i okołomieszkaniowo- remontowych
      doroczne wakacje w ciepłych krajach zostały przesunięte. Zdarzają
      się też rozmowy nt. naszych samochodów czy innych „większych’
      wydatków.

      Staram się dawkować smrodek dydaktyczny w stylu „doceń jak tobie
      jest dobrze, a inni…..” bo uważam ten chwyt retoryczny za okropny i
      wolę gdy dziecko samo zastanowi się/uzasadni, czy faktycznie 5.
      figurka Spidermana jest mu niezbędna do szczęścia. Jest też pula
      rzeczy, o których syn wie, że tego ja czy ojciec mu nie kupimy, z
      powodow, tak to nazwę, ideologicznych.
      • mamalgosia smrodek dydaktyczny i Spiderman 03.12.08, 14:51
        A może właśnie ten smrodek nie jest taki smrodkowaty? Jak czytam
        Twoją wypowiedź to uświadamiam sobei, że ja tego argumentu nie
        używam prawie wcale (piszę "prawie", bo może użyłam a nie pamiętam).
        A może jednak się powinno? Jakoś porównać - że np gdzieś głód, a ja
        po każdym posiłku wyrzucam resztki? Gdzieś dziecko nie ma butów, a
        oni mają bardzo dużo wszystkiego? Mam - chyba właśnei jak ty - opró
        przed takim gadaniem - ale może ono nie byłoby takie całkiem od
        zcapy?

        BTW: ciekawe, że jedym do szczęścia potrzeba pięciu Spidermanów, a
        innym nie trzeba ani jednegosmile (za to odbijają sobie to na 200
        wagonikach drewnianej kolejki)
        I jeszcze BTW BTW - chciałabym by mi do szczęścia starczyło choćby
        20 Spidermanów.
        • mamalgosia przepraszam 03.12.08, 14:52
          za literówki, poprawię się (mam skostniałe dłonie, ale się rozgrzeją
          zaraz). Szczególnie przepraszam za "TY" z małej literysad(
        • anndelumester Re: smrodek dydaktyczny i Spiderman 03.12.08, 15:03
          Tzn ja mam na mysli wzbudzanie w dziecku (po)uczucia winy
          niezawinionej...W koncu to ja /my kupujemy te buciki, Lego, my
          placimy czsne za przeddszkole, szkole etc. my zapewnilismy taki a
          nie inny byt - to nie zasługa dziecka (no moze pośrednia - bo
          motorem do pracy i walki o byt bylo jednak dziecko) , ani tez nie
          wina. Tak naprawde smródek sama sobie powinnam puszczac, czy
          potrzeba mi entego pudru w złotym pudeleczku za xxxxx zeta czy nie
          itp. albo moj mąz czy na pewno potrzebuje wszystkich swoich
          samochodow na raz... uncertain
          Mysle sobie ze co innego uwrazliwic dziecko, uczyc szanowac prace
          swoją i cudzą, jedzenie , wodę , enrgie i ze nie kazdy ma cud miod
          lux, a co innego palnąć mowę...
    • ese1 Re: finanse 03.12.08, 14:38
      finansowe czy nie, na pewno kazdy z nas ma jakies problemy w rodzinie, a krzyk
      czy klotnia nie sprzyjaja rozwiazywaniu problemow, ale sa wynikiem stresu czy
      kwestia obciazania sie nawzajem odpowiedzialnoscia za dana sytuacje.
      My rozmawiamy, nie klocimy sie w sensie podniesionego glosu czy nawet placzu.
      A jezeli chodzi o stosunek dzieci do pieniadza, no coz... na razie mnie to
      meczy, bo tak na prawde maja wszystko co chca, jak nie ja, to tatus ulega i
      kupuje,.. na szczescie jak na razie ich zachcianki nie sa kosztowne. Mimo
      wszystko brak jakiejs dyscypliny w tym obszarze, musimy nad tym popracowac. Za
      male sa jeszcze na kieszonkowewink
      • mamalgosia Re: finanse 03.12.08, 14:55
        ese1 napisała:

        > finansowe czy nie, na pewno kazdy z nas ma jakies problemy w
        rodzinie, a krzyk
        > czy klotnia nie sprzyjaja rozwiazywaniu problemow, ale sa wynikiem
        stresu czy
        > kwestia obciazania sie nawzajem odpowiedzialnoscia za dana
        sytuacje.
        Alez o tym doskonale wiem - dlatego celowo nie chcę mówić o
        kłótniach bo to jasne. Mówię o rozmowach - to już dla mnie mniej
        jasne


        A co do "ulegamy"...
        Mnie osobiście bardzo cieszy jak mogę coś Dzieciom kupić. Bardzo,
        bardzo lubię to robić. I tak się cieszę, że mam komu! Jesli więc
        jest za co, to nie mam wyrzutów sumienia - choc może powinnam, co by
        jednak ZA dużo nie mieli?
        • ese1 Re: finanse 03.12.08, 15:33
          mamalgosia napisała:

          choc może powinnam, co by
          > jednak ZA dużo nie mieli?

          hm... pamietam z dziecinstwa, kiedy prezenty byly dla mnie przynajmniej
          rzadkoscia, jak czekalam na mikolaja, czy gwiazdke. te dni byly dla mnie zawsze
          takie magiczne i wyczekanesmile
          a dzis, rozmawiam z corka o Mikolaju, no i w zasadzie co za roznica, jak ona
          przynajmniej raz w tygodniu ma takiego 'mikolaja', tyle, ze bez podrzucania do
          skarpety czy pod poduszke.
          Tez sie ciesze, kiedy moge cos dzieciom kupic, tylko moje juz uwazaja ten
          precedens za cos naturalnego co im sie nalezy....
          • franula Re: finanse 03.12.08, 16:19
            dla mnie jesli nie ma pieniędzy/ sa inne potrzeby to sprawa jest
            jasna. Ale jak odmawaić jak pieniądze są ale ta dziesiąta lalka
            kusi...
            • ruda_kasia Re: finanse 04.12.08, 09:17
              No może własnie wtedy uwrażliwiać, pokazując, że nie jest niezbędna,
              a dziecko mogłoby - podzielić się z biedym, zrobic komuś prezent,
              odłożyć na "dużą" rzecz typu rower, narty etc. Przeprowadziłam
              kiedyś rozmowę z bardzo majętną koleżanką, która nawet potrafi kupić
              dziecku nowe markowe ciuchy, bo się rok szkolny zaczął, choć ze
              starych nie wyrósł i ma ich masę. Otóż ona kupuje dzieciom prezenty
              bez opamiętania, kupuje dziecku wyłaćznie najdroższe ubrania bo... w
              ddzieciństwie i młodosci rodzice nie pozwalali jej na szaleństwa.
              Jako jedyna w klasie nosiła spodnie z bazaru a nie z markowego
              sklepu i się wstydziła. Zatem ratuje dziecko przed traumą, której
              być może nie miałoby i tak. I regularnie kłóci się ze swoim życiowym
              partnerem, który uważa, że jak dziecko coś zepsuje, to jest zepsute,
              nie trzeba natychmiast biec do sklepu kupować identycznej zabawki (z
              czym ja się zgadzam, gdyż te zabawki nie są raczej tanie).

              Ja wszelkie "prezenty" dla dzieci rozpatruję właśnie w ten sposób:
              sobie też czasem kupuję coś bez okazji, niechże i one mają. Ale od
              czasu do czasu.
              • mamalgosia markowe ciuchy 04.12.08, 14:53
                Mam znajomą, która uważa, że młodzieży (ma trójkę dzieci: 19,17 i 14
                lat) markowe ciuchy się należą. Z tego co wiem, to nawet te dzieci
                nie naciskają na to specjalnie (no, może jeden z synów), a to ona
                uważa, że nie można do szkoły pójść w dżinsach z bazaru lub
                ze "sklepu dla nauczycieli"). Żeby było ciekawiej, to ona jest
                bezrobotna, bezskutecznie od prawie roku szuka pracy, a mąż ma
                firmę, która prosperowała kiedyś świetnie, ale obecnie nędza. Tak
                wiec zdarzają się tygodnie kiedy liczą dosłownie każdy grosz (np idą
                do sklepu dwa kilometry, bo tam jest tańszy chleb), zdarza się, że
                pożyczają na opłaty. Ale nie wchodzi w grę kupienie 3 tańszych par
                spodni za cenę jednych markowych.
                Nie rozumiem tego zupełnie. Nie rozumiem podwójnie: po raz, że
                naprawdę im sie nie przelewa, a po dwa to w ogóle nie rozumiem tej
                potrzeby, mnie to się albo ciuch podoba albo nie, patrzę też na jego
                praktyczną stronę (mader jeszcze patrzy czy jej w nim łedniesmile ),
                ale firma nie ma kompletnie znaczenia
                • mmb Re: markowe ciuchy 04.12.08, 18:25
                  A ja trochę rozumiem, w domu moich rodziców się nie przelewało i wiadomo było że
                  ubrania są ostatnią rzeczą w kolejce do kupienia.
                  Gdy dostałam swoją pierwszą wypłatę to prawie w całości ją wydałam na buty i
                  ciuchy. Do tej pory wolę sobie nic nie kupić niż kupić używane czy na bazarze.
                  Taka schiza z dzieciństwa, kiedy wszystkie rzeczy jakie miałam były po kimś.
                  • alinaw1 Re: markowe ciuchy 05.12.08, 16:35
                    Kiedyś strasznie się załamalam bo mój starszak miał pretensje, że
                    nie pracuję. A myślałam, ze docenia ten fakt: mieliśmy fajny,
                    szalony czas, nawet gdy już chodził do przedszkola. Przecież
                    zrezygnowałam z peniędzy/pracy/kariery tylko dla dzieci, a tu
                    tekst: "mamo, wszyscy moi koledzy mają pracujące mamy, a ty siedzisz
                    w domu, gotujesz, sprzątasz i nie zarabiasz pieniędzy, koledzy się
                    śmieją, ze nie masz auta"...
                    Nie wyobrażałam sobie, ze moje dziecko wychowywane w wierze i
                    ogromnym dystansie do dóbr materialnych- powie takie słowa. Ale z
                    perspektywy czasu widzę, że takie gorzkie wyznania były motywacją
                    dla mnie by rozmawiać z młodym na temat pieniędzy, pracy itd. Potem
                    zaczęłam przysłuchiwać sie rozmowom mojego syna z rówieśnikami. Czy
                    robicie to? Czy wiecie, że dzieciaki potrafią przechwalać się do
                    granic możliwośći o zarobkach taty, premii mamy, nowych lusterkach
                    do samochodu i lokatach pieniężnych? Musi być oGROMNE przygotowanie
                    aby dziecko, które nie jest wychowywane w kulcie supermarketu i
                    awansów, potrafiło się w tym znaleźć... Przecież jest bombardowane
                    reklamami, pokusami, rozmowami etc... Wzruszyłam sie jednak bardzo
                    gdy jakiś czas po tamtych pretensjach ("a inne mamy pracują!")
                    usłyszałam jak jakiś 8-9 latek mówił mojemu Stasiowi: A ja mam
                    Spidermana na baterie i dvd w pokoju (moje dziecko nawet własnego
                    pokoju nie ma)i playstation. A ty? Mój chłopczyna otwierał szeroko
                    oczy ze zdumienia i odpowiedział: A ja mam siostrę! Spłakałam się -
                    słowo daję.
                    Teraz uprzedziłam, ze prezenty świąteczne będą skromne. No i tu
                    oczywiście wchodzi sprawa św. Mikołaja (mama, nie martw się,
                    przecież elfy robią prezenty). Wytłumaczyłam, że na świecie jest
                    kryzys, giełdy spadają, firmy bankrutją, zastój etc... więc elfy też
                    mają kłopoty z dostawcami, materiałami, kontami.
                    Odkąd mój syn wie, że mamy problemy finansowe- stał się mniej
                    wymagający i np. frajdę sprawia mu wyjście do... Smyka tylko na
                    oglądanie zabawek. Tylko. Gasi światło, oszczędza wodę, no- serce
                    się raduje. W niedostatku też...Gorzej z młodą (mama, kupisz mi
                    pantofelki takie jak ma Marysia, no te z barbi)...
                    • mamalgosia Re: markowe ciuchy 05.12.08, 16:54
                      alino, były tu już rozmowy o pracy zawodowej matek
                      contra "siedzenie" w domu, oj, chyba nie chcemy tego wywoływaćsmile

                      Natomiast zainteresowało mnie co innego - co to znaczy "ogromny
                      dystans do dóbr materialnych"? I czy on taki ogromny jest konieczny?
                      Ba: czy dobry?
                    • anndelumester Re: markowe ciuchy 05.12.08, 19:51

                      >Czy wiecie, że dzieciaki potrafią przechwalać się do
                      > granic możliwośći o zarobkach taty, premii mamy, nowych lusterkach
                      > do samochodu i lokatach pieniężnych? Musi być oGROMNE
                      przygotowanie
                      > aby dziecko, które nie jest wychowywane w kulcie supermarketu i
                      > awansów, potrafiło się w tym znaleźć... Przecież jest bombardowane
                      > reklamami, pokusami, rozmowami etc...

                      Otóz jakis czas temu podczas wizyty u znajomych - spotkalam takie
                      dziecko lat 6. On sie musial caly czas porownywać, zasypywal mojego
                      syna i jego kolege (lat 5) sensacjami typu a ja mam nowe cos tam, a
                      ja mam to, a ja mam lepsze klocki, a ja mam wiecej. Szczytem byly
                      ogledziny butow przy wychodzeniu - co ciekawe, to dziecko mialo
                      zwyczajne "buty no name", i blyskawicznie zauwazylo jakiej marki
                      buty mają chlopaki, i musiało zaznaczyc ze maja brzydkie. Na
                      szczescie ani syn an jego kolega nie wiedzieli o co chodzi.
                      Tu juz moj mąz pozwolił sobie na uwagę w stosunku do mamy owego
                      chłopca, a pani ta twierdzila ze u nich w przedszkolu - normalnym,
                      panstwowym po prostu tak jest(!!!).
                      Przyznam, ze nie spotkalam sie z tym w naszym przedszkolu, które
                      jest prywatne , i gdzie czesne jest wysokie, a czesc rodzicow dosc
                      zamozna. Nie ma tematu, nie ma rewii mody czy zabawek. Nie ma
                      festiwalu rodzicow . Byc moze dlatego, ze nie ma jakis straszliwych
                      dysproporcji, byc moze jest to skrzywieni programowe przedszkola.
                      Nie wiem.
                      Nie jestm zwolenniczka w wychowaniu ani kultu mieciostwa, ani
                      skrajnego kontestowania dobr doczesnych. Myslę ze pokrzywić mozna
                      dziecko i jednym i drugim. Nie wymagalabym od dzieci ani od
                      mlodziezy racjonalizowania i doglebnego rozumienia naszych doroslych
                      decyzji ekonomicznych, rodzinnych , zawodowych , bo to sa wlasnie
                      nasze decyzje. I my, tylko my, musimy sie z nimi borykac.
                      Mam tylko nadzieje, ze moj syn nie bedzie mial do mnie wielkiego
                      zalu i nie wypomni mi/nam ze bylismy /jestsmy zyciowymi ofermami i
                      nie jestśmy w pierwszej 20 najbogatszych Polaków wink)))
                      A
                    • a_weasley Cytat a propos 07.12.08, 23:24
                      Już miałem wpisać, ale coś mnie tknęło i sprawdziłem, że jużem był go na WwW
                      wkleił, pół roku temu.
                      O, tutaj.
                  • mamalgosia mmb 05.12.08, 16:53
                    Nie znam przeszłosci tej osoby, być moze i ona ma coś takiego, co
                    sobie "odbija" w ten sposób, nie wiem.

                    Ale zwróciłąś uwagę na ważną rzecz: ubrania po kimś. Mi to nie
                    przeszkadza i jak dobrze się czuję w czymś i nie wygląda to
                    obskórnie, to śmiało moge nosić nawet po 6 osobach.
                    Natomiast myślę teraz o moim Młodszym. Ma 3,5 roku i wielkiej wagi
                    do ubiorów nie przywiązuje (jeśli nie jest to strój
                    policjanta/strażaka/żołnierza to i tak nie może go zachwycić), ale
                    jakoś tak intuicyjnie staramy się mu coś od czasu do czasu kupić -
                    choć potrzeby praktycznie nie ma, bo ma wszystko po bracie. Kupujemy
                    więc coś niepotrzebnego ale fajnego - żeby to było tylko jego
              • madziaq Re: finanse 05.12.08, 17:03
                Znam osobę, która nałogowo kupuje (sobie, nie dziecku) ciuchy, buty, torebki
                itp. włąsnie dlatego, że w dzieciństwie rodzice żałowali jej pieniędzy na tego
                typu rzeczy (nawet nie dlatego, że rodzina była bardzo biedna, po prostu "takie
                zasady" i uważali, że jak uczennica ma, dajmy na to, jedne spodnie, jedną
                spódnicę, jedne buty odpowiednie do pogody to wystarczy). Szczerze mówiąc, w
                pełni rozumiem "efekt odbicia" gdy ta osoba zaczęła zarabiać własne pieniądze i
                wreszcie nie musiała się wstydzić za swój wygląd.
                • zuzulek finanse po amerykańsku 06.12.08, 00:19
                  Nie mówię, że tak jest u mnie, ale podsłuchałam w amerykańskim protestanckim
                  radiu i mnie to zainteresowało.
                  Otóż, w audycji stwierdzono, że dziecko powinno zacząć pracę zarobkową
                  najpóźniej w wieku 12 lat, przy czym już 7-latki mogą wykonywac drobne prace za
                  drobne pieniądze.
                  Każde dziecko ich zdaniem powinno mieć swoje pieniądze podzielone na 3 części:
                  spending, giving i saving, czyli wydatki bieżące, oszczędności i - uwaga! -
                  datki. W ten sposób uczy się je wartości pieniądza, oszczędności i chojności.
                  Przyznam szczerze, podoba mi się to. Nie mam tylko pomysłu, jaką pracę mogłabym
                  znaleźć mojej 7 latce, o młodszych nie wspominając. A strasznie chciałaby już
                  zarabiać. Raz udało jej się zarobić dolara za przypilnowanie cudzego dziecka
                  przez 3 minuty (dziecko było w foteliku w samochodzie, a ona je zabawiała przez
                  szybę). Chodziła dumna jak paw.
                  Nie słyszałam tutaj dyskusji o tym, kto co ma i za ile. Słyszałam za to rozmowy
                  małolatów pt. "masz pracę?"
                  • alinaw1 Re: finanse po amerykańsku 07.12.08, 18:01
                    Nadal uważam- mimo głosów protestu, że dziecku (szczególnie temu
                    narażonemu na przechwałki i kult markek) należy w łagodny sposób
                    serwować (przykładem włsnym) właśnie ów dystans (w moim przypadku
                    jest ostatnio faktycznie ogromny)do spraw materialnych. Często np.
                    opowiadam synowi o moich podróżach po Azji i Afryce, o biednych
                    dzieciach jakie tam żyją, o ich marzeniach, które w kraju nad Wisłą
                    wydają się być trywialne (np. miska z jedzeniem albo długopis).
                    Młody zna naszą sytuacje finansową (oczywiście adekwatnie do pojęć 6-
                    latka), wie, że przeszliśmy ostatnio przez spiralę kredytu,
                    komornika, prawnika i różnych cudawianek związanych z zakupem
                    mieszkania, wieże musimy oszczędzać. Wczoraj byliśmy w domu kultury
                    na przedstawieniu. Zakończyło się tym, że św. Mikołaj rozdawał
                    dzieciom prezenty. Młodsza nie podeszła ze strachu, a starszy
                    honorowo postawił sprawę: Dostał juz rano pod poduszką prezent
                    (magazyn Spidermana za 7 zł), w przedszkolu będzie impreza
                    mikołajkowa jutro, a jeszcze spodziewa się czegoś pod choinką. Raz,
                    dwa, trzy. Trzy prezenty wystarczą, jest kryzys finansowy na
                    świecie, trzeba oszczędzać, więc on nie weźmie tego podarku. Nie
                    wziął choć był za darmo. No to nabrał chyba dystansu... Cha, cha,
                    cha!
                    • verdana Re: finanse po amerykańsku 07.12.08, 20:49
                      Rodzina film oglada, więc chyba mogę...
                      Zgadzam się, ze dziecko powinno miecśswiadomość - w przyblizeniu -
                      sytuacji finansowej rodziny. I powinno miec dystans do posiadania,
                      dla samego posiadania. Tylko to trudno zrobic, aby nie przesadzić.
                      Mam wrazenie, że dziecko, ktore nie bierze od Mikolaja prezentu z
                      powodu kryzysu finansowego na świecie zostało juz
                      nadmiernie "zaprogramowane" - na poczucie winy. Jesli dziecko nie
                      potrafi zwyczajnie, spontanicznie ucieszyć sie z tego, że cos
                      dostaje, ale natychmiast zaczyna miec wyrzuty sumienia, ze inni nie
                      maja, a więc i ono nie powinno traci bardzo wiele z radości życia.
                      Jest tez powazne niebezpieczeństwo, ze wyrosnie na czlowieka, ktory
                      będzie sobie wszystkiego odmawial, a kazda rzecz poza
                      najpotrzebniejszym minimum bedzie go przyprawiała o poczucie winy.
                      Nie tędy droga - lepiej nauczyć dziecka pomagania innym, niż
                      rygorystycznego odmawiania sobie przyjemności. Ja bym sie tego
                      jednak bała. Prezent od Mikolaja nie powinien byc wyrzutem
                      sumienia...
                      Co do jeszcze poprzedniego postu - taka postawa "dziecko powinno
                      pracować" zupelnie do mnie nie przemawia. Bo dziecko na ogół
                      pracuje - uczy się, pomaga w domu. Tyle, ze uczy się je, ze praca
                      jako taka jest kompletnie niewazna, wazne jest tylko zrabianie i
                      tylko to jest cenione. reszta to czynnosci bez znaczenia. Brrr...
                      • minerwamcg Re: finanse po amerykańsku 07.12.08, 23:04
                        > Mam wrazenie, że dziecko, ktore nie bierze od Mikolaja prezentu z
                        > powodu kryzysu finansowego na świecie zostało juz
                        > nadmiernie "zaprogramowane" - na poczucie winy.

                        Poczucie winy, czy poczucie odpowiedzialności? Nie muszę dostać
                        jeszcze jednego plastikowego cacka, obejdę się. Mam w domu górę
                        zabawek, co mi z tego, że będzie to góra jeszcze o pięć centymetrów
                        wyższa? Niech to dostanie ktoś, kto nie ma takiej góry, bardziej się
                        ucieszy.
                        Zagrożeniem dla dzisiejszych dzieci wydaje się raczej zachłanność i
                        przesyt związane z nadmierną podażą rzeczy, niż poczucie winy z
                        powodu ich posiadania.
                        Poza tym skąd poczucie winy? Dla ludzi wierzących rezygnacja nie
                        jest związana z poczuciem winy. Jest wyrzeczeniem, ofiarą, a może
                        też być radością i powodem do dumy.
                        • a_weasley Re: finanse po amerykańsku 07.12.08, 23:06
                          minerwamcg napisała:

                          > Zagrożeniem dla dzisiejszych dzieci wydaje się
                          > raczej zachłanność i przesyt związane z nadmierną
                          > podażą rzeczy, niż poczucie winy z powodu ich
                          > posiadania.
                          > Poza tym skąd poczucie winy?

                          A niechby nawet i było poczucie winy, i niechby to były zagrożenia równorzędne,
                          to i tak łatwiej odkręcić niż dokręcić.
                  • a_weasley Re: finanse po amerykańsku 07.12.08, 23:03
                    zuzulek napisała:

                    > Raz udało jej się zarobić dolara za przypilnowanie
                    > cudzego dziecka przez 3 minuty (dziecko było
                    > w foteliku w samochodzie, a ona je zabawiała
                    > przez szybę).

                    Ciekawe, ile by wzięło za posiedzenie pół godziny z babcią.
                    W epoce późnego Gierka w "Świecie Młodych" dziewczyna opisywała swojego
                    siedmioletniego sąsiada chyba, który zarabiał na pożyczaniu swojego roweru
                    kolegom, złotówka za kółko.
                    W niczym nie obrażając Twojego dziecka ani owego Maćka (ciekawe swoją drogą, co
                    pan Maciej porabia obecnie, mając lat 37), mam nadzieję, że moje dzieci będą
                    takie przysługi wykonywały za darmo. Niech będzie, że chcę wychować frajerów.
                    • verdana Re: finanse po amerykańsku 08.12.08, 14:54
                      Ja wychowałam frajerów i jestem z tego dumna.
                      A poczucie winy w zwiazku z posiadaniem czegokolwiek - to naprawde
                      nie jest dobre. Ja chodze w byle czym, nie kupuje kosmetyków, nie
                      kupuje sobie laptopa, ktory jest mi niezbędnie potrzebny do pracy ,
                      odmowilam tez przyjecia tegoz w prezencie, bo mam uczucie, ze na
                      mnie szkoda rzeczy i pieniedzy. gdy sobie kupie cokolwiek nie ciesze
                      sie, tylko mam wlasnie poczuci winy - jak moglam zmarnowac pieniadze
                      na siebie samą? Nie ciesze sie wlasciwie z niczego co mam z rzeczy
                      materialnych. Szkoda - nadmierne posiadanie to źle, ale brak
                      jakiejkolwiek radosci z dostania czy kupienia czegos - to wcale nie
                      lepiej.
                      Na innych wydaję duże sumy bez problemu.
                      Gdyby dziecko nie wzięło zabawki, bo po co mu kolejna - OK. Jesli
                      jej nie wzięło ze wzgledu na kryzys - to dla mnie jest to jednak o
                      krok za daleko.
                      • alinaw1 Re: finanse po amerykańsku 09.12.08, 15:08
                        Minerwa- wyjęłaś mi z ust to, co chciałam napisać. Ja u swego syna
                        nie widzę żadnego poczucia winy, żalu. On to zrobił bardzo
                        spontanicznie i nawet z radością! A mówienie o kryzysie? Krok za
                        daleko? Ej, bez przesady. Mnie to akurat rozśmieszyło (kiedyś
                        mówiłam mu o tym, że światowy kryzys dotarł też do krainy elfów),
                        było takie...no... na czasie. Moje dzieci nigdy nie żądały, nie
                        tupały, nie robily histerii w sprawie zakupów, zabawek, słodyczy. Co
                        więcej, starszego np. zadawala to, że czasem chodzimy do Smyka
                        na...oglądanie zabawek. I jemu to wystarcza. Nie jęczy, gdy
                        wychodzimy bez niczego...
                        A wracając do zarabiania w stylu amerykańskim. Wcale mnie to nie
                        przekonuje. Córka mojej znajomej, odkąd wrócila ze Stanów wszędzie
                        szuka pieniędzy, łacznie z negocjacjami z własną mamą: ile za zmycie
                        naczyń, ile za odkurzenie dywanu. Ma 17 lat, teraz nawet bierze
                        udział w jakimś programie dobroczynnym. Ucieszyłam się myśląc
                        naiwnie, że gorączka złota nieco osłabła. Ale okazało się, że
                        pracując tam darmowo zdobywa się jakieś punkty na coś tam...
                        • verdana Re: finanse po amerykańsku 09.12.08, 18:13
                          Ja rozumiem, ze syn to robi bez zalu i nie przmuszony. Tylko on ma
                          sześć lat, a takie zjawiska, jak sama widzisz po 17-latce się
                          nasilaja.
                          przykład? Moj syn nie bardzo chce spotykac się z dziadkami, ktorzy
                          zwykle mu cos daja, bo maj juz jako nastolatek poczucie, ze mu się
                          to nie nalezy i z jakiej racji ma cokolwiek dostac bez okazji.
                          Najstarszy syn cierpi, ilekroć cos dostaje, bo "jemu to
                          niepotrzebne".
                          Poczucie winy rodzi się stopniowo. Samo poczucie winy to dobra
                          rzecz, o ile zawinilismy. Natomiast stałe poczucie, ze ja mam, a
                          inni nie i ze wobec tego ja tez nie powinienem miec niczemu nie
                          służy.
                          Jesli chodzi o obecny kryzys to rezygnacja z konsumpcji akurqt
                          przyczynia się jedynie do jego pogłębiania, niestety.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka