Dodaj do ulubionych

i jak święta?

25.12.08, 19:45
U mnie koktajl. Czyli w święta jak w życiu.
Radość. Bo to zakorzenienie w Kościele tak mocno widoczne. Bo
kolejny raz Chrystus się rodzi, a my jakoś przetrwaliśmy. Bo tak
pięknie w domu, w kościele, na podwórku. Bo dzieci tak bardzo się z
wszystkiego cieszą. Bo jest czas by posiedzieć i porozmawiać. Bo nie
trzeba gonić do pracy.
Smutek. Bo nie wszyscy są i brak boli . Bo choroba jak topór. Bo lęk
o pewną osobę.

No i trochę się nadenerwowałam. Powiedzicie: jak Wasze dzieci
zachowują się przy dziadkach/babciach? bo ja już nie mogę. To jakie
są moje dzieci przy jednej z babć to jest nie do wytrzymania. I to
przyzwolenie babci (lub wręcz aprobata) na rzeczy naprawdę złe.
Strasznie, no strasznie mnie to denerwuje i zupełnie nie mam na to
wpływu - chyba że przez zerwanie kontaktów, ale to nie wchodzi w
grę. I to naprawdę nie jest zwyczajne rozpieszczaniesad Kiedyś pewna
Osoba powiedziała mi, że jej córki też zachowują się przy baci jak
szalone - pocieszyło mnie to, ale gdy potem miałam okazję ujrzeć to
na własne oczy to zupełnie nie może się równać z tym co ja
obserwuję u nas. Może to temat na osobny wątek, ale powiedzcie mi:
jak jest u Was? I ja sobie z tym radzić? I czy w ogóle się da?

Na najbliższe dni zapowiedział się Przyjaciel (rzadko ostatnio
widywany z powodu pięcia się po stopniach kariery w hierarchii
kościelnejsmile), przyjechała znajoma Siostra (którą ostatnio widziałam
live w 1996 r), wyjazd do koleżanki, spotkanie z Bratem, wyjazd do
szwagra (i ulubionej szwagierki), spotkanie z Przyjaciółką,
spotkanie z koleżanką (aaa, to też temat, o którym chętnie bym
porozmawiała - jak nie zacieśniać znajomości jeśli jedna strona chce
tego zacieśnienia, jak umiejętnie odmawiać, jak powiedzieć komuś że
się nie jest mu najbliższym a jednocześnie go nie zranić).

Ludzie, ludzie... Przyjaciółka moja wczoraj napisała mi, że każda
rodzina zmaga się z jakimś problemem. No i prawda oczywista, banalna
wręcz - ale tak mnie jakoś jej słowa uderzyły.... Dotyczyły akurat
rozmowy o mojej mamie, potem zeszło na jej rodzinę... Święta chyba
uwydatniają wszystko - i dobro i zło. Chciałoby się moze by
zmazywały zło przez jakiś ogólny i wszechstronny znak pokoju, ale
tak nie jest, prawda? Przecież gdy Jezus narodził się w Betlejem też
owieczka nie zaczęła chodzić pod rękę z lwem...
Przypomniała mi się nasza wigilijka w pracy. Pewna nauczycielka
zrobiła w zeszłym miesiącu coś okropnego drugiej - doniosła, no
naprawdę wstrętne. Nie odzywają się do siebie. No i teraz ten
opłatek - połamać się z fałszywym uśmiechem, czy nie? Nie połamały
się.
Mam wrażenie, że w święta nie jest wszystko lepsze, jest tylko
wyraźniejsze.
Przepraszam za ten słowotok. Liczę na rewanżsmile

Obserwuj wątek
    • zebra12 U mnie niewierząco... 25.12.08, 20:02
      Na Wigilii byłam u mamy i taty. Oni są i zawsze byli niewierzący. Było miło.
      Nawet kolędy śpiewaliśmy smile Potem prezenty. Super. Był jeszcze mój brat ze
      szwagierką. Więcej rodziny nie mam. Żadnych ciotek, wujków i kuzynów.
      Dziś i jutro już nie bardzo świętuję, bo jestem sama z dziećmi. Jedno
      "sprzedałam" babci. Dwoje mam przy sobie. Chodzimy na spacery. Poszłyśmy do
      kościoła zobaczyć szopkę, ale był zamknięty. Wybrałam się więc do koleżanki.
      Mamy najmłodsze dzieci w jednym wieku. Pogadałyśmy sobie, bo i ona sama spędza
      Święta. Jutro drugie dziecko wysyłam do ojca. Zostanę tylko z małą. Pójdziemy
      więc na sanki. Potem TV i tyle. Może uda nam sie zobaczyć w końcu tą szopkę.
      Takie to Święta, że nie ma do kogo gęby otworzyć prócz dzieci.
      Nie lubię Świąt, choć w tym roku postanowiłam myśleć pozytywnie. Dlatego nie
      narzekam. Trzeba przeżyć jakoś te dni.
      • maika7 Re: U mnie niewierząco... 25.12.08, 20:13
        Zebro, dalczego Rodzice organizowali Wigilię, skoro sa niewierzący? Pytam z
        ciekawości- o motywy. Przywiązanie do tradycji? Widzą wartośc w tych Świętach
        mimo swojej niewiary? Chcieli zrobic Ci przyjemnośc? Cos innego?
        • zebra12 Zawsze organizowali Święta, każde. 25.12.08, 20:35
          To taki czas spotkania się przy stole, wspólnego jedzenia lepszych rzeczy niż na
          co dzień, w galowych strojach. Refleksji nad mijającym rokiem itp. No i podarunki...
          Zawsze tak było odkąd żyję i tak jest nadal.
          • maika7 Re: Zawsze organizowali Święta, każde. 25.12.08, 20:47
            zebra12 napisała:

            > To taki czas spotkania się przy stole, wspólnego jedzenia lepszych rzeczy niż n
            > a
            > co dzień, w galowych strojach. Refleksji nad mijającym rokiem itp. No i podarun
            > ki...
            > Zawsze tak było odkąd żyję i tak jest nadal.


            Rozumiem. Dziękuję, że odpowiedziałaś.
        • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 25.12.08, 20:42
          maika7 napisała:

          > Zebro, dalczego Rodzice organizowali Wigilię, skoro sa
          niewierzący? Pytam z
          > ciekawości- o motywy. Przywiązanie do tradycji? Widzą wartośc w
          tych Świętach
          > mimo swojej niewiary? Chcieli zrobic Ci przyjemnośc? Cos innego?
          To ja odpowiem za siebie, tzn za motywy mojej mamy, a na odpowiedź
          zebry poczekam. Jest to czas, kiedy wszyscy mają wolne - doskonała
          okazja by sie spotkać. Cóż to jest wigilia? Można ująć:
          spotkanie+jedzenie. Tak z zewnątrz. A to nie musi mieć nic wspólnego
          z wiarą
          • maika7 Re: U mnie niewierząco... 25.12.08, 20:52
            mamalgosia napisała:

            > To ja odpowiem za siebie, tzn za motywy mojej mamy, a na odpowiedź
            > zebry poczekam. Jest to czas, kiedy wszyscy mają wolne - doskonała
            > okazja by sie spotkać. Cóż to jest wigilia? Można ująć:
            > spotkanie+jedzenie. Tak z zewnątrz. A to nie musi mieć nic wspólnego
            > z wiarą

            Te spotkania bez wiary w czasie świąt Bozego Narodzenia - wspominasz pozytywnie?

            • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 25.12.08, 21:04
              Maiko, one nadal są takie same - tak więc to nie tylko wspomnienia,
              to pewna ciągłość.
              A czy pozytywnie... różnie bywało. Ale raczej gorzej niż lepiej
              • maika7 Re: U mnie niewierząco... 25.12.08, 21:15
                > A czy pozytywnie... różnie bywało. Ale raczej gorzej niż lepiej

                Czy zbyt intymnie będzie, jesli zapytam dlaczego?
                Jak wiesz pewnie, temat świętowania przez niewierzących zyje we mnie w ostatnich
                dniach
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=25822&w=88755175
                stąd moje "wnikania"
                • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 10:23
                  To, że raczej gorzej niż lepiej nie ma moim zdaniem wiele wspólnego
                  z wiarą lub jej brakiem - po prostu złe relacje rodzinne (zresztą
                  rodzice się rozwiedli), cały układ zły - to i śwęta niezbyt. Jak
                  napisałam powyżej - święta bynajmniej nie niwelują, lecz uwypuklają.

                  Natomiast co do linka, to na razie jeszcze nie przejrzałam tej
                  dyskusji, chcę tylko trzy grosze do Ciebie. Myślę, że życzenia
                  świąteczne płyną po prostu z głebi serca - ktoś życzy Ci dobrze. Ja
                  też chętnie bym Ci złożyła życzenia świąteczne i noworoczne - jak to
                  określiłaś - bez wnikania w to, czy je obchodzisz czy nie. Taka po
                  prostu zyczliwość i serdeczność w buciorachsmile
                  A nie porównywałabym tego do świąt islamskich, bo jednak w naszym
                  kraju są to święta państwowe, dni dla większości osób wolne od
                  pracy, podbudowane mocnymi tradycjami - uważam, że to zupełnie inna
                  waga. Coć oczywiście Ciebie może narodzenie Jezusa obchodzić tyle co
                  narodzenie Mahometa. Nie wiem.
                  • maika7 Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 11:12
                    mamalgosia napisała:

                    > To, że raczej gorzej niż lepiej nie ma moim zdaniem wiele wspólnego
                    > z wiarą lub jej brakiem - po prostu złe relacje rodzinne (zresztą
                    > rodzice się rozwiedli), cały układ zły - to i śwęta niezbyt. Jak
                    > napisałam powyżej - święta bynajmniej nie niwelują, lecz uwypuklają.

                    jaki jest więc sens tego uwypuklania jeszcze z takiej okazji? Jaki jest sens
                    prywatny - dla Was, ze utrzymujecie ten układ?

                    >
                    > Natomiast co do linka, to na razie jeszcze nie przejrzałam tej
                    > dyskusji, chcę tylko trzy grosze do Ciebie. Myślę, że życzenia
                    > świąteczne płyną po prostu z głebi serca - ktoś życzy Ci dobrze. Ja
                    > też chętnie bym Ci złożyła życzenia świąteczne i noworoczne - jak to
                    > określiłaś - bez wnikania w to, czy je obchodzisz czy nie. Taka po
                    > prostu zyczliwość i serdeczność w buciorachsmile

                    Tam sa dwa aspekty - jeden prywatny i własciwie nie do dyskusji, bo i tak nic
                    nie zmienię i będe jeździć na te Święta do Mamy i starać się nie uwypuklac tylko
                    niwelowac róznice. Obu nam to sie przyda bardziej niż uwypuklanie smile

                    I durgi - złożony - narzekamy na komercjalizacje świąt.
                    a) Jaki jest udzial kazdego z nas w tym?
                    b) Jaki jest mój - ateistki wsiadającej w samochód i jadacej się spotkać - bez
                    wymiaru religijnego?
                    c)Jaki jest innych, którzy gromadza się tylko ze względu na tradycje?
                    d)Jaki jest wierzacych wywierających presje spotkan (moja sytuacja) na tych,
                    którzy spotykac się w TYM czasie nie chcą (za to bardzo chetnie spotykają się w
                    innym czasie)?
                    e)czy powszechnośc tych świat mająca wyraz równiez w "szumie medialnym", zalewie
                    życzeń nie osobistych (od redakcji, towarzystw ubezpieczeniowych, banków,
                    przypadkowych znajomych), służbowych spotkaniach wigilijnych nie przyczynia sie
                    do tejże własnie komercjalizacji?
                    f) Czy ateista chcacy stać z boku - nie brac w tym udziału wykazuje brak taktu,
                    zrozumienia i jest ideologicznym fanatykiem?



                    > A nie porównywałabym tego do świąt islamskich, bo jednak w naszym
                    > kraju są to święta państwowe, dni dla większości osób wolne od
                    > pracy, podbudowane mocnymi tradycjami - uważam, że to zupełnie inna
                    > waga. Coć oczywiście Ciebie może narodzenie Jezusa obchodzić tyle co
                    > narodzenie Mahometa. Nie wiem.

                    Święta islamskie w islamskich krajach nie sa podbudowane tradycją? Porownuje do
                    wagi świat dla danego wyznania.
                    • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 12:15
                      maika7 napisała:

                      > jaki jest więc sens tego uwypuklania jeszcze z takiej okazji? Jaki
                      jest sens
                      > prywatny - dla Was, ze utrzymujecie ten układ?
                      Maiko, jaki sens? No taki, że albo tak albo wcale. Nie chcę zerwać
                      kontaktów z rodzicami
                      • maika7 Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 12:34
                        mamalgosia napisała:


                        > Maiko, jaki sens? No taki, że albo tak albo wcale. Nie chcę zerwać
                        > kontaktów z rodzicami

                        Ok, rozumiem. Chyba rozumiem.
                    • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 12:16
                      maika7 napisała:



                      >
                      > Święta islamskie w islamskich krajach nie sa podbudowane tradycją?
                      Porownuje do
                      > wagi świat dla danego wyznania.
                      Toż piszę przecież, że w naszym krajusmile
                      • maika7 Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 12:37
                        mamalgosia napisała:


                        > Toż piszę przecież, że w naszym krajusmile

                        A myślisz, ze islamiście waga jego świąt spada wraz z oddalaniem sie od swojego
                        kraju? W Polsce chyba tak samo sa dla niego wazne jego swięta, jak gdziekolwiek
                        indziej. A moze nawet "na obczyźnie" bardziej wazne?
                        • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 16:21
                          Nie, myślę, że nie. Ale mamy demokrację. I też mi sie niektóre
                          rzeczy nie podobają - jendak lepszego systemu nie ma.
                    • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 12:20
                      maika7 napisała:


                      >
                      > I durgi - złożony - narzekamy na komercjalizacje świąt.
                      No, ja włąśnei nie wiem, czy narzekam. Chyba niespecjalnie. A nawet
                      w wątku o falstarcie piosenek świątecznych pisze o inkulturacji
                      Mikołaja cocacolowegosmile


                      > a) Jaki jest udzial kazdego z nas w tym?
                      nie wiem. To pewnie trzeba by przemyśleć, a ja zaraz biegnę grać w
                      bilard.



                      > c)Jaki jest innych, którzy gromadza się tylko ze względu na
                      tradycje?
                      i w tym nic złego nie widzę


                      > d)Jaki jest wierzacych wywierających presje spotkan (moja
                      sytuacja) na tych,
                      > którzy spotykac się w TYM czasie nie chcą (za to bardzo chetnie
                      spotykają się w
                      > innym czasie)?
                      A na wierzących to nie? Myślisz, że ja mam ochotę spotkać sie z
                      wszystkimi, z którymi sie spotykam? Takie życie - ciągłe wybory



                      >
                      • maika7 Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 12:47
                        mamalgosia napisała:

                        > No, ja włąśnei nie wiem, czy narzekam. Chyba niespecjalnie. A nawet
                        > w wątku o falstarcie piosenek świątecznych pisze o inkulturacji
                        > Mikołaja cocacolowegosmile

                        Część osó narzeka smile Nawet zdarza się dość wyraziste działanie, zeby uwypuklić
                        duchową strone świąt (ksiądz z konfesjonałem przez marketem) smile

                        > nie wiem. To pewnie trzeba by przemyśleć, a ja zaraz biegnę grać w
                        > bilard.

                        smile)


                        > > c)Jaki jest innych, którzy gromadza się tylko ze względu na
                        > tradycje?
                        > i w tym nic złego nie widzę

                        Ja tez nie widze nic złego. Natomiast widze wpływ na komercjalizacje, ktora sama
                        w sobie tez nie musi byc zła, skoro daje ludziom poczucie wspólnoty rodzinnej. I
                        przyczynia sie do wzmacniania więzi w rodzinie w innych aspektach niz religijne.


                        > > d)Jaki jest wierzacych wywierających presje spotkan (moja
                        > sytuacja) na tych,
                        > > którzy spotykac się w TYM czasie nie chcą (za to bardzo chetnie
                        > spotykają się w
                        > > innym czasie)?
                        > A na wierzących to nie? Myślisz, że ja mam ochotę spotkać sie z
                        > wszystkimi, z którymi sie spotykam? Takie życie - ciągłe wybory

                        No toz pytam o presje "w ogolnosci" smile Zakładając, ze częściej wywierają ja
                        jednak wierzący (choć wcale nie jestem tego taka pewna) na wierzących i
                        niewierzących.

                        Oj, po prostu świeta te otwieraja worki z pytaniami, jak żadne inne smile I
                        mieszaja religijnośc z niereligijnością (a nawet pogaństwem) w sposób
                        nieodzielalny wink na nasze własne zyczenie. I nie mówię, ze to źle. Mówię, ze to
                        ciekawe jest.
                        • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 16:23
                          A ja z tych, co nie mam zbyt wiele przeciwko komercjalizacji,
                          natomiast przeciwko UWYPUKLENIUsmile strony duchowej też nie. Jesli
                          ktos deklaruje się jako wierzący, to byłoby dobrze, by choć próbował
                          jakoś podejść do świąt od strony duchowej.
                        • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 16:25
                          Na pewno temat presji jest ciekawy. Ale nie wydaje mi sie, żeby to
                          wierzący na niewierzących czy w ogóle w jakimś związku z wiarą.
                          Rodzina, tradycja, przyzwyczajenie. Presji związanej z wiarą nie
                          czuję.
                          Ale niewykluczone, że niewierzacy moze mieć inne doświadczenia
        • luccio1 Re: U mnie niewierząco... 26.12.08, 20:39
          maika7 napisała:
          > Zebro, dlaczego Rodzice organizowali Wigilię, skoro są niewierzący?

          Nigdy nic nie wiadomo, do ostatniej chwili. Organizowanie Świąt może być
          ostatnią nitką łączącą z wiarą -
          może być też nitką, po której da się do Wiary powrócić.
          • verdana Re: U mnie niewierząco... 27.12.08, 16:16
            Szczególnie, jesli tak jak u mnie, jedno z rodziców jest
            niewierzacym protestantem z zydowskiej rodziny, a drugie
            niewierzacym Zydem. Do jakiejż to wiary mieliby powracać, skoro
            nigdy żadnej nie mieli?
          • maika7 Re: U mnie niewierząco... 28.12.08, 19:11
            luccio1 napisał:


            > Nigdy nic nie wiadomo, do ostatniej chwili. Organizowanie Świąt może być
            > ostatnią nitką łączącą z wiarą -
            > może być też nitką, po której da się do Wiary powrócić.


            Zainteresowaly mnie własnie osobiste powody - bo decyzja o swiętowaniu jest
            podejmowana z bardzo róznych powodów. Chciałabym je poznać. Różnorodnośc tych
            powodów smile
      • mamalgosia Re: U mnie niewierząco... 25.12.08, 20:37
        zebra12 napisała:

        > Na Wigilii byłam u mamy i taty. Oni są i zawsze byli niewierzący.

        ja też z takiego domu
      • mamalgosia zebro 25.12.08, 20:40
        to może otwieraj usta do mniesmile

        Wiesz, znam ból tego, że święta trzeba przetrwać. Znam ból tego, że
        trzeba weekend przetrwać. Przetrwać - nie przeżyć. Na szczęście
        tamto już minęło - zostawiło we mnie ślady i pamięć o tym, ale
        minęło. Teraz mogę się cieszyć wolnymi dniami.

        A że jesteś sama... (no z dziećmi, to przecież nie sama) Wygląda na
        to, że trudno i samemu i z ludżmi. Jak to śpiewał Krawczyk z kimś-
        tam:: "Trudno tak razem być nam ze sobą, bez siebie nie jest lżej".
        • zebra12 Otwieram więc :) 26.12.08, 09:38
          Wiesz, ja się zawsze dziwię takim pytaniom. Od dziecka tak świętuję i jakoś z
          kolei nie wyobrażam sobie inaczej, bo nigdy nie byłam na innej Wigilii. Byłam
          owszem u teściów, ale niczym się to nie różniło, choć to ludzie uważający się za
          wierzących. No poza tym, że u nich zawsze na wigilijnym stole był jeszcze
          alkohol... U nas się nie piło. I nie piszę o lampce wina bynajmniej...
          A co do samotnych Świąt to na szczęście mam kilka koleżanek wokół, które też
          same spędzają ten czas i spotykamy się w miarę możliwości. Jedną poznałam
          zresztą na forum, choć nie tym. I bardzo, ale naprawdę bardzo się polubiłyśmy i
          zaprzyjaźniłyśmy smile
          A dziś to by mi się przydał choć jeden mały sklepik czynny, bo mleko mi się
          skończyło!
          • mamalgosia Re: Otwieram więc :) 26.12.08, 10:25
            a jak Ci dzisiaj?
            • zebra12 Wysłam drugie dziecię z domu 26.12.08, 14:04
              Za chwilkę przyjedzie mój eks i weźmie średnią córkę na wieś. Do wtorku.
              Najstarsza jest u mojej mamy, jutro po nią jadę. Jestem tylko z małą. Ale lubię
              taką ciszę... Odpocznę sobie. Zauważam, ze przy jednym dziecku czuję się jakoby
              go w ogóle nie było smile
          • maika7 Re: Otwieram więc :) 26.12.08, 11:18
            zebra12 napisała:

            > Wiesz, ja się zawsze dziwię takim pytaniom. Od dziecka tak świętuję i jakoś z
            > kolei nie wyobrażam sobie inaczej, bo nigdy nie byłam na innej Wigilii.

            Pytam, bo stoje przed decyzją pożegnania się ze świętowaniem. Ciekawi mnie zatem
            róznorodność odczuć jaka dzieje się na styku
            niewierzący-świętujący/wierzący-świętujący. Nie tylko moich odczuć, ale własnie
            cudzych odczuć.
    • bammbi Re: i jak święta? 25.12.08, 20:46
      Święta pięknie. Odnajduję nowonarodzonego Jezusa. Obyło się bez
      szału zakupów, wychodzenia z domu i tego całego zamieszania, w
      spokoju, choć z 2 malutkuch dzieci sądziłam, ze to niemożliwe,
      naprawdę przyszedł do nas Jezus. Jest w olbrzymiej własnoręcznej
      szopce i naszych sercach. Nawet świętowanie ze słabo lub w ogóle nie
      wierzącymi (obceni w naszej rodzinie) są jakieś głębsze i skupione
      wokól Jezusa. Jutro spotykam się z przyjacielem z klasy (liceum)
      jest Dominikaninem, byłam na mszach adwentowych, które odprawiał,
      bije od Niego prawdziwa Miłość Boga. Dużo mi jest łatwiej w takich
      chwilach, to dla mnie wielki przykład wiary, mój przyjaciel z jednej
      ławki ! wybrał taką piękną drogę do Boga.... Panie Jezu dziękuję Ci
      za wszystkich ludzi, którzy zbliżają mnie do Ciebie. Jak dobrze, że
      mam ich wokól siebie!
    • bammbi Mamałgosiu 25.12.08, 20:56
      a napisz jeszcze o co chodziło Ci z babcią, bo chciałabym napisać o
      moich doswiadczeniach ale nie do końca zrozumiałam Twoje. Moja córka
      przy babci szaleje, kocha ją, nic sie dla niej więcej nie liczy gdy
      ma przy sobie babcię, rodzice schodzą na dalszy plan, nie wiem czy
      to samo u Was zaobserwowaliscie ? Babcia rozpieszcza, zawsze
      pociesza, kupuje książki , prezenty, masę wszystkiego (również
      niepotrzebne) daje zjeść cała czekoladę na raz (mimo ze czasem zle
      sie to kończy) pozwala na wszystko, daje się manipulować do granic
      rozsądku 3 latce, itd, mogłabym pisać i pisać. Niekoniecznie na
      korzyść babci, ale podchodzimy do tego z przymróżeniem oka, tak, to
      wlasnie przywilej babci że jest taka a nie inna ;o)
      • mamalgosia Re: Mamałgosiu 25.12.08, 21:13
        bammbi napisała:

        > a napisz jeszcze o co chodziło Ci z babcią, bo chciałabym napisać
        o
        > moich doswiadczeniach ale nie do końca zrozumiałam Twoje. Moja
        córka
        > przy babci szaleje, kocha ją, nic sie dla niej więcej nie liczy
        gdy
        > ma przy sobie babcię, rodzice schodzą na dalszy plan, nie wiem czy
        > to samo u Was zaobserwowaliscie ?
        Mnie by nie przeszkadzało, gdybym schodziłą na dalszy plan - np gdy
        przyszedł do Starszego kolega, to oczywiste, że on był
        najważneijszy. No, ale jednak mnie słuchali. A przy babci to sobie
        mogę mówić co chcę, to nei ma znaczenia. No dobrze, przykład z
        ostatniej niedzieli (wstyd mi, ale opowiem). Dziecko chce pić. W
        kuchni stoi woda, mówię: przynieś sobie wodę (i podałam szklankę, bo
        nie dosięga). Na co dziecko do babci: "Ty mi przynieś" (bez
        słowa "proszę"). Nie zgadzam się, ale babcia już biegnie. Gdy uda mi
        się ją zahamować w takim momencie, to dziecko tupnie nogą i wrzaśnie
        (no naprawdę, wobec mnie by to w ogóle nie przeszło, dziecka nie
        poznajęsad)), a wtdey na pewno babcia pobiegnie po tę wodę, BO ON
        CHCE (to jest argument). Płakać mi sie chce, bo niweczy to wszelki
        mój trud wychowawczy, nienawidzę jak moje dzieci tak kogoś traktują.
        Bardzo mnie to denerwuje, nawet zaczęłąm unikać spotkań (i np idę
        sama, albo dzieci wysyłam same). Jest coraz gorzej


        Babcia rozpieszcza, zawsze
        > pociesza, kupuje książki , prezenty, masę wszystkiego (również
        > niepotrzebne) daje zjeść cała czekoladę na raz (mimo ze czasem zle
        > sie to kończy)
        Tak, oczywiście. Np dziecko po trzydniowych wymiotach i spokojnej
        połowie dnia, na sucharach, zostaje u babci nakarmione landrynkami
        ("taką miał ochotę" - a nie miał! Sama zaproponowała!) i smażoną
        kiełbasą. Wymiotuje potem dalej niż widzisad


        pozwala na wszystko, daje się manipulować do granic
        > rozsądku 3 latce, itd, mogłabym pisać i pisać.
        No więc ja też mogłąbym pisac i pisac. Tylko, że wolałąbym coś
        zmienić, ta bezradność mnie załamujesad I to, że własnie jest gorzej,
        a nie lepiejsad((


        Niekoniecznie na
        > korzyść babci, ale podchodzimy do tego z przymróżeniem oka, tak,
        to
        > wlasnie przywilej babci że jest taka a nie inna ;o)
        No więc ja już nie potrafię przymrużać okasad Jeden Synek nawet
        uderzył babcię. Ukarałam go, a ona się śmiała (to takie śmeiszne? A
        jak ją potem młotkiem walnie?)



        • verdana Re: Mamałgosiu 25.12.08, 23:19
          To ja na dwa tematy. Ja też niewierzaca, z niewierzacej rodziny - a
          Wigilię u moich rodziców zawsze obchodziło się bardzo solennie.
          Pilnowała tego mama, w ktorej domu rodzinnym nie obchodzono zadnych
          swiąt i jak twierdzi - to było okropne.
          Czyli nie tylko choinka, barszcz i prezenty, ale ogolna zyczliwość -
          mama i babcia na codzień nie za bardzo sie lubiące Wigilię spedzały
          w pełnej zgodzie. Potem odprowadzalismy babcię i kiedy raz
          powiedziałam, ze mi sie nie chce, mama zabraa mnie do drugiego
          pokoju i powiedziała, co sadzi o tym, ze mam zamiar nie odprowadzić
          babci, ktora jest samotna, do domu. Do dzis pamiętam.
          A jesli chodzi o zachowania wzgledem babci - w Wigilie
          powstrzymalabym sie, ale w innych okolicznosciach, niezaleznie od
          opinii babci dziecko zostałoby surowo ukarane. Nie pozwolilabym
          wypić przyniesionej wody, kazałabym babcie przeprosić, a w razie
          koniecznosci (protesty babci, opór dziecka) zabralabym natychmiast
          dziecko do domu - w ramach kary. Uwazam, ze babciom wolno wiele, ale
          na pewno nie wolno demoralizowac wnuków.
          • mamalgosia Re: Mamałgosiu 26.12.08, 10:31
            Tak, dwie sprawy poruszasz, bo i ja kilka namotałam - sama sobei
            jestem winnasmile

            Własnie nie widzę nic złego czy niestosownego w obchodzeniu świąt
            przez niewierzących. Nie jest to dla nich (Was) obchodzenie
            narodzin Jezusa, więc dla mnie (to chyba oczywiste) nie ma tej
            podstawowej i najważniejszej treści. Ale to nie znaczy, że zaraz
            żadnych treści nie ma. Natomiast znam ortodoksów ateistycznych,
            którzy na znak protestu własnie nie obchodzą, pracują jeśli się da,
            mówią otwarcie że są przeciwni.

            A co do babci, to oczywiście, że w wigilię się powstrzymałam. I
            powstrzymuję się wiele, bardzo wiele razy. Ale jest mi coraz
            trudniej. Niestety babcia jest taką osobą, że na najmniejsze
            zwrócenie uwagi reaguje obrażeniem się. A ja wcale nie chcę by moja
            właśna matka byłą na mnie obrazona. No i - nie będę ukrywała -
            potrzebuję jej pomocy (praca zawodowa+często chorujące dziecko).
            Codziennie więc stąpam po kruchym lodzie i jestem napięta do granic
            możliwości. Do tego doszła choroba mamy - skomplikowało się jeszcze
            bardziej.
            • verdana Re: Mamałgosiu 26.12.08, 11:11
              To współczuję. Ale niestety - powiem wprost. Chyba nie masz dobrego
              wyjscia - albo obrazisz matke i nie wykluczone, że bedziesz
              pozbawiona jej pomocy, albo pozwolisz, aby Twoje dziecko wyrastało
              na niedobrego człowieka. Bo pomiatanie inną osobą źle wrózy na
              przyszłość. Zanałam pare dzieci tak zwracajacych sie do swoich matek
              (to gorzej) i żadne z nich nie wyroslo na milego czlowieka.
              Możesz jeszcze wyraxnie zapowiedzieć dziecku, czego mu nie wolno,
              nawet gdy babcia pozwala - i systematycznie dawać kary po wyjsciu
              babci. Powiem szczerze, ze chyba tak bym zrobiła. Słyszac, jak
              dziecko kaze babci coś zrobić, rzucalabym uwagę "Pamiętasz, co
              mówiam?", a jesli dziecko nie przeprosi, po wyjsciu babci wyglaszała
              pogadankę - i karała.
              Czy nie masz żadnej innej możliwości, aby ktos Ci pomógl? Bo ja bym
              jednak bała się takiego wplywu babci na dziecko. Rok czy dwa pomocy,
              a potem problemy z dzieckiem całe lata.
              • mamalgosia Re: Mamałgosiu 26.12.08, 12:28
                verdana napisała:

                > To współczuję. Ale niestety - powiem wprost. Chyba nie masz
                dobrego
                > wyjscia - albo obrazisz matke i nie wykluczone, że bedziesz
                > pozbawiona jej pomocy, albo pozwolisz, aby Twoje dziecko wyrastało
                > na niedobrego człowieka. Bo pomiatanie inną osobą źle wrózy na
                > przyszłość.
                Verdano, ja ciągle mam nazieję, ż ejest trzecie wyjście. I będę
                ciągle próbować je znajdować i wcielać w życie. Bardzo sie boję, że
                jest tak jak mówiszsad(



                > Możesz jeszcze wyraxnie zapowiedzieć dziecku, czego mu nie wolno,
                > nawet gdy babcia pozwala - i systematycznie dawać kary po wyjsciu
                > babci.
                Tak właśnie robimy. I mam wrażenie, że oni rozumieją (szczególnie
                Starszy) i pozostaje mi mieć nadzieę, że z wiekiem będzie rozumiał
                coraz więcej. Natomiast W TRAKCIE to mnie najwięcej kosztuje, bo w
                trakcie nei dociera nic.
                Mama zaproponowała mi wspólny wyjazd na wakacje - nie wiem jak to
                załatwię, na razie modlę się by przyszło jakieś rozwiązanie, a co
                zrobię gdy już przyjdzie do planowania wakacji to nie wiem. Wiem, że
                NIE MOŻEMY pojechać w takim zestawie, ale na razie jeszcze odsuwam
                od siebie rozmowę w tej sprawie.


                > Czy nie masz żadnej innej możliwości, aby ktos Ci pomógl?
                Nie, zupełnie niesad
                Poza tym to jest bardziej złożona sytuacja. nie wiem, czy bez nich
                mama wyszłąby z choroby - oni dają jej siłę do życia.
                Każda rodzina ma swój problem. Tylko jak ich jest dużo, to nawet w
                święta nie można się od nich oderwać
                • verdana Re: Mamałgosiu 26.12.08, 13:33
                  Ja tak piszę, bo ja dałam sobie własnie "wleźć na głowę". Nie w
                  kwestii dzieci - z dziećmi bylo OK, chociaż jednu dziadkowie byli
                  zbyt surowi, ale trudno.
                  Problem w tym, ze zamiast się postawić wiele, wiele lat temu,
                  pozwoliłam , aby np. mama musiała wiedziec gdzie jestem. Zawsze.
                  Tzn. przed epoką komórek nie mogłam wyjść z domu, zeby nie
                  zameldowac mamie, ze wychodzę (a mieszkalam gdzie indziej). Teraz
                  też muszę mniej-wiecej mówic gdzie jestem, co robię, tlumaczyc sie,
                  dlaczegowracam późno, a jak nie odbieram telefonu, to mama potrafi
                  dzwonic kilkanaście razy i miec pretensje. Nie mówiąc o telefonach -
                  min. 4 razy dziennie.
                  Zawsze był naprawde dobry powód, aby tego nie ukrócić - nerwica,
                  choroba, zły okres. Teraz, jako matka dorosłych dzieci widze, ze
                  lepsze byloby postawienie sprawy na ostrzu noża, to, ze nie
                  potrafiłam tego zrobic, bardzo popsuło kontakty z mamą. Byłaby o
                  wiele szczęśliwsza i co więcej - na pewno widzialaby mnie częściej,
                  gdybym kiedys, jeden raz zrobiła jej przykrość, zamiast pozwolić,
                  bym przez cały czas byla na nią zirytowana.
                  Naprawdę, wydaje mi sie, ze nasza taktyka - aby raz nie sprawic
                  przykrości, nie jest dobra dla zadnej ze stron. Tak jak z wyjazdem.
                  Twoja mama juz go planuje, cieszy się. Może lepiej przeciąć te
                  marzenia teraz, gdy jescze jest duzo czasu, niż pozwolić, aby za
                  duzo o tym myslała? Albo pojechac z mamą i miec jej dosyć na dłuższy
                  czas?
                  • mamalgosia Re: Mamałgosiu 26.12.08, 16:20
                    Verdano, bardzo się boję, że wiele w tym prawdy co piszesz. I że
                    wiesz więcej - bo jakby już przez to przeszłaś. Wiem, ze każda
                    sytuacja jest inna, ale jednak pewne schematy się powtarzają...sad

                    A jeśli w złym momecie "utniesz"? Czasem lepiej tak, czasem inaczej.
                    Tylko kiedy jak? To rozeznanie... strasznie trudne.
                    Jeden "przecierpi" i potem już będzie lepiej. A w innym rana nigdy
                    się nie zabliźni. A jeszcze inny się zabijesad Nie, radykalne cięcia
                    u mnie nie wchodzą w grę.

                    Co do wyjazdu, to rozmowa była na razie bardzo niezobowiązująca,
                    odpowiedziałam "nie wiem" i potem temat się zmienił. Ale ja o tym
                    myślę.
    • ese1 Re: i jak święta? 26.12.08, 17:24
      z jednej strony piekne. Mielismy Wigilie miedzykulturowa. W tym roku, jak i w
      poprzednich latach, zostalismy u nas w domu. Nie jechalismy do rodziny, nikt z
      rodziny tez nie przyjechal, w sumie daleka droga, prawie 1000km.
      Od 3 tygodni mieszka z nami mlody chlopak z Gruzji, ma na imie Temo, przyjechal
      do nas jako AU-pair uczyc sie jezyka i przy okazji opiekuje sie dziecmi. Byl z
      nami na wigilii, a jest wyznania prawoslawnego. Zaprosilam tez znajoma Afganke z
      sasiedztwa z 3-ka dzieci. Jej maz musial wyjechac w tym czasie. Urzadzilam
      polskie dania, Temo zrobil gruzinskie Chachapuri, Nadia (Afganka) przyniosla cos
      tradycyjnego Afganskiego. Na poczatek oplatek, ktorym byla zachwycona, pozniej
      prezenty dla dzieci, kolacja, nasze polskie koledy. Bylo milo i sympatycznie.

      Z drugiej strony troche chorobowo, wirus nas jakis dopadl, ja noc wigilijna
      przemeczylam z wysoka goraczka, wczesniej corka, teraz syn goraczkuje. Mam
      nadzieje, ze to nic powaznego.
      • mamalgosia Re: i jak święta? 26.12.08, 19:44
        Bardzo mi zaimponowałaś takim urządzeniem wigilii
    • nati1011 w szpitalu :( 26.12.08, 19:12
      dzień przed wigilią moja infekcja dała gwałtowne pogorszenie i z
      podejrzeniem zapalenia opon wylądowałam w szpitalu. Na szczescie
      punkcja nic nie wykryła ale po punkcji musiałam 2 dni leżeć plackiem
      i dopiero dzisiaj udało mi się wyprosić przepustkę. Wprawdzie w
      poniedziałek muszę się jeszcze stawić na kontrolne badania, ale i
      tak cieszę się choc z tego jednego dnia z dziećmi (bo rodzina to
      mnie tłumnie odwiedzała, ale dzieci nie można było na zakaźny
      zawieść). Tak wiec smutno, ze strachem, ale jednak.

      I po raz kolejny dochodze do wniosku, ze nie jestem gotowa, że
      ciagle tyle do zrobienia...
      Życie takie kruche, wystarczy chwila: wypadek, choroba, coś
      złego.... nie ma we mnie gotowości na odejście w każdej chwili.
      • mamalgosia Re: w szpitalu :( 26.12.08, 19:48
        Nati, znowu tyle się u Ciebie dzieje, a my tu nic nie wiemy. Może
        jakiś kontakt na komórkę? Wiesz, żeby można było wesprzeć... (nei
        sugeruję, że takie sytuacje mają sie u Ciebie wydarzać nagminnie,
        tak tylko na wszelki wypadek).
        A ja nie wiem z tą gotowością. Bo co by to miało znaczyć? Czystej
        duszy nigdy nie będę miała (chyba, żebym padła trupem u kratek
        konfesjonału). Gotowa na spotkanie z Panem to też chyba nigdy, ale
        się nie boję. Raczej jestem myśli, że może być tylko lepiej, życie
        jest naprawdę trudne, a lęki i cierpienia jakich było mi dane
        doświadczyć sprawiają, że nie boję się już niczego co po "tamtej"
        stronie. Jedyne (tak, jedyne) co stanowi problem to zostawienie
        Ludzi, którzy mnie potrzebują.

        Zdrowiej, nati, zdrowiej
        • nati1011 Re: w szpitalu :( 26.12.08, 20:02
          przyznam szczerze, że to tak nagle poszło, że nawet nie było czasu
          na jakiś kontakt, a potem nie miałam maila. Prześlę ci tel na maila -
          tak na wypadek wink

          > A ja nie wiem z tą gotowością. Bo co by to miało znaczyć? Czystej
          > duszy nigdy nie będę miała (chyba, żebym padła trupem u kratek
          > konfesjonału). Gotowa na spotkanie z Panem to też chyba nigdy, ale
          > się nie boję. Raczej jestem myśli, że może być tylko lepiej, życie
          > jest naprawdę trudne, a lęki i cierpienia jakich było mi dane
          > doświadczyć sprawiają, że nie boję się już niczego co po "tamtej"
          > stronie. Jedyne (tak, jedyne) co stanowi problem to zostawienie
          > Ludzi, którzy mnie potrzebują.

          Z jednej strony, to ja już wielokrotnie nie miałam siły, i chciałam
          odejść do krainy, gdzie nie ma już łez i cierpienia, ale póki dzieci
          są małe chyba nie bedę potrafiła powiedzieć, ze jestem na to gotowa.
          Jeżeli czegoś chciałabym oszczedzić swoim dzieciom to sieroctwa.
          • isma Re: w szpitalu :( 26.12.08, 20:11
            Co do tego pozostawiania dzieci sierotami, to bodaj Minerwa opowiadala kiedys
            taka cudna goralska anegdote, ktorej niestety nie umiem teraz znalezc ;-(((.
            Ale w kazdym razie, ekhm, no - poradza sobie bez nas. Nie jestesmy niezastapieni
            (uswiadomienie sobie tego bylo dla mnie swego czasu duzym odkryciem wink)). Jest
            lepsza Opieka.
            • mamalgosia Re: w szpitalu :( 26.12.08, 20:26
              No więc dlatego napisałam, że choć to jest jedyny wzgląd, to nigdy
              nie będę gotowa. Ja nie będę gotowa pod tym względem nigdy. Gdybym
              więc nawet mogła sobie wybrać moment śmeirci to pod wieloma
              względami mógłby to być niemalże każdy moment - to pod tym względem
              nie pasowałby mi żaden. A przy skłonnościach samobójczych może być
              to rzecz decydująca.
              A anegdotę pamietam. Tzn pamiętam, że była - ale też nie potrafię
              jej opowiedzieć. Wstyd.
              Co nie zmienia postaci rzeczy, że jednak dzieci nie rosną na
              grządkach a rodzą je kobiety (choć przecież jest lepsza Opieka).
              Chyba po coś.
              • mamalgosia ismo, proszę: 26.12.08, 20:28
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=16182&w=72643877&a=72683279
                • isma Re: ismo, proszę: 26.12.08, 21:11
                  O, bardzo dziekuje.
              • isma Re: w szpitalu :( 26.12.08, 21:11
                A to sie wcale wzajemnie nie wyklucza. Poki mam jaki-taki wplyw na bieg rzeczy,
                robie co mam do zrobienia. Ale jesli go trace - to trace, tyle.

                "Sludzy nieuzyteczni jestesmy, wykonalismy, co do nas nalezalo..."
            • nati1011 Re: w szpitalu :( 27.12.08, 10:59
              Isma - ja to teoretycznie wiem, i w teorii się nawet z tym zgadzam ;-
              ) Co nie zmienia faktu, ze w sercu się z tym pogodzić nie potrafię.

              A moze tak ma właśnie być? Powiem szczerze, że gdybym nie miała
              dzieci, to nie miałabym siły by walczyc z kolejną chorobą.
              Poddałabym się już wiele lat temu. A tak ta troska o dzieci dodaje
              mi zawsze sił by pokonac pokusę i nie poddać sie.
          • zebra12 Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 26.12.08, 21:22
            Nie strasz rodziny i siebie. Słuchaj, nie wiem, jakie masz dokładnie objawy, ale
            czy przy punkcji robili Ci też test na krętki borelii? Borelioza daje tak różne
            objawy, często nietypowe. Koleżanki córka miała, mój znajomy też. I najczęściej
            są to objawy przeziębieniowe na początek, a potem zwykle mózgowe, od zapalenia
            opon mózgowych, poprzez paraliże, padaczki i inne takie. Moja córka przeszła w
            maju udar niedokrwienny mózgu - cud, że przeżyła i jest zdrowa! Ale ja nie o
            tym, otóż położyli ją wtedy w klinice w Katowicach, bo tam są specjalisci od
            tego typu chorób. Pierwsze badanie jakie jej tam zrobili to była punkcja -
            sprawdzili ciśnienie wewnątrzczaszkowe i wewnątrz rdzenia oraz szukali obecności
            krętek borelii. Na szczęście ich nie znaleziono. Nie wiem z jakiego jesteś
            miasta i czy robili Ci takie badanie, ale warto to sprawdzić.
            Życzę Ci naprawdę dużo zdrowia i cierpliwości w walce z chorobą. Nie wiem, jak
            mogłabym Ci pomóc, ale jeśli jakoś bym mogła to daj znać! Napisz na maila lub na
            gg: 10107397
            • nati1011 Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 27.12.08, 11:07
              nie ma raczej podtaw podejrzewać boreliozy. Ostatni kleszcz ugryzł
              mnie ze 20 lat temu jak nie więcej. I nigdy nie było to mocne
              ugryzienie.

              U mnie to jakaś paskudna infekcja. mało, że siekła mnie bardzo mocno
              to jeszcze trwa o wiele dłużej niż normalnie. I pod koniec tej
              infekcji pojawiły się gwałtowne bóle głowy i wymioty. Takie bóle ja
              miewam normalnie co jakiś czas - ale poniewaz tym razem pojawily sie
              w trakcie infekcji i pojawiły się też słabe objawy oponowe to
              lekarze stwierdzili wysokie prawdopodobieństwo przeniesienia sie
              infekcji na opony. No i "fundnęli" mi punkcje w sama wigilie. No to
              teraz boli mnie głowa po punkcji wink

              Nie wiem jeszcze czego tam w tym płynie dokłądnie szukali, ale
              stwierdzili, ze nie nosi znamion żadnej infekcji - na szczęście.
              ZObaczymy co wymuslą jescze w poniedziałek.
              • malla.mi Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 20:12
                ja tak zupełnie nie w temacie, no i w ogóle nie znam Twojej sytuacji
                Nati, ale tylko napiszę, że mogłaś nawet nie zauważyć, że Cię
                kleszcz dziabnął. A one i w miastach są.
                • nati1011 Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 20:53
                  ??? Jak to możliwe? przeciez kleszcz sie wgryza w skórę. Ciągnie
                  krew, no naprawde trudno mi sobie wyobrazić, by czegoś takiego nie
                  zauważyć. Poza tym, ugryzienie jest wprawdzie bezbolesne, ale potem
                  zostaje odczyn zapalny, mniej lub bardziej. No i pomijając sytuację
                  ekstremalne, to do zakażenia potrzebne jest to takie dłuższe
                  wgryzienie - brrr!
                  • katriel Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 21:28
                    Wiesz, ja startuję w marszach na orientację. To wygląda tak, że kilka godzin
                    gania się po lesie, a raczej przedziera przez jakieś krzaki i młodniki. W
                    sezonie kleszczowym z takiej imprezy zwykle przywożę od jednego do trzech
                    kleszczy, już wgryzionych. I nigdy żadnego nie poczułam. Po prostu wieczorem
                    przy myciu oglądam się dokładnie i wtedy je znajduję.
                    Fakt, że przy dłuższym wgryzieniu i odczynie zapalnym może bym w końcu poczuła.
                    Ale mimo wszystko nie jest to takie pewne, że zawsze się czuje.
                  • maika7 Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 21:36
                    Nimfy (larwy kleszczy) sa tak male i tak jasne, ze można je przeoczyć.
                    • nati1011 Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 21:46
                      no nie - poczekajcie. Żeby się zarazić od klescza to on musi ugryźć.
                      Larwa nie gryzie, kleszcza można przeoczyć na początku - dlatego po
                      wizycie w lesie trzba sie obejrzeć, by go złapać zanim się wgryzie
                      na dobre i przewaznie to sie udaje, ale jeżlei by się ukrył - no
                      przeciez może, to się wgryzie, a wtedy to już naprawde trudno go
                      przeoczyć - rośnie duży krwisty balon.

                      Osobiście nie słyszałam o boleriozie przeniesionej przez kleszcza,
                      którego nikt nie zauważył. Te przypadki, które znam, to były
                      ewidentnie po kleszczu, i z widocznym w miejscu ugryzienia odczynem
                      zapalnym.

                      • maika7 Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 22:05
                        Larwa gryzie. Kolega wlasnie sie leczy - nimfa. Na szczeście wylazl
                        mu rumien po jakimś czasie.

                        Bardzo wielu pacjentow z borelioza i koinfekcjami nie pamieta
                        kontaktu z kleszczem. Zajrzyj na forum borelioza
                        forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=26140
                        szczegolnie do FAQ i linku o rozpoznawaniu boreliozy
                        • isma Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 22:26
                          maika7 napisała:

                          > Larwa gryzie.

                          Wiecie co?
                          Ja uwielbiam to forum wink)).
                        • mamalgosia Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 22:33
                          Myślałam, że nimfa to taka śliczna zwiewna panienka tańcująca po
                          jeziorze. Całe życie się człowiek uczysmile

                          Natomiast co do boreliozy, to miałam (niestety). Z widocznym
                          rumieniem (wędrującym bardzo), kleszcza, który ją wywołał nie
                          widziałam (tzn kleszcze czepiają się nas często, ale tego
                          konkretnego akurat nie odnotowałam). W ogóle to miałam dwa rumienie,
                          jeden w maksymalnej średnicy był ponad 80 cm!

                          No to tyle na temat "jak nam minęły święta"smile
                          • mamalgosia P.S. 28.12.08, 22:36
                            żeby było ładniej:
                            borelioza.gazetka.eu/grafiki/kleszcz-poryroku.png
                            • mamalgosia Re: P.S. 28.12.08, 22:37
                              once again, nie działał:
                              images.google.pl/imgres?
                              imgurl=http://borelioza.gazetka.eu/grafiki/kleszcz-
                              poryroku.png&imgrefurl=http://borelioza.gazetka.eu/teksty.php%3Fplik%
                              3Dkltryb.php%26tytul%3DBorelioza:%2520Kleszcz%2520-%2520tryb%2520%
                              25C5%25BCycia&usg=__l6l2FlfRINv4MtR2cSH-
                              AdWaT9E=&h=646&w=480&sz=38&hl=pl&start=3&um=1&tbnid=jBgMzP3eyKK0qM:&t
                              bnh=137&tbnw=102&prev=/images%3Fq%3Dnimfa%2Bkleszcz%26um%3D1%26hl%
                              3Dpl%26lr%3D

                              • mamalgosia Re: P.S. 28.12.08, 22:39
                                Nie umiem wpisać żeby działał, no szkoda, takie piękne samce i
                                samice były, i nagi człowiek nawet też i jajeczko kleszczowe, same
                                ładne rzeczy. i to jeszcze z podziałem na pory roku
                          • maika7 Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 22:36
                            mamalgosia napisała:

                            > Myślałam, że nimfa to taka śliczna zwiewna panienka tańcująca po
                            > jeziorze. Całe życie się człowiek uczysmile

                            no bo biolodzy nawet obraz nimfy mają "inny" i sprowadzą zwiewne
                            panny do osmionogich krwiożerczych paskudztw smile)
                            • mamalgosia Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 22:41
                              Nigdy nie lubilam biologii. Nie lubiłam książki do biologii i pani
                              od biologii (obie bardzo grubesmile ).
                              Nimfa to jeszcze papuga, no nie?
                              I jeszcze są nimfetki, ale to już zupełnie inna sprawa.


                              Taaak, jestem niewyspana
                              • maika7 Re: Nati, Ty się nam zdrowo trzymaj! 28.12.08, 23:19
                                smile)
                                jestem zona "pana od biologii" - nie jest bardzo gruby smile)
                                sama jestem biologiem i pracuje w "siedlisku biologow" smile))
                                ale nie jestem "pani od biologii" - uff i nie jestem bardzo gruba :-
                                ))
                                dzieci nie daly sie zbiologizowac.

                                panie od bilogii mialam takie, ze to cud, ze mi biologia nie
                                obrzydla smile)

                                papuga i przynęta na ryby- o ile dobrze kojarze

                                dobrej nocy
                                M.
          • ese1 Re: w szpitalu :( 27.12.08, 09:08
            nati, kiedy z goraczka walczylam w noc wigilijna, nie moglam pojsc na pasterke
            zastanawialam sie po co mi takie swieta, dlaczego, przeciez chcialam je tak po
            bozemu spedzic, a nawet sily na modlitwe nie mialam. Ale nie wszystko w zyciu
            sie uklada po naszej mysli. W tym tez jest jakis sens.
            Mam nadzieje, ze twoje zdrowie tez szybko powroci, bede sie o to modlic.
            • nati1011 Re: w szpitalu :( 27.12.08, 11:11
              ja też miałam sporo planów - włącznie z wigilią u nas sad

              A w efekcie jedyne co mogłam zrobic to lezec i cierpieć sad bywa i
              tak.
      • mader1 Re: w szpitalu :( 27.12.08, 16:10
        bardzo to przykre sad Dobrze choć że Cię wypuścili.
    • magdalaena1977 Re: i jak święta? 26.12.08, 20:28
      Muszę przyznać, że zupełnie nie rozumiem problemu jaki ma majka ze świętowaniem
      przez osoby niewierzące.
      Dla mnie wizja świąt obecna w mediach jest tak świecka, że jeśli ktoś nie chodzi
      do kościoła, to praktycznie nie ma do czynienia z elementami religijnymi. Bo to
      są tylko święta - dawania prezentów, dekorowania domów (światełka, choinka),
      spotkań z rodziną, składania życzeń. Praktycznie nie ma szopek, Mikołaj jest w
      kolorach coca-coli, a nie biskupich szatach. Słychać neutralne piosenki o
      śniegu, a nie kolędy.
      Te wszystkie obrzędy są do zrealizowania tylko na bazie tradycji - coś jak
      tradycyjne imieniny babci.
      A spotykanie się z rodziną akurat teraz ma dodatkowy plus, że są dni wolne od
      pracy - to tak jak nowa tradycja wyjazdów za miasto na weekend majowy.

      Więc jeśli ktoś nie ma konfliktów w rodzinie (a wtedy wspólne świętowanie jest
      trudne nawet dla wierzącego), to na czym polega problem ?
      • mamalgosia Re: i jak święta? 26.12.08, 20:30
        magdalaena1977 napisała:

        > Muszę przyznać, że zupełnie nie rozumiem problemu jaki ma majka ze
        świętowaniem
        > przez osoby niewierzące.
        Przyznam, że i ja tego problemu nie rozumiem.
        Ale tak to jest, że często nie rozumiemy innych ludzi i oni nie
        rozumieją nas. Czasem wyjaśnienia naprowadzają na odpowieni tok
        myslenia. A czasem i to nic nie daje.




        >
        >
      • maika7 Re: i jak święta? 28.12.08, 19:18
        magdalaena1977 napisała:

        > Muszę przyznać, że zupełnie nie rozumiem problemu jaki ma majka ze świętowaniem
        > przez osoby niewierzące.
        > Dla mnie wizja świąt obecna w mediach jest tak świecka [.....]

        > Więc jeśli ktoś nie ma konfliktów w rodzinie (a wtedy wspólne świętowanie jest
        > trudne nawet dla wierzącego), to na czym polega problem ?

        Osobisty mój problem? na tym, ze akurat musze (zupelnie niezaleznie od moich
        checi) w tym czasie sie spotykać. A wole spotykac sie z bardziej neutralnych
        światopoglądowo okazji.

        "Niebardzo" osobisty - tak ogólnie zastanawiam sie nad naszą +/- homogennością
        światopoglądową i tego, co z niej wynika smile

        • magdalaena1977 Re: i jak święta? 28.12.08, 20:21
          maika7 napisała:
          > Osobisty mój problem? na tym, ze akurat musze
          > (zupelnie niezaleznie od moich checi) w tym czasie sie spotykać.
          To znaczy, że sama idea spotkania z rodziną jest ok., a przeszkadza Ci tylko
          termin ?
          A jak traktujesz imieniny ? też podchodzisz do tego, tak że chętnie byś wpadła
          do cioci Zosi we wrześniu, ale impreza w maju Ci nie leży ze względu na świętą
          Zofię ?

          > A wole spotykac sie z bardziej neutralnych światopoglądowo okazji.
          A czy przeszkadzają Ci konkretne religijne obrzędu (pasterka), czy w ogóle
          jesteś przeciwna społecznym zwyczajom obecnym w naszej kulturze (typu choinka i
          prezenty) ?
          A czy to nie jest po prostu kwestia jakiejś trudnej sytuacji rodzinnej i braku
          dobrych wspomnień z dzieciństwa ?

          Pytam zupełnie szczerze, bo zupełnie nie rozumiem Twojego stanowiska. I pierwszy
          raz spotykam się z postawą negowania także tej świeckiej i tradycyjnej części
          Świąt Bożego Narodzenia.
          • maika7 Re: i jak święta? 28.12.08, 21:34
            magdalaena1977 napisała:


            > To znaczy, że sama idea spotkania z rodziną jest ok., a przeszkadza Ci tylko
            > termin ?

            Przeszkadza mi raczej przymus- brak mozliwości powiedzenia "nie przyjadę" bez
            wyrządzenia przykrości Mamie. To w tym osobistym "problemie". Natomiast w
            szerszym - przeszkadza mi to, ze z założenia jestem świętująca.

            > A jak traktujesz imieniny ? też podchodzisz do tego, tak że chętnie byś wpadła
            > do cioci Zosi we wrześniu, ale impreza w maju Ci nie leży ze względu na świętą
            > Zofię ?

            eee... no my nie obchodzimy imienin. No tak jakoś... Dzwonie z życzeniami, ale
            sie nie spotykamy gromadnie. Ani do nas nikt nie przyjeżdża imieninowo, ani my
            nie jeździmy. Urodzinowo tez nie. Wyjątkowo rocznicowo - np. 40 lecie ślubu
            rodziców, jak powiedzieli, że robią przyjecie z tej okazji.


            > A czy przeszkadzają Ci konkretne religijne obrzędu (pasterka),

            Jesli nie musze na nią iśc, to mi nie przeszkadza. Kontekst spotkania mi nie
            tyle przeszkadza, co czuje się jak w innej bajce.

            > czy w ogóle
            > jesteś przeciwna społecznym zwyczajom obecnym w naszej kulturze (typu choinka i
            > prezenty) ?

            Nie jestem przeciwna - tylko sama nie czuje potrzeby swiętowania w tych dniach.
            żadnej potrzeby. Choinki nie mam od jakiegoś już czasu.

            > A czy to nie jest po prostu kwestia jakiejś trudnej sytuacji rodzinnej i braku
            > dobrych wspomnień z dzieciństwa ?

            Trudno powiedzieć. Świąt nie wspominam dobrze, ale to żadna trauma. Po prostu
            nie lubie "teatru", a świeta u nas były teatrem. Ze sztucznymi usmiechami,
            sztywna atmosferą, nierozwiazanymi problemami, - doceniam starania Rodziców, ale
            było po prostu sztywno i zimno. Często nudno. Teraz jest ciepło, serdecznie i w
            sumie przesympatycznie.

            > Pytam zupełnie szczerze, bo zupełnie nie rozumiem Twojego stanowiska.

            Może dlatego, że "przymus świetowania" to dla mnie wyraz nieakceptacji mojego
            światopoglądu przez mamę? Kolejny.

            I pierwsz
            > y
            > raz spotykam się z postawą negowania także tej świeckiej i tradycyjnej części
            > Świąt Bożego Narodzenia.

            Bo ja generalnie mam bardzo zredukowana potrzebe swiętowania czegokolwiek.
            Natomiast bardzo lubię sie spotykac z Najbliższymi, ale bez oprawy "uroczystości".

            Gdybym miała wybór - dni bożonarodzeniowe nie wyroznialyby sie szczegolnie od
            innych wolnych dni w roku.

            A tych Świąt nie odczytywałam nigdy świecko. Zawsze miały dla mnie odcien bardzo
            religijny.

            smile
            M.
    • mader1 Re: i jak święta? 27.12.08, 16:06
      Nooo... chyba lepiej niż myślałam. Tyle, że mnie od intenetu
      odcięło...
      Wiecie co ? Przepełniła mnie ogoromna wdziecznosc za moje dzieci...
      Były w trudniejszej, mniej konfortowej sytuacji i spodziewałam się
      kwaśnych min... A tu... Cudne były. Naśpiewaliśmy się kolęd i
      pastorałek jak nigdy ( mimo iż normalnie dużo śpiewamy), były piękne
      prezenty, było czytanie Pisma Św... Na koniec moja mama
      powiedziała " Nigdy w tym domu nie było takiej Wigilii" i wzruszyłam
      się smile Bo nie było. I nie chodziło Jej o ilość potraw , bo tych
      zawsze było tyle, ile trzeba smile

      A dziś... robiłam ...karpia w galarecie :0, bo Mąż przywozi teściową
      z sanatorium prosto do nas. A wiem, że lubi rybę, będzie się
      cieszyć smile))
      Jak widzicie, u mnie wszystko na opak.

      Co do babć, nie pomogę Ci, bo zwyczajnie nie wiem. Chyba aż takiej
      sytuacji u nas nie uświadczysz, ale i tak czasem jest " nieźle".
      Ja " robię swoje" ( choć na cukierki przy strachu mojego Małego
      przed dentystą i majątkiem w związku z tym tam przepuszczonym też
      nie mogę nic poradzić). Mam nadzieję, że u spokojnej i uprzejmej w
      normalenej sytuacji mamy- synowej samo wzburzenie, podniesienie
      głosu zrobi na dziecku wrażenie...
      • mamalgosia Re: i jak święta? 27.12.08, 17:37
        dlaczego na opak?
        właśnie tak powinno być...
        • sion2 Re: i jak święta? 28.12.08, 14:24
          Moje swieta tak sobie. Na wigilie bylismy sami tz. rodzice i ja, bo
          mama zachorowala przed swietami i nie moglismy jechac do brata ani
          on do nas. Pierwszy dzien swiat tez sami. W drugi dzien swiat
          pojechalam z tata do brata zeby ich odwiedzic i Malutka zobaczyc.
          Male dziecko w rodzinie... to dopiero uciecha jest. Wiki ma 17 mcy,
          duzo juz mowi (wlasciwie bez przerwy tylko 3/4 w niezrozumialym
          jezyku), jest jak na razie aniolkiem w dodatku z blond kreconymi
          wloskami i duzymi niebieskimi oczami... Szalenstwa z dziadkiem,
          cioci tez spac isc nie dala, ksiazeczki, pierwsza ukladanka i ten
          najpiekniejszy bezgraniczny zachwyt jak dziadek banki puszczał...
          Wczoraj wieczorem wrocilismy a ja dzis od 11 nic juz nie jem tylko
          biore srodki na przeczyszczenie bo jutro w poludnie mam kolonoskopie
          w narkozie. mam nadzieje dozyc dzis do wieczora, jutro bedzie z
          górki...
          • mamalgosia Re: i jak święta? 28.12.08, 19:17
            Sion, trzymaj się. Choć - jak słowo daję - nie rozumiem zupełnie
            tego co się u Ciebie dzieje...
            • sion2 Re: i jak święta? 28.12.08, 19:51
              dziekuje, wbrew pozorom zaczynam wychodzic na prosta bo mniej wiecej
              wiadomo co mi jest, wielka szkoda tylko ze musialo sie rozleźć po
              organizmie tak ze nawet serce osłabiło zanim lekarze pomysleli nad
              WSZYSTKIMI objawami i połączyli w logiczna całosc, ale coz, polscy
              lekarze to zjawisko jedyne w swoim rodzaju...
              • mamalgosia Re: i jak święta? 28.12.08, 21:29
                Zgadza sięsad Ja już zaczęłam swoją "walkę" - na razie Izba Lekarska
                wszczęła dochodzenie na podstawie mojej skargi i kontroli
                dokumentacji lekarza, na którego sie skarżę. Ciekawe, co z tego
                wyniknie
                Wszystkiego dobrego, Kasiu, może już wreszcie będzie dobrze
    • rycerzowa O babciach 05.01.09, 12:50
      mamalgosia napisała:

      A przy babci to sobie
      > mogę mówić co chcę, to nei ma znaczenia.

      Płakać mi sie chce, bo niweczy to wszelki
      > mój trud wychowawczy, nienawidzę jak moje dzieci tak kogoś traktują.
      > Bardzo mnie to denerwuje, nawet zaczęłąm unikać spotkań (i np idę
      > sama, albo dzieci wysyłam same). Jest coraz gorzej

      Kiedy czasem powtarzam,że kobieta po klimakterium jakoś dziwnie się zmienia, to mi nikt nie wierzy.
      Ale tak jest, i niewykluczone, że nas wszystkie to czeka, niestety. Dlatego warto "poznać wroga" zawczasu.
      Ten "wróg" to pierwotny instynkt, atawizm jakiś.

      Historia naturalna uczy,że społeczeństwo ludzkie wiele zawdzięcza babciom. To babcia karmiła i dawała oparcie psychiczne wnuczętom, podczas gdy młodzi rodzice zajmowali się ważniejszymi sprawami.
      Babcia otrzymywała od wnucząt dar bezcenny, którego nikt inny dać jej już nie mógł - miłość.

      Czasy się zmieniły, dzieci już nie są ani głodne, ani zaniedbane, ani surowo traktowane. Ale instynkt pozostał. Tak jak ból porodowy - teraz już niepotrzebny, bo i bez niego poród traktowany jest poważnie.

      Zatem jeśli pewnego dnia odczujecie nieprzepartą chęć karmienia, włożenia czegoś do małej mordki oraz znajdziecie nie wiadomo skąd cierpliwość na dzikie wyskoki malucha, to znaczy, że czas na hormonalną terapię zastępczą...

      No dobra, ale co teraz mają zrobić młodzi rodzice?
      Czy jest sens walczyć z naturalnym instynktem?
      Na pewno trzeba coś zrobić wtedy, gdy dziecku dzieje się autentyczna krzywda, np. gdy jest karmione czymś, co go truje (np. przy celiakii), albo gdy jest naprawdę demoralizowane (uczone złodziejstwa, kłamstwa, molestowane).
      Ale "normalne" rozpuszczanie dziecku szkody nie przyniesie, gdyż samo dziecko ma na to naturalny lek - inteligencję, więc umie się przystosować do środowiska.
      Dziecko potrzebuje stałości wymagań, ale od konkretnej osoby. Szybko załapie,że w obecności babci można pozwolić sobie na więcej, a przy mamie i tacie trzeba być correct. "Usłużność" babci - np. przyniesienie wody - ma zupełnie inną jakość, niż wysługiwanie się bliźnimi w naszym pojęciu. Tak samo "uderzenie" babci przez małe dziecko to nie jest agresja sensu stricto.
      "Jest na świecie ktoś, kto jest na każde moje żądanie".
      "Nawet jeśli uderzę babcię, ona mnie i tak kocha, i wie, że i ja ją kocham, nie ocenia mnie po gestach".

      Znałam wiele dzieci, rozpuszczanych przez babcie. Jeśli to było w granicach normy, nic złego się nie działo, dzieci wyrastały i szybko uczyły się szanować dziadków, nie tylko kochać.

      Nasze dzieci nie miały tego szczęścia, by zaznać babcinej pobłażliwości. Moi rodzice wcześnie odeszli, a teściowie mieszkają daleko. Teraz wiem,że moje dzieci straciły coś bezcennego.

      Rozumiem, że młodym rodzicom czasem jest trudno pogodzić się z faktem,że nie oni jedyni są do kochania, i że ktoś reprezentuje inną linię wychowawczą.

      1. Utrzymywać kontakty z dziadkami w rozsądnych granicach. Raz, dwa razy w tygodniu wielkiej szkody nie uczyni, częściej - może być problem.
      2. Dbać o babcię, by wnuki nie były jedynymi kochającymi ją osobami.
      Musisz znaleźć czas wyłącznie dla męża, wyłącznie dla dzieci, wyłącznie dla was razem, zatem musi być i czas wyłącznie dla babci, choćby raz w miesiącu zakupy ciuchowe i kawa matki z córką.

      Jeśli potrzebujesz pomocy, płacisz cenę, bo w życiu nie ma NIC za darmo.

      Moja bratowa leżała plackiem z zagrożoną ciążą.
      Starszym, rocznym synkiem zajmowała się moja mama, z wielkim poświęceniem, gdyż miała mnóstwo innych obowiązków. Maluszek mówił do babci "mamo", co ją ogromnie wzruszało. Widziałam,że bratowa miała z tego powodu łzy w oczach, mnie szlag trafiał, chciałam zrobić mamie awanturę (młoda byłam).
      Bratowa poprosiła: "Nie rób tego".
      Ona wiedziała, że to jest cena za życie jej młodszego dziecka, że to słowo "mama" i miłość małego Piotrusia skierowana do babci zamiast do mamy, dodaje starszej pani sił,że w ten sposób chłopczyk jest zadbany, a jego siostrzyczka mogła się urodzić.

      Potem młodzi wyprowadzili się, sami chowali swoje
      dzieci, często odwiedzali dziadków, było normalnie.
      • mamalgosia cena 05.01.09, 15:13
        Bardzo często patrzę na to własnie jako na pewien koszt.
        Dorbodziejstwo inwentarza.
        Tylko czasem już mnie po prostu braknie...
      • mader1 Re: O babciach 05.01.09, 15:23
        Cena. Niestety wszystko kosztuje.

        > Moja bratowa leżała plackiem z zagrożoną ciążą.
        > Starszym, rocznym synkiem zajmowała się moja mama, z wielkim poświęceniem, gdy
        > ż miała mnóstwo innych obowiązków. Maluszek mówił do babci "mamo", co ją ogromn
        > ie wzruszało. Widziałam,że bratowa miała z tego powodu łzy w oczach, mnie szlag
        > trafiał, chciałam zrobić mamie awanturę (młoda byłam).
        > Bratowa poprosiła: "Nie rób tego".
        > Ona wiedziała, że to jest cena za życie jej młodszego dziecka, że to słowo "mam
        > a" i miłość małego Piotrusia skierowana do babci zamiast do mamy, dodaje starsz
        > ej pani sił,że w ten sposób chłopczyk jest zadbany, a jego siostrzyczka mogła s
        > ię urodzić.

        Ta historia jednak przeraziła mnie. Dopuszczam możliwość, że któreś z moich
        dzieci będzie w takiej sytuacji, że niezależnie od faktury, jaką wystawię,
        będzie musiało skorzystać z mojej pomocy. Jednak gdybym narzuciła TAKĄ cenę,
        straciłabym sama do siebie szacunek sad
        • nati1011 Re: O babciach 05.01.09, 15:45
          Mader - nie. Dziecko roczne, wiec zaczyna dopiero mówić świadomie,
          swoje pierwsze "mama" kieruje do osoby, kóra sie nim najwiecej
          zajmuje - to normalne. Mama leży plackiem miesiacami, dzieckiem
          opiekuje się babcia. Zostaje "mamą" czyli najważniejszą opiekunką.
          Trudno takiego malucha za każdym razem poprawiać.

          No inna sprawa gdyby to babcia mowiła: choć malutka do mamusi.
        • mamalgosia Re: O babciach 05.01.09, 16:17
          Mader, nie wiem, czy dobrze rozumiem: w jakim przypadku straciłabyś
          do siebie szacunek: czy gdyby Twoje dziecko mówiło do babci "mamo",
          czy gdyby Twój wnuk mówił tak do Ciebie?

          Ja przeoczyłam pierwszy krok mojego Starszego Syna. Miałam wtedy
          kwarantannę po radioterapii - trzy tygodnie bez Synka. No i on wtdey
          zaczął chodzić. Żal mi tego bardzo, pierwszy krok ma znaczenie
          niemalże symboliczne. Zrobił go przy kimś innym. Jestem co prawda
          usprawiedliwiona - ale gdybym wtedy wyjechała np do Honolulu dla
          przyjemności, to też bym chyba nie straciła szacunku do siebie (żal
          by mi było, ale szacunek?).

          Ale Ty chyba masz na myśli to, że tak przywiązałabyś do siebie
          wnuka, że on uważałby Cię za swoją matkę, tak?
          Nigdy bym się na to nie zgodziła i chyba nawet byłoby mi wstyd, że
          tak się stało, że dopuściłąm do tego - czy to właśnie masz na myśli
          mówiąc o utracie szacunku dla siebie?
          Bo ja nie wiem chyba co to ten szacunek
          • rycerzowa Re: O babciach 05.01.09, 17:01
            Mader zakłada, że babcia świadomie zawłaszcza dziecko. tak jak Mamałgosia
            zakłada, że babcia świadomie torpeduje wysiłki wychowawcze młodych rodziców.
            Nie - babcie czynią to nieświadomie, z poczuciem,że robią dobrze, że się
            poświęcają, i są przy tym niedoceniane.
            I to jest w tym wszystkim najtrudniejsze.

            • mader1 Re: O babciach 05.01.09, 18:30
              o.. uspokoiłam się, bo ktoś jednak zrozumiał wink
            • mamalgosia Re: O babciach 05.01.09, 18:32
              Świadomie jest to jednak o tyle, że co jakiś czas proszę, żeby
              czegoś babcia nie rozbiłą. Czyli wie, że tego nie akceptuję.

              Ale myślisz, że to silniejsze od niej?
          • mader1 Re: O babciach 05.01.09, 18:28
            Ja jak zwykle niezrozumiale piszę.. to dlatego coraz więcej cytuję, a coraz
            mniej od siebie.
            Nie. Wnuczek mógłby powiedzieć do mnie " mamo". Moja córeczka miała taki okres
            ( 7 mies.) kiedy próbowała słowo " mama" i zdarzało jej się mówić do
            kogokolwiek, zanim zrozumiała jego znaczenie wink))Nie miałam z tego powodu łez w
            oczach wink)) bo nie było o co płakać, jak zdumiona i uradowana ciocia usłyszała "
            mama". " Baba" córka powiedziała w podobnym czasie i gadała je sobie
            wypróbowując jego znaczenie podobnie, jak słowa " mama". Wskazywaliśmy jej
            cierpliwie na odpowiednie osoby, ucząc ją "kto jest kto".
            Może coś źle zrozumiałam, ale z wypowiedzi Rycerzowej wydawało mi się, że babcia
            była zadowolona z tego, że dziecko nazywało ją " mamą", a jej synowa miała wtedy
            łzy w oczach, bo było jej przykro.
            Poprawiałabym, trudno. Pewnie ( głupio) z powodu tych łez, trudno byłoby mi
            odczuć przyjemność.
            • mamalgosia Re: O babciach 05.01.09, 18:36
              mader1 napisała:

              > Ja jak zwykle niezrozumiale piszę.. to dlatego coraz więcej
              cytuję, a coraz
              > mniej od siebie.
              Nie, mader, to ja mam problem ze skupieniem się i zrozumieniem.
              Wyraziłaś się jasno



              > Nie. Wnuczek mógłby powiedzieć do mnie " mamo". Moja córeczka
              miała taki okres
              > ( 7 mies.) kiedy próbowała słowo " mama" i zdarzało jej się mówić
              do
              > kogokolwiek, zanim zrozumiała jego znaczenie wink))Nie miałam z tego
              powodu łez w
              > oczach wink))
              Patrz, jak bardzo sie róznimy. Ja bym to przeżyła bardzo, jako
              własną porażkę, jakąś niewydolność wychowawczą chyba


              • mader1 Re: O babciach 05.01.09, 18:51
                Nie będziemy się spierać, ale Nati też mnie inaczej zrozumiała smile, więc to
                raczej moja wina niż Wasza.

                Różnimy się, to prawda.

                Ona dopiero próbowała to słowo wink Zawsze była eksperymentatorką.
                Byłam z nią dużo, bardzo dużo czasu, ale... nie mówiłam o sobie w trzeciej
                osobie wink)))
                Pierwsze kroki zrobiła zarówno do mnie, jak i mojej mamy wink))) Mimo iż mama nie
                opiekowała się nią specjalnie dużo - spotykałyśmy się... I w czasie jednego z
                takich spotkań "puściła się" z rąk mamy, do babci a potem z powrotem,
                zaśmiewając się do łez, że jej się udaje smile)))

                "Niewydolność wychowawcza" piszesz... chyba nie przypisuję sobie zbyt wielu
                zasług w tej dziedzinie, próbuję jak potrafię. Porażki przeżywam , ale widocznie
                niezbyt wiele wydarzeń do nich zaliczam...No a przynajmniej nie to.
            • rycerzowa Re: O babciach 06.01.09, 10:52
              mader1 napisała:

              > Może coś źle zrozumiałam, ale z wypowiedzi Rycerzowej wydawało mi się, że babci
              > a
              > była zadowolona z tego, że dziecko nazywało ją " mamą", a jej synowa miała wted
              > y
              > łzy w oczach, bo było jej przykro.
              > Poprawiałabym, trudno. Pewnie ( głupio) z powodu tych łez, trudno byłoby mi
              > odczuć przyjemność.

              Zrozumiałaś dobrze, ale na poziomie "rozumowym" właśnie. Tymczasem w takich
              sytuacjach chodzi o uczucia. Oczywiście, że babcia nie widziała łez synowej, to
              znaczy widziała je optycznie, ale interpretowała je na swój sposób: przykro
              jej,że musi leżeć, nie może zajmować się swoim dzieckiem.
              Trzeba zabrać małego z jej pokoju, niech ma dziewczyna spokój, a mały niech nie
              skacze jej po brzuchu.

              Początkowo babcia zgodziła się na niewiele obowiązków, bo naprawdę nie była w
              stanie więcej pomóc. Szanse na utrzymanie ciąży były więc niewielkie.
              Ale gdy Piotruś wyciągnął łapki i zawołał do niej "mama", babcia znalazła w
              sobie niespożyte siły, przez pół roku spała po 3 godziny na dobę, wyciągnęła
              malucha z przewlekłej choroby, podgoniła w rozwoju.
              Jasne, że śmiała się z tego "mama", i mówiła mu (czasem),że jest babcią. Ale
              faktycznie była mamą, nosiła go na rękach nocami, była dla niego najważniejsza
              na świecie, upajała się tym, i ... pilnowała bardzo,by synowej nie przeszkadzał.
              • mader1 Re: O babciach 06.01.09, 11:19
                wiesz... może w tym wypadku babcia jednak dawała do zrozumienia synowej, że to
                taka " zabawa", taki "żart" i okazywała jej czułość.. To są pewnie sytuacje nie
                do opisania ot tak, na forum. Czasem wystarczą inne gesty czy słowa między tymi
                dwiema kobietami, żeby było o.k.
                Znam, niestety, synową, która poprzez takie właśnie "zabawy między kobietami",
                została zniszczona. Więc niestety, nie zawsze kończy się to dobrze. Może była
                bardziej wrażliwa, może chodziło o to, że nie odbywało się to tylko przez kilka
                miesięcy, a ciągle... Mam wrażenie, że trzeba bardzo uważać.
                U nas babcie nie wchodzą aż tak w swoje role, żeby przechwytywać nasze. Za to
                jest tak rzeczywiście, że nasze dzieci to " nasza" sprawa i wnuki są do
                rozpieszczania, a nie do zajmowania się nimi, wychowywania, uzupełniania braków
                ( nawet jeżeli jesteśmy nieudolni wychowawczo wink)))).
                • rycerzowa Re: O babciach 06.01.09, 11:49
                  mader1 napisała:

                  > Znam, niestety, synową, która poprzez takie właśnie "zabawy między kobietami",
                  > została zniszczona. Więc niestety, nie zawsze kończy się to dobrze. Może była
                  > bardziej wrażliwa, może chodziło o to, że nie odbywało się to tylko przez kilka
                  > miesięcy, a ciągle... Mam wrażenie, że trzeba bardzo uważać.

                  Ja też znam takie układy, gdy poprzez "zabawy miedzy kobietami" zniszczona
                  została młoda rodzina. I nie zawsze chodziło o synową ale raczej o ukochaną córkę.
                  Dlatego rzeczywiście należy być ostrożnym,nie dopuszczać, by pewne rzeczy działy
                  się stale
                  (np. wspólne mieszkanie).
                  To jest tak jak z bakteriami - pewien ich rodzaj, pewna ilość są potrzebne,
                  wręcz niezbędne dla zdrowia oraz dla wytworzenia odporności. Nadmiar - zabija.
                  • mader1 Re: O babciach 06.01.09, 13:25
                    > To jest tak jak z bakteriami - pewien ich rodzaj, pewna ilość są potrzebne,
                    > wręcz niezbędne dla zdrowia oraz dla wytworzenia odporności. Nadmiar - zabija

                    też tak uważam...
      • isma Re: O babciach 05.01.09, 22:44
        rycerzowa napisała:

        >Tak samo "uderzenie" babc
        > i przez małe dziecko to nie jest agresja sensu stricto.
        > "Jest na świecie ktoś, kto jest na każde moje żądanie".
        > "Nawet jeśli uderzę babcię, ona mnie i tak kocha, i wie, że i ja ją kocham, ni
        > e ocenia mnie po gestach".

        Hmmmm. Samo w sobie moze i nie.
        Ale, zalozmy przez chwile, ze nie bedziemy na to zdecydowanie reagowac.

        No i potem taki dorosly czlowiek tak tylko troche "uderzy" zone:

        "Jest na świecie ktoś, kto jest na każde moje żądanie".
        "Nawet jeśli uderzę zonę, ona mnie i tak kocha, i wie, że i ja ją kocham, nie
        ocenia mnie po gestach"...
        • rycerzowa Re: O babciach 06.01.09, 10:31
          isma napisała:
          >
          > Hmmmm. Samo w sobie moze i nie.
          > Ale, zalozmy przez chwile, ze nie bedziemy na to zdecydowanie reagowac.
          >
          > No i potem taki dorosly czlowiek tak tylko troche "uderzy" zone:

          Problem właśnie w tym, jak reagować, jak oceniać.
          Jeśli dorosły uderzy, to pakujemy mu walizki.
          Jeśli młody niemowlak cię trzaśnie, słowa mu nie powiesz. I jesteś na każde jego żądanie.

          Jasne, trzeba uczyć, tłumaczyć, przytrzymywać rączki, ale to jest proces, bo nie istnieje jakaś wyraźna cezura, że od dziś ci nie wolno.

          Mnie chodzi raczej o ocenę moralną, o przekonanie,że dziecko jest "niedobre" bo się wysługuje babcią.
          Dziecko nie może być niedobre, bo jest na to za małe.
          Dziecku nie chodzi o to, by babcie poniżyć, ale by zaznać poczucia bezwzględnej akceptacji, by się poczuć "panem sytuacji".

          Dziecko nie wyrośnie na "niedobre", jeśli tylko od czasu do czasu będzie mieć okazję do doznawania takich uczuć.

          Z obserwacji wynika,że osobnicy bijący żony wywodzą się przeważnie z rodzin restrykcyjnych, gdzie maluch był krótko trzymany, i pod żadnym względem dorosłemu podskoczyć nie miał prawa.
    • mmb Re: i jak święta? 05.01.09, 20:39
      W łóżku smile
      25.12 rozpoczęła się u mnie prawdziwa grypa i trzymała się mnie długo..
      Co więcej nie byłam jedyną osobą w rodzinie która dostała ten dodatkowy prezent
      świąteczny wink
    • rycerzowa Re: i jak święta? 06.01.09, 10:13
      mamalgosia napisała:

      > Świadomie jest to jednak o tyle, że co jakiś czas proszę, żeby
      > czegoś babcia nie rozbiłą. Czyli wie, że tego nie akceptuję.
      >
      > Ale myślisz, że to silniejsze od niej?

      Tak właśnie myślę.
      To jest mniej więcej tak, gdy mama mówi ci, że jesteś "za dobra" dla swego męża, że go rozpieszczasz, że on powinien to i tamto, że powinnaś od niego więcej wymagać, itede, itepe.
      Matki często tak mówią do córek, czasem nawet mają rację.
      A córki rozpieszczają swych mężów, bo "to jest silniejsze od nich".
      • mader1 Re: i jak święta? 06.01.09, 10:47
        myślisz, że córki zawsze rozpuszczają swoich mężów ? wink
        zainteresowało mnie to, bo moja mama wprawdzie uważa, że jestem dobrą żoną, ale
        ani razu nie sugerowała, że rozpuszczam kogokolwiek, prócz dzieci wink)))) Nie
        spotkałam się z takimi uwagami mam córek w najbliższym otoczeniu... Raczej z
        tym, że mamy uważają, że mężczyzn nie należy traktować zbyt poważnie wink)))
        Mama mojego męża tez nie uważa, ze on mnie rozpuszcza.
      • mama_kasia Re: i jak święta? 06.01.09, 11:28
        > To jest mniej więcej tak, gdy mama mówi ci, że jesteś "za dobra" dla swego męż
        > a, że go rozpieszczasz, że on powinien to i tamto, że powinnaś od niego więcej
        > wymagać, itede, itepe.
        > Matki często tak mówią do córek, czasem nawet mają rację.

        Jak zauważyłam po linii: moja babcia (mama mamy) i potem moja mama
        jest zupełnie inaczej smile To zięć jest najważniejszy. To jemu
        należą się honory, a córka... No cóż, córka... właśnie powinna
        od siebie więcej wymagać i jemu być bardziej usłużna i więcej
        się o niego troszczyć smile ...Obawiam się, że ze mną może być
        podobnie, a ja tak tego nie znoszę! wink
    • rycerzowa Ciag dalszy 10.01.09, 13:44
      Mamałgosiu, jeśli o swoich problemach z babcią napiszesz podobnym sobie młodym matkom, zrozumieją cię doskonale, napiszą - zbuntuj się i przeciwdziałaj.
      Jeśli głos zabierze jakaś babcia (np. ja), napisze - zrozum babcię, i w miarę przeciwdziałaj.
      Właśnie - zrozum.

      Wczoraj dostałam maila od znajomego - "sztywny", wyniosły naukowiec-matematyk, lat 55. Tak pisze o swoich relacjach z 2-letnim wnukiem:
      Cytuję:
      "Małemu szkrabowi trzymającemu mnie za palec i chcącego coś od dziadzi
      nie potrafię odmówić n i c z e g o. Jak nie rozumiem co chce, to zgaduję".

      Niczego!!!
      Wnuczę - ostatnia wielka miłość w życiu człowieka.
      Jeszcze mała uwaga: tan znajomy jest chory, wydaje mu się,że ma przed sobą max 2-3 lata...
      Zrozum swoją mamę. I mądrze przeciwdziałaj, tyle, by się chłopaki nie rozwydrzyły za bardzo.
      • mamalgosia Re: Ciag dalszy 10.01.09, 13:53
        Staram się jak mogę, daję słowo.
        Tylko, że pewnych sytuacji musze unikać - dla własnego zdrowia
        psychicznego. Tak więc wspólny wyjazd wakacyjny póki co odpada, nie
        jestem w stanie tego wytrzymać. Gdyby oni chcieli jechać z babcią,
        to pozwolę, ale nie w czwórkę
        • rycerzowa Re: Ciag dalszy 10.01.09, 14:25
          > Tylko, że pewnych sytuacji musze unikać - dla własnego zdrowia
          > psychicznego. Tak więc wspólny wyjazd wakacyjny póki co odpada, nie
          > jestem w stanie tego wytrzymać.

          Jak najbardziej popieram.
          Nie można dwóm panom (na raz) służyć.

          My wprawdzie corocznie jeździmy razem, w piątkę (córka, zięć, wnusio i my), ale po pierwsze ja staram się trzymać swoje uczucia na wodzy, po drugie mityguję oszalałego na punkcie wnuka-urodzonego-inżyniera dziadka, a po trzecie na szlak z maluchem chodzimy na zmianę, dzień my, dzień rodzice, czyli wszyscy razem jesteśmy tylko przy śniadaniu i kolacji, krótko.
          (Trzylatek swobodnie wchodził na Śnieżkę).
          • mamalgosia Re: Ciag dalszy 10.01.09, 17:54
            Na Śnieżkę podejście jest łagodne, ale długie - tak więc wyrazy
            szacunku i gratulacje dla Trzylatkasmile

            Tak już powoli mi sie tu ustala - czyli izolacja jest jakimś
            wyjściem? Jak są z nią - neich będą z nią. Jak z nami - to z nami?
            Może chciałoby się inaczej - ale być może na tu i teraz jest to
            jedyne rozsądne wyjście.
            O ile w zestawie: babcia+ ja+ Dzieci jest ciężko wytrzymać, o tyle
            gdy do tego zestawu dojdzie tata (czyli mój Mąż, czyli zięć) to już
            naprawdę wióry i iskry lecą nieprzerwanie. Szkoda.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka