U mnie koktajl. Czyli w święta jak w życiu.
Radość. Bo to zakorzenienie w Kościele tak mocno widoczne. Bo
kolejny raz Chrystus się rodzi, a my jakoś przetrwaliśmy. Bo tak
pięknie w domu, w kościele, na podwórku. Bo dzieci tak bardzo się z
wszystkiego cieszą. Bo jest czas by posiedzieć i porozmawiać. Bo nie
trzeba gonić do pracy.
Smutek. Bo nie wszyscy są i brak boli . Bo choroba jak topór. Bo lęk
o pewną osobę.
No i trochę się nadenerwowałam. Powiedzicie: jak Wasze dzieci
zachowują się przy dziadkach/babciach? bo ja już nie mogę. To jakie
są moje dzieci przy jednej z babć to jest nie do wytrzymania. I to
przyzwolenie babci (lub wręcz aprobata) na rzeczy naprawdę złe.
Strasznie, no strasznie mnie to denerwuje i zupełnie nie mam na to
wpływu - chyba że przez zerwanie kontaktów, ale to nie wchodzi w
grę. I to naprawdę nie jest zwyczajne rozpieszczanie

Kiedyś pewna
Osoba powiedziała mi, że jej córki też zachowują się przy baci jak
szalone - pocieszyło mnie to, ale gdy potem miałam okazję ujrzeć to
na własne oczy to zupełnie nie może się równać z tym co ja
obserwuję u nas. Może to temat na osobny wątek, ale powiedzcie mi:
jak jest u Was? I ja sobie z tym radzić? I czy w ogóle się da?
Na najbliższe dni zapowiedział się Przyjaciel (rzadko ostatnio
widywany z powodu pięcia się po stopniach kariery w hierarchii
kościelnej

), przyjechała znajoma Siostra (którą ostatnio widziałam
live w 1996 r), wyjazd do koleżanki, spotkanie z Bratem, wyjazd do
szwagra (i ulubionej szwagierki), spotkanie z Przyjaciółką,
spotkanie z koleżanką (aaa, to też temat, o którym chętnie bym
porozmawiała - jak nie zacieśniać znajomości jeśli jedna strona chce
tego zacieśnienia, jak umiejętnie odmawiać, jak powiedzieć komuś że
się nie jest mu najbliższym a jednocześnie go nie zranić).
Ludzie, ludzie... Przyjaciółka moja wczoraj napisała mi, że każda
rodzina zmaga się z jakimś problemem. No i prawda oczywista, banalna
wręcz - ale tak mnie jakoś jej słowa uderzyły.... Dotyczyły akurat
rozmowy o mojej mamie, potem zeszło na jej rodzinę... Święta chyba
uwydatniają wszystko - i dobro i zło. Chciałoby się moze by
zmazywały zło przez jakiś ogólny i wszechstronny znak pokoju, ale
tak nie jest, prawda? Przecież gdy Jezus narodził się w Betlejem też
owieczka nie zaczęła chodzić pod rękę z lwem...
Przypomniała mi się nasza wigilijka w pracy. Pewna nauczycielka
zrobiła w zeszłym miesiącu coś okropnego drugiej - doniosła, no
naprawdę wstrętne. Nie odzywają się do siebie. No i teraz ten
opłatek - połamać się z fałszywym uśmiechem, czy nie? Nie połamały
się.
Mam wrażenie, że w święta nie jest wszystko lepsze, jest tylko
wyraźniejsze.
Przepraszam za ten słowotok. Liczę na rewanż