14.08.10, 21:38
Wielkomiastowi to sobie mogli do teatrów i takich tam chodzić, a
nam, pipidówkowym, szkoła raz do roku wyjazd na jakiś spektakl
organizowała. Ale mieliśmy coś fajnego: raz w miesiącu (nie wiem,
czy to trwało przez całą podstawkę, na pewno w starszych klasach i
całe liceum) mieliśmy koncerty, kontakt z muzyką na żywo, czyli tzw.
Artos. Właśnie znalazłam dziś w szpargałach autografy z koncertu z
1970 roku, a tam wśród nazwisk, które już niewiele mi mówią, Józef
Stompel i młodziutka Kaja Danczowska...
Obserwuj wątek
    • oryginal23 Re: Artos 14.08.10, 22:04
      Szkoły organizowały sporo wyjazdów(wyjść)do teatrów, opery, kina,
      ale i dzisiaj tak się dzieje. PRL niewiele się tym różnił od RP.
      23.
      • ewa9717 Re: Artos 14.08.10, 22:15
        Z tymi kulturalnymi wyjazdami różnie na prowincji bywa (a naprawdę
        wiem, co piszę), ale głównym tematem mojego postu były comiesięczne
        koncerty Artosu - tematyczne, zapoznające nas z historią muzyki,
        róznmi stylami, a przede wszystkim była to jednak muzyka na żywo, no
        i naprawdę wykonawcy nie byle jacy.
        • graza5111 Re: Artos 18.09.10, 01:03
          Do nas tez przyjeżdżał Artos. Obowiązkowo musieliśmy być ubrani na galowo. Kiedyś dostalam ochrzan od wychowawcy bo moja bluzka była wprawdzie biała ale nie podobało mu się, że nie była z materiału. Mama mi zrobiła na drutach. W moim liceum nauczyciele raczej byli wredni.
    • matylda1001 Re: Artos 18.09.10, 20:58
      Te głupie koncerty to były i znacznie póżniej. Odbywały się zamiast lekcji muzyki, u mnie tylko w liceum. Raz w miesiącu cala szkola szła na ten koncert. Pożytek z tego był tylko taki, że w dniu koncertu lekcje były skrócone do 30 minut. O tym, zeby coś skorzystać w sensie muzycznym mowy być nie mogło. Sala, wypełniona po brzegi młodzieżą, która przyszła tylko dlatego, że sprawdzali obecność, nie była najlepszym miejscem do przezywania muzyki. Co do wykonawców to żadnych gwiazd ani nawet wschodzących gwiazdeczek sobie nie przypominam. Przeważnie występowali starzy chałturnicy, którzy też tych występów nie traktowali poważnie. Zupełnie inaczej wspominam wyjścia do teatru, operetki, opery. Jedna klasa na wieczornym spektaklu, wsród obcej publiczności, to były warunki do poznawania i przeżywania sztuki.
      • ewa9717 Re: Artos 19.09.10, 17:49
        A ja koncerty bardzo sobie chwaliłam i wspominam miło. Dla wielu z nas pipidówkowych była to w latach sześćdziesiątych niemal jedyna szansa na kontakt z zywą muzyką. Poza tym koncerty miały walory edukacyjne, pamiętam szczególnie te tematyczne, np. ragtime, fortepian, opera, muzyka filmowa, perkusja itd.
      • klara551 Re: Artos 20.09.10, 19:14
        Głupie koncerty? Gwiazd nie było?A w liceum interesowałaś się wykonawcami muzyki poważnej,albo nią samą? Chyba nie. A ja bardzo miło wspominam ta koncerty z co ciekawszymi i raczej lekkimi utworami,śpiewem a czasami naewt występami baletowymi,konkursami . Przynajmniej małolaty były osłuchane z muzyką poważną,bo łatwiej przewieźć ekipę wykonawców do szkoły niż całą szkołę do opery czy sali koncertowej. Szkoda,że teraz nie ma na to pieniędzy,szkoda,że teraz muzyka jako przedmiot jest w stanie upadłości. Szkoda,że teraz małolaty nie wiedzą kto to Verdi,Ravel, Borodin.
        • a_weasley Re: Artos 26.09.10, 08:07
          Klara551 napisała:

          > szkoda,że teraz muzyka jako przedmiot jest w stanie upadłości.
          > Szkoda,że teraz małolaty nie wiedzą kto to Verdi,Ravel, Borodin.

          Daję Ci oficerskie słowo honoru (oficerem nigdy nie byłem, ale to jest podobnież słowo honoru w najlepszem gatonku), że żadnego z tych nazwisk w szkole nie słyszałem (ostatnie zresztą w ogóle nic mi nie mówi). Aczkolwiek, i owszem, katowano mnie życiorysem Bacha.
          Natomiast wyniosłem z podstawówki umiejętność czytania nut. Zamiłowanie do śpiewów chóralnych miałem zawsze.
        • matylda1001 Re: Artos 26.09.10, 11:48
          klara551 napisała:

          >A w liceum interesowałaś się wykonawcami muzyki poważnej ,albo nią samą? Chyba nie.<

          Nie interesowałam się, podobnie jak 95% ludzi w moim (ówczesnym) wieku. Oczywiście znałam klasykę, czyli to wszystko, co kulturalny człowiek w tym wieku powinien znać, ale na więcej nie miałam ochoty. No dobrze... zawsze lubiłam instrumenty, ale do dziś nie znoszę śpiewaków. Zastanawiam sie jak to jest, że pozwalają im wyć, i jeszcze im za to płacą;) Na koncerty chodziliśmy do pobliskiej sali koncertowej, czyli warunki były profesjonalne. Jednak panująca na sali atmosfera była odzwierciedleniem wartości koncertu, i naszego nim zainteresowania. Nie przypominam sobie żadnych baletów ani konkursów. Najczęściej był to jakiś wyjec oparty o fortepian. Chałturnik, ktory w ten sposob dorabiał do poborów. Zgadzam się z tym, że dla dzieciaków, gdzies w małym miasteczku, taki koncert mogł być wydarzeniem, a zarazem jedynym kontaktem ze sztuką. Wtedy na pewno patrzyło się na to inaczej. Ja miałam możliwość kontaktu z prawdziwa sztuką.

    • klara551 Re: Artos 27.09.10, 02:46
      No i rozbiłam jedność proletariacką .Jedni inie słyszeli o Borodinie,a szkoda,dla innych występ w auli a nie w super sali koncertowej ,to wycie i chałtura i pogardliwe stwierdzenie,że ci z prowincji,to może i odbierali te koncerty jako objawienie,a dla wielkomiastowych to był szajs. Ja prowincjuszka, jeździłam ze szkołą do opery i filharmonii poznańskiej przynajmniej 2 razy w miesiącu,a szkolne koncerty z omówieniem wcześniejszym programu na godzinie wychowawczej i bez katowania życiorysami kompozytorów były frajdą.A szkolny zespół jazzowy był niezły. I na koniec zacytuję,że czym za młodu skorupka nasiąknie,tym na starość trąci.Do tej pory potrafię rozpoznać utwory po kilku taktach. A zawdzięczam to też tym szkolnym koncertom muzyki poważnej i jestem wdzięczna decydentom ,nawet tym PRLowskim za to,ze zmusili mnie do zainteresowania się muzyką poważną,a nie tylko zaśpiewami przy wódeczce.
      • ewa9717 Re: Artos 27.09.10, 09:48
        Podpisuję się pod tym ;) Matylda potraktowała biednych nas prowincjuszy mocno protekcjonalnie. No i gdyby przeczytała mój wstępny post, zobaczyłaby np. nazwisko Danczowska, no ale może Matyldzie brakowało innych gwiazd.
        Pewnie że koncerty były różne, raz swietne, kiedy indziej niekoniecznie, ale była to wspaniała sprawa.
        I jeszcze jedno: mieszkanie w dużym mieście wcale nie jest jednoznaczne z kontaktami z PRAWDZIWĄ KULTURĄ. Studiowałam w wielkim mieście i częstokroć miałam za sobą więcej tych kontaktów niż tambylcy ;)
        • matylda1001 Re: Artos 27.09.10, 19:01
          ewa9717 napisała:

          > Matylda potraktowała biednych nas prowincjuszy mocno protekcjonalnie.<

          "Wielkomiastowi to sobie mogli do teatrów i takich tam chodzić, a nam, pipidówkowym, szkoła raz do roku wyjazd na jakiś spektakl organizowała."

          "Z tymi kulturalnymi wyjazdami różnie na prowincji bywa (a naprawdę wiem, co piszę),"

          "Dla wielu z nas pipidówkowych była to w latach sześćdziesiątych niemal jedyna szansa na kontakt z zywą muzyką"

          To wszystko Twoje słowa, Ewo:) Można je rozumieć dwojako, albo jako stwierdzenie faktu, albo jako kompleks prowincji. Potraktowałam jako to pierwsze, no i zostałam źle zrozumiana;) Trudno.

          >I jeszcze jedno: mieszkanie w dużym mieście wcale nie jest jednoznaczne z kontaktami z PRAWDZIWĄ KULTURĄ.<

          Owszem, bo to już kwestia zainteresowań i osobistych potrzeb. Jednak w Warszawie ta prawdziwa kultura była na wyciągnięcie reki, i chcąc, nie chcąc, trzeba było z niej korzystac.
          • ewa9717 Re: Artos 27.09.10, 19:26
            No to źle zrozumiałaś. Nie mam kompleksów, pipidówek sobie wielce chwalę. A co do korzystania "chcąc nie chcąc" z tej prawdziwej kultury z racji mieszkania w Warszawie, to chyba nie do końca masz rację. Byłam i na otwarciu Teatru Wielkiego i na co ciekawszych spektaklach w Narodowym, a moja warszawska wakacyjna koleżanka wakacyjna pierwszy raz była w prawdziwym teatrze gdzieś pod koniec liceum. Zdarza się.
            • matylda1001 Re: Artos 27.09.10, 19:59
              ewa9717 napisała:

              > No to źle zrozumiałaś.<

              :) Teraz znowu ja coś źle zrozumiałam? A przeczytajże jeszcze raz to wszystko (jak masz jeszcze siłę i czujesz potrzebę:) i zobaczysz która z nas źle zrozumiała:)

              > A co do korzystania "chcąc nie chcąc" z tej prawdziwej kultury z racji mieszkania w Warszawie, to chyba nie do końca masz rację<

              Pewnie nie do końca, bo jak zaznaczyłam, wiele zależy od predyspozycji osobniczych. Faktem jest, ze jeśli ma się ochote, to dobrze też jest miec wybór.
      • matylda1001 Re: Artos 27.09.10, 19:50
        klara551 napisała:

        >dla innych występ w auli a nie w super sali koncertowej ,to wycie i chałtura<

        Przeciez napisałam, że moje koncerty odbywały sie w najprawdziwszej sali koncertowej, mozna powiedziec w takiej SUPER. Wycie było dlatego, że ja nie lubie śpiewaków i śpiewaczek, a chałtura dlatego, że wykonawcy nie wspinali sie na szczyty możliwości, i odwalali te koncerty jak za pańszczyzny.

        > pogardliwe stwierdzenie,że ci z prowincji,to może i odbierali te koncerty jako objawienie,a dla wielkomiastowych to był szajs.<

        Nie wiem co Ty takiego zauważyłas w mojej wypowiedzi, ale ja tam nie widzę ŻADNEGO pogardliwego stwierdzenia. Jeśli juz, to nawiązałam do słów Ewy. Nie koniecznie wszyscy miastowi odbierali koncerty tak jak ja, jak rowniez nie koniecznie wszyscy wiejscy byli pozbawieni zmysłu krytycznego.

        >szkolne koncerty z omówieniem wcześniejszym programu na godzinie wychowawczej i bez
        katowania życiorysami kompozytorów były frajdą<

        U mnie nikt nie omawial programu, nie omawiał wrażeń z koncertu. Koncert się odbywal, bo taki był wymóg i mieliśmy spokój do następnego. Ot, taka nudna godzina poza szkołą i nic więcej.

        > I na koniec zacytuję,że czym za młodu skorupka nasiąknie,tym na starość trąci<

        To prawda:) Moja "skorupka" chłonęła jak gąbka teatr. Szczególnie bliski był mi w tamtych czasach warszawski Teatr Powszechny. Prawda, że za sprawa pewnego aktora, w którym sie jako nastolatka kochałam, ale do dziś teatr jest dla mnie "świętym miejscem".

        > jestem wdzięczna decydentom ,nawet tym PRLowskim za to,ze zmusili mnie do zainteresowania się muzyką poważną,a nie tylko zaśpiewami przy wódeczce.<

        Jeżeli wiem cokolwiek na temat muzyki poważnej, jeśli znam klasykę, jeśli potrafię rozpoznać, nazwać i zanucić, to na pewno nie dzięki tym koncertom. Natomiast zupełnie obce sa mi... jak to nazwałaś? ... zaspiewy przy wódeczce:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka