artjomka
12.07.12, 19:56
Siedzac przy filizance pachnacej kawy i przegladajac dzisiejsza gazete, zatrzymuje sie na zdjeciu czterech ludzi. I tak sobie mysle – gdyby trzem z nim odfarbowac wlosy do naturalnego ich koloru, przyciac do formatu tego czwartego, ubrac w odzienia generacji w ich wieku – to nikt chyba by ich na londynskiej ulicy nie rozpoznal.
A jak sobie przypomne, kiedy w roku chyba 1966, przeciskalem sie z biletem, ku wejsciu do Sali Kongresowej w Warszawie – by z odleglego tylnego miejsca patrzec, na podskakujace miniaturki. Wydawalo mi sie, ze jestem w siodmym niebie. Ze muzyka (a glosna byla), szla z playbacku – nie bylo wazne. Bylem jednym z uczestnikow misterium zwanego KONCERT ROLLING STONES’ow!
Tak tak – 12 lipca 1962 – to jest przed 50 laty, zaczelo sie w Wielkiej Brytanii cos, co do dzisiaj fascynuje – grupa wtedy jeszcze pieciu rozwrzeszczanych – jak to kwitowali rodzice i cialo pedagogiczne – dlugowlosych.
I choc wtedy bylem Beatlomanem – Mick i spolka fascynowala mnie juz wtedy.
Gdy w roku 1980 na nowojorskiej ulicy zastrzelony zostal John Lennon – bylo jasne – zobaczenie kiedykolwiek live idoli z Liverpoolu umarlo. A Jagger & Co?
Do dzisiaj zapelniaja stadiony. Ich publicznosc to my dziatkowie, nasze dzieci – czesto z naszymi wnukami. I wszyscy sa zafascynowani!
Pamietam koncert w NY (oj, dawno to bylo) i w Koeln w Niemczech. Tu mialem karte w jednym z pierwszych rzedow. Prawie bym i autogramm Jaggera zdobyl – ale nie udalo sie.
No moze jeszcze nie jest wszystko stracone.
Trzymajcie sie zdrowo chlopcy!
Pozdrowienia!