Zakłady pracy

29.10.04, 13:34
podzielcie się różnymi obyczajami zarówno formalnymi jak również
nieoficjalnymi panującymi w państwowych miejscach pracy
    • zzdorka Re: Zakłady pracy 12.11.04, 11:23
      Ja wtedy jeszcze nie parcowalam, ale pamietam prace mojej mamy.

      Koniecznie musiala byc stolowka. Wykupowalo sie taki karnecik i koniecznie
      nalezalo, w celach towarzyskich, skonsumowac mielonego z ziemniaczkami kolo
      godziny 13. Uwielbialam biegac do tej stolowki.

      Obuwie biurowe musialo byc wygodne. Do welnianej spodnicy za kolana i bluzki w
      kwiatki koniecznie nalezalo zakladac kapcie. No, jesli nie kapcie to na pewno
      jakies klapki. Obuwie na wysokim obcasie, szpilki itp byly niewskazane.

      No i zwyczaj bombonierkowo-koniakowy. Zalatwienie czegokolwiek bez wyzej
      wymienionych bylo kulturowo niepoprawne. :)
      • sigara Re: Zakłady pracy 12.11.04, 23:45
        mama mi opowiadala, jak jako nastoletnia panna-studentka pracowala w bufecie
        studenckim.
        Skromne menu stanowily m.in. grochowka, krupnik, bulki z pasta jajeczna, z
        drzemem, z serem, jajecznica, kawa zbozowa, herbata, itp. Wszystkie potrawy do
        bufetu byly sprowadzane z jakiegos zakladu gastronomicznego.
        I tak jak np bylo dostarczone 10 litrow grochowki, to bufetowe (z polecenia
        kierowniczki) dolewaly do tego jakies 100-150% wody. W ten sposob 3 ziarna
        grochu skladaly sie na talerz zupy.
        Nikt sie tym wtedy jakos nie przejmowal. Dla mojej mamy bylo to wtedy normalne,
        a klienci tez nie narzekali... Czasem tylko w czasie posilku krecac nosem
        mieszali zupe, pewnie w nadziei szukajac chocby kawalka kielbasy, czy
        ziemniaka.
        • zoraz Re: Zakłady pracy 09.05.05, 18:15
          Bo to dostarczany był koncentrat, łatwiej przewozić :).

          A tak z moich wspomnień zakładowych to dziwne to były czasy. Ciężko było przeżyć do 15:00, bo pracy nie było za wiele i czas się dłużył okrutnie. W ten sposób człowiek sie tylko umęczył niewiele robiąc. właściwie to męczyłam sie chyba tylko ja - zażenowana tą całą sytuacją. Większość pracowników dobrze sie z tym czuła wałęsając się po firmie na ploty albo załatwiając prywatne fuchy. Sama nie wiem jak to możliwe, ale wszyscy mieliśmy na czas dośc przyzwoite wypłaty /całe harmonie wygniecionych i śmierdzących g. wartych banknotów/ gorzej było jak człek wyszedł z pieniędzmi na miasto i nie mógł nic kupić, bo nie było, a za tydzień całe te pieniążki całkiem sporo traciły na wartości.

          W zakładzie najważniejszy był pracownik fizyczny. Zarabiał najwięcej i najwięcej miał do powiedzenia. Tymczasem taki np. konstruktor- na którego wiedzy opierała sie cala produkcja - poniewierany był okrutnie i regularne pensje otrzymywał dość nikczemne, za to miał możliwość zrobić coś cichcem prywatnie czy na umowę o dzieło i jakoś sie tam wychodziło na swoje.

          Dyrektor zakładu zatrudniającego parę ładnych tysięcy pracowników- zarabiał 5-10 krotnośc pensji przeciętnego pracownika i za to wystawił sobie skromny domek- kostkę na peryferiach i jeździł polonezem.
          Tenże dyrektor musiał być największym komuchem w okolicy, ale na jego polecenie pracownicy cichcem wykonywali w godzinach nadliczbowych -oczywiście za konkretna pensję /+100%/ - elementy na budowę kościółka parafialnego.

          Z tego powodu komuszy dyrektor naczelny popijał z proboszczem /no miał zasługi, nie?/, a szary ludź modlił się i pracował a jeszcze joby z ambony zbierał.

          Dziwne to były czasy i popaprane wcale nie gorzej niż dzisiejsze i dużo by opowiadać.

    • pulma Re: Zakłady pracy 24.05.05, 22:04
      Ja to pamiętam zupełnie inaczej.
      pamiętam to mianowicie z perspektywy dziecka pracownika.

      Więc po pierwsze to do wszystkich koleżanek mojej mamy z pracy mówiłam
      per"ciociu" i to zostało mi do dziś.

      Po drugie to zakład pracy urządzał wyjazdy na kolnie dla dzieci
      pracowników,które atrakcją były niesamowitą,bo to i nad morze i w góry,a jak
      się tam żyło i co robiło i co jadło ,to już Wam opowiadać nie będę-bo sama nie
      wiem jakim cudem nie utonęłam w morzu i nie zaginęłam w górach ale jedno jest
      pewne:kolonie zakładowe przyfotowały mnie do późniejszego dorosłego życia jak
      mało co.

      Po trzecie zakład pracy w okolicach Swiąt organizował choinkę ,paczki i
      Mikołaja a my temu ostatniemu mówiliśmy wierszyki lub śpiewaliśmy piosenki.
      Potem był poczęstunek i tańce.
      Byli dyrektorzy ,wszystkie ciocie i zdjęcia.

      Po czwarte braliśmy również udział w pochodzie pierwszomajowym pod barwami
      Zakładu pracy:maszerowaliśmy ładnie ubrani ze sztandarami tematycznymi w
      dłoniach i było nam milo.

      Jednym słowem Zakład pracy mamy stanowił dla nas przedłużenie rodziny.
      O żadnych dyskusjach,kłótniach i buntach nikt z nas dzieci nic nigdy nie
      słyszał.
      Rodzice nie wyglądali na zestresowanych,a w każdym razie od 15.00 mieli dla nas
      czas.
      A u Was?
      Jak było?
      A teraz?
      Jak jest?
      A.
      • zoraz Re: Zakłady pracy 30.05.05, 08:57
        Nie wiem jak było w zakładzie Twojej mamy, ale wiem, ze tych wczasów i kolonji nie starczało dla wszystkich i jak zbliżał się okres "przyznawania skierowań" to zaczynały się włazy, podchody itp. Przedewszystkim by otrzymać w pierwszej kolejności cokolwiek /wczasy, kolonie, kwit na autko, przydział na mieszkanie/- obowiązkowo należało do PZPR-u należeć. No to naród należał.
        Te paczki to pamiętam, zwykle bardzo się na nie czekało, bo w sklepach bida, pomarańczo kubańskie człowiek przynajmniej zjadł podzieliwszy między najbliższych. paczki były z funduszu socjalnego, teraz zastąpione bonami, ale fiskus ciężko pracuje nad powrotem do paczek, tylko po co?
        Wtych pochodach pierwszomajowych to ludzie chętnie brali udział - fakt, do czasu aż zaczęto czepiać się tych, którzy z jakiegoś tam powodu nie przyszli. Naród się ciutkę znerwił.
        Rodzice nie wyglądali na zestresowanych bo był luzik w pracy - jak juz pisałam.
        Ale tak sobie mślę, że gdybyśmy dziś sprowadzili życie do ówczesnego poziomu - starczyłaby pomoc społeczna i luuuuzik ;)
Pełna wersja