demon1903
20.07.10, 17:14
Nie milkną głosy oburzenia na Kaczyńskiego, który z tragedii smoleńskiej
zrobił sobie rekwizyt polityczny, bo już mu minęła ochota na pojednanie i jak
dawniej podsyca nienawiść, wymyśla spiski, insynuuje i kłamie. Wściekli są
głównie ci, którzy upatrywali w Jarosławie odpowiedzialnego polityka, który
mimo wpadek potrafi konsekwentnie dążyć do wyznaczonych strategicznych celów.
Tymczasem Jarosław okazał się pospolitym oszustem, który przez dwa miesiące
udawał kogoś innego, żeby wyłudzić głosy przy urnach. Toteż ostatnie jego
wystąpienia, w których otwarcie głosi, że chodzi mu wyłącznie o zemstę za
wielokrotne porażki polityczne (w tym śmierć brata ) musiały być siarczystym
policzkiem dla osób, które dały się nabrać na cyniczną maskaradę.
Od dawna Kaczyńskiemu nie ufam, jego przebieranki odbierałem z zażenowaniem
pomieszanym z pewnością, iż to tylko tandetna gra. Dlatego teraz ani śladu we
mnie rozczarowania nowym-starym albo po staremu koszmarnym Kaczyńskim. Wcale
nie jestem bardziej oburzony na obecnego Jarka, bo już wiecej negatywnych
uczuć ten facet (?) nie jest w stanie we mnie wzbudzić. Niech sobie wykrzykuje
duby smoleńskie, niech nadal szantażuje prezydenta-elekta, obraża premiera.
Nie zależy mi również wcale, by Kaczyński przestał powtarzać brednie o
wyścigach na miejsce katastrofy, o imperatorze Putinie i męczeńskiej śmierci
brata zgładzonego przez tajemne moce.
Z premedytacją namawiałbym Kaczyńskiego, żeby dziś zabrał ponownie głos; żeby
kogoś zrugał, kogoś obraził, kogoś wprawił w osłupienie bezczelnym kłamstwem i
stopniem pogardy. Niechby dzień cały brylował w mediach, a wszędzie żeby coś
mlasnął, warknął, chlapnął. Niechże Kaczyński się nie krępuje! Niech mówi jak
najczęściej, w towarzystwie imbryka, cymbała lub paprotki. Żadna różnica.
Wiadomo, że już nic mądrego i konstruktywnego ten zgrany kabotyn nie powie,
tym większa więc szansa, że po którymś kolejnym wystąpieniu, obnażającym jego
emocjonalną rozsypkę, znajdzie się w jego orszaku Brutus w ząbek czesany,
który zakończy te farsę.
W euforii, która ogarnnia mnie na myśl, jak blisko jesteśmy ostatecznej
kompromitacji wodza Mordoru, chciałbym nawet polecieć klasyką i rzucić
nonszalancko „Zagraj to jeszcze raz, Sam…” ale gdzie temu ch...owi do
Casablanki? Bardziej stosowna jest anegdota o szmaciarzu, który w latach
siedemdziesiątych zajeżdżał wysłużonym „Ziłem” do naszej wsi.
Szmaciarz – jak sama nazwa wskazuje – był obwoźnym handlarzem. Przywoził
emaliowane garnki, cynkowane wiadra, brytfanny, glazurowane słoje do kiszenia
ogórków, makutry, patelnie i inne badziewie. Prowadził handel wymienny: za
wszelkie dobra przywiezione z miasta należało płacić pustymi butelkami bądź
szmatami (o papier w tamtych czasach było trudno, gazety szły na podpałkę,
albo na wyściólkę pisklętom, o innym przeznaczeniu gazet nie wypada
wspominać). Nikt wówczas nie słyszał słowa recycling i nigdy też nie było
wiadomo, kiedy szmaciarz przyjedzie, ale symbiotyczne odruchy kazały o
szmaciarzu pamietać. W każdej sionce czy stodółce czekał worek lub koszyk z
butelkami dla niego. Sporą aktywność w gromadzeniu surowców wykazywały dzieci,
bo pan szmaciarz oprócz nudnych garnków i patelni oferował też wielkie
wiśniowe lizaki albo malutkie czekoladowe drażetki o smaku kawowym „Kawusie”.
Pewnego razu szmaciarski „Ził” zatrzymał się pod domem Janka T., wsiowego
zawadiaki i raptusa. Było wczesne popołudnie, Janek kończył akurat usypianie
kilkumiesięcznej Bożenki, kiedy zza okien dobiegło znajome wołanie „szmaaaty,
butelki”. Potem na wdechu szmaciarz dodawał ciszej „skupuję”, aby z nowym
wydechem rozedrzeć się znowu na temat oczekiwanych „szmat i butelek”. Powtórkę
Janek słyszał już trochę słabiej, bo zostawiwszy płaczące dziecko, przechodził
przez korytarz kierując się na podwórko. A zbliżając się do furtki zachęcał
szmaciarza: „panie, pokrzycz pan jeszcze!”
Handlarz nie rozumiejąc sytuacji, zapytał „a czego?”
„Bo jak pan dostaniesz zaraz wpie... to żebyś pan dokładnie wiedział za co”.
Gościnnie: Autor: laudate44