Dodaj do ulubionych

Po co ratować?

04.05.04, 13:28
Dziewczyny,
Już trzeci raz przymierzam się do tego postu, dlatego proszę o wyrozumiałość.
W jednym z postów Foczka napisała, że boi się dnia, w którym Oleś zapyta
dlaczego go ratowali.
Foczko, być może usłyszysz od Olesia wiele gorzkich słów, szczególnie w
trudnych dla niego chwilach. Oby było ich najmniej. Mały będzie Wam wdzięczny
za walkę i przywrócenie go do życia.
To nie są puste słowa.
O bólu wiem bardzo dużo. Jako dziecko przeszłam kilka skomplikowanych
operacji kręgosłupa, po pierwszej z nich pojawiły się powikłania w postaci
sepsy i zatoru płucnego. Oddychał za mnie respirator. Zatrzymywałam się. Był
problem z lekami przeciwbólowymi - na większość z nich byłam uczulona,te
słabsze nie pomagały. Nie chciałam się tak męczyć, prosiłam mamę, żeby drugi
raz nie ratowali mnie. Miałam dosyć bólu.
Dziś ze strachem myślę, co by było gdyby mama nie walczyła o mnie. Dziękuję
za każdy dzień. Choć moje życie czasami jest trudne - muszę się pogodzić z
ograniczeniami.
Tylko raz żałowałam, że żyję - kiedy w dwudziestym tygodniu ciąży straciłam
moją Tosię. Wydawało mi się, że moje życie nie ma sensu, nie chciałam dłużej
żyć.
Nauczyłam się jednego. Każdy ból można znieść. Czasami jest to bardzo trudne,
ale się udaje. Ból trzeba najpierw oswoić, pogodzić się z nim, a potem powoli
pozwolić mu odejść. Nie można go ciągle rozpamiętywać, nie można się w nim
pogrążać na siłę. Każdy ból z czasem mija - fizyczny, czy psychiczny. Trzeba
pozwolić mu odejść. To, że przestałam rozpamiętywać odejście małej nie
znaczy, że o niej zapomniałam, że jej nie kocham. Wiem, że ona jest w niebie
i dobrze jej tam. W moim sercu zawsze będzie miała swoje miejsce.
Dziewczyny, z całego serca życzę Wam, abyście oswoiły swój ból. Wierzcie mi,
że to jest możliwe.
Wasze chore - te którym mozna pomóc - z czasem też zapomną o przykrych
doświadczeniach i będą cieszyć się życiem. Tym, którym nie można pomóc,
pozwólmy godnie odejść.
ściskam,
andzia
Obserwuj wątek
    • j0204 Re: Po co ratować? 04.05.04, 17:17
      Droga Anuteczku,
      bardzo się cieszę,że napisałas taki post. Wiesz, dziś kiedy jechałam samochodem
      od Agiblues,rozmawiałam z jedną z dziewczyn i wspominałam moment, kiedy
      ratowaliśmy z mężem Sylwię. (tu:z mojego pamiętnika cytat

      Przeżyliśmy też chwile strachu – dnia 13.09 Sylwia na chwilę „wstrzymała
      oddech”. Te parę minut były jak wieczność. Sylwia nie oddychała i powoli
      siniała. Nie mogliśmy pozwolić Jej odejść, to byłoby za wcześnie. Z „zimną
      krwią” oboje podjęliśmy reanimację wiedząc, że może ona nie dać efektu.
      Jednak po odessaniu, oklepaniu i masażu serduszka które biło, wróciła do nas.
      Wtedy poczuliśmy wielką ulgę i radość. Łzy same płynęły po policzkach. Być
      może był to jeden z silniejszych ataków jakie miewa, a może(...) W takich
      chwilach mamy w sobie tyle siły i choć wiemy, że „ten dzień” kiedyś
      nadejdzie, to staramy się odsuwać myśli w dal, ale one czasem są silniejsze
      niż my. Oboje liczymy się z tym, iż takich dni może być więcej, ale nie
      możemy przy niej być słabi. Ona potrzebuje twardych i kochających rodziców. I
      tacy jesteśmy".

      I szczerze,świadomie myslę, że dobrze zrobilismy.Chyba na jej odejście nie
      byliśmy jeszcze gotowi, choc trudno powiedzieć,że kiedyś będziemy.
      Napewno jest inne podejście i myslenie, jeżeli dziecko ma szanse na dalsze ,
      długie zycie.W naszym przypadku jest to "chwila"--ale bardzo szczęsliwa chwila.
      I jestem bardzo szczęsliwa.

      Ściskam mocno, Jola
    • aniao3 Re: Po co ratować? 04.05.04, 17:33
      Anuteczek!
      Dzieki za ten post.
      Ja wciaz mysle i mysle i wracam myslami do tego co sie stalo. I wiem ,ze gdyby
      mozna bylo ratowac Malgorzatke, to bysmy zrobili wszystko by ja uratowac. Ale w
      jej przypadku bylaby to walka o chwile? Dni? Czasem zaluje, ze jednak nie
      walczylismy, bo na przekor logice, na przekor jej wadom ktore wskazywalay ze
      nie ma szans na zycie, normalne zycie - ja chcialam by zyla. Bylam w stanie
      chyba nawet zaakceptowac, ze nie bedzie nigdy sie poruszac, mowic, ze bedzie
      tylko takim malutkim cialkiem mojego ukochanego dziecka.
      A jednak w szpitalu poprosilam by jej nie ratowano, nie intubowano.
      Straszna decyzja.
      Wiem, ze postapilam slusznie, ze musialam jej pozwolic odejsc i to szybko, nim
      zycie zacznie ja bardzo bolec... Ale gdyby mogla zyc, gdyby to byla kwestia
      operacji - dalabym wszystko by ja uratowac.
      Czasem Jolu mysle ze stchorzylam, ze nie doroslam do tej sytaucji. Ze nie
      potrafilam sie pogodzic z tym, ze donosze ciaze z dzieckiem ktore najpewniej
      umrze po porodzie lub najdalej kilka godzin pozniej. Ale lekarze mogli sie
      mylic - oddychala sama przez 27 godzin a mowili mi ze nie bedzie oddychac -
      wiec moze bylaby z nami dluzej. Tydzien? Tylko wiedzialam, ze nie dotrwam do
      konca ciazy by nie zwariowac z rozpaczy. Nie liczylam ze bedzie zyc.
      Strasznie mi zle, czasem zaluje, ze nie stracilam Malgorzatki na samym poczatku
      ciazy. Moze byloby mi teraz latwiej.
      Sciskam was mocno
      Anka
      • j0204 Re: Po co ratować? 04.05.04, 18:08
        Droga Aniu,
        doskonale rozumiem Twoje "tchórzostwo" (o ile wolno mi tak napisać, bo ja wcale
        tego tak nie uważam). Kiedy dowiedzielismy się , jak bardzo cięzko chora jest
        Sylwia i słowa lekarza,że ciąża jest zbyt duża, by można było ją przerwać, to
        miałam jakiś wewnętrzny swój głos i poczucie,że pewnie byłoby lepiej na
        terminacje ciąży. Jednak po chwili przemyśleń, postanowiliśmy donosić ją do
        końca, bez względu na zakończenie.
        Wiesz, ja żyłam z tą myślą przez 10 tygodni - do czasu rozwiązania (39 tydzień)
        i wcale nie było łatwo.Ale pisząc to, nie uważam że stchórzyłaś, a siebie nie
        uważam za bardzo twardą i odważną matkę, że pozwoliłam Sylwii przyjść na świat
        i pozwolić jej żyć.Czasem zastanawiam się w duchu, co by było gdyby.....gdybym
        miała wybór. I dziękuję Bogu,że nie miałam tego wyboru.

        Wiesz, kiedy Sylwia załamywała się po przewiezieniu do szpitala po tygodniowym
        pobycie tam, przyszedł do mnie lekarz i podsunął mi papierek o niepodłączaniu
        małej pod respirator. Taka decyzję podjęliśmy jeszcze w ciąży. Nie miałabym
        serca patrzec na nią, jak oddycha za nią maszyna. Jednak nigdy nie było takiej
        potzreby, by ja podłączać, oddychała sama.
        Teraz, kiedy już dobijakmy roczku, patrząc na nią, mam wrażenie,że przechodziła
        bardzo ciężkie chwile w swoim małym życiu, może nadal je przechodzi?
        Dostała rurkę do oddychania, bo w wyniku przytycia , utyła jej troszkę szyja i
        zapada się język. Radzimy sobie dzielnie i szukamy dla niej najlepszych i
        najdogodniejszych ulepszeń, ale takich, które nie będą miały na celu
        przedłóżenie jej zycia za wszelką cenę.(choć zrobiłabym wszystko!!!!!!!!)

        PS. Doga Aniu, proszę abyś nie odbierała niektórych zdań do siebie. Ja czytając
        Twój post jestem pod wrażeniem i ciągle spływają mi łzy po policzkach.
        I wiem, choc napiszę Ci słowa,że nie masz czego się obwiniać, to nasza
        podświadomość i myslenie działają inaczej.Jeżeli coś napisałam nie taktownie,
        to bardzo Cię przepraszam.
        Każda z nas jest inna, Ty musiałaś zrobić tak jak zrobiłaś, ja zrobiłam inaczej
        i to wszystko najgorsze, to rozstanie z moim Okruszkiem mam przed sobą i
        cholernie się boję. Czasem chciałabym by było inaczej, ale to moje egoistyczne,
        ludzkie podejście.
        Kiedy ktoś pyta mnie ile mam lat, a ja mówiuę, że (...) oni mówią---jesteś
        jeszcze młoda!!! a ja im na to
      • joannajarek Re: Po co ratować? 04.05.04, 19:58
        Aniu.
        Wiem co czujesz. Ja mysle podobnie. Tez ciagle mysle o tym ze jezelibym
        stracila Zuzie na samym poczatku ciazy albo nawet zaraz po jej urodzeniu to
        byloby mi troche lzej. A tymczasem ciagle mam przed oczami te 2 tygodnie ktore
        przezyla. Przeciez przez pierwsze 3 doby nic sie zlego nie dzialo. Karmilam ja,
        przewijalam, spiewalam jej kolysanki. I to jest dla mnie najstraszniejsze ze
        ciagle widze te jej sliczne oczki wpatrzone we mnie a ja nic nie moglam dla
        niej zrobic.Czasem wydaje mi sie ze przez to ze dalam jej zycie narazilam ja
        tylko na takie straszne cierpienie.Nie wiem juz co mam myslec.
        Asia
        Asia
        • driadea Re: Po co ratować? 04.05.04, 21:46
          Droga Aniu!

          Masz całkowitą rację.
          Urodzilam się z wadą serca, szereg lat spędzilam przykuta do szpitalnego łóżka,
          przeszłam kilka operacji, każda wieńczona komplikacjami (zapalenie wsierdzia,
          płyny w osierdziu i płucach, wylewy). Pamiętam, jak słaniając się na nogach, w
          potwornym cierpieniu blagałam, żeby mnie dobili! Boże, jak ja wtedy chcialam
          umrzeć!
          Miałam zaledwie 20 lat. Zaszłam w upragnioną, wyczekaną ciążę. Poroniłam.
          Straciłam moje maleństwo w 15 tygodniu... Jakiż był we mnie gniew, jaka
          nienawiść do świata! Po co, po jaką cholerę przeżyłam te wszystkie lata, te
          pieprzone operacje?! Po co, w jakim celu mnie ratowali?! Moje życie nie miało
          już sensu.
          Teraz mam 24 lata. Prawie siedem miesięcy temu urodzilam (przez cc) piękną,
          zdrową dziewczynkę. Mam dla kogo żyć. I muszę być silna. Muszę. Bo mam dziecko.
          Bo ono ma tylko mnie.
          Właśnie po to, tylko dlatego i aż dlatego, wyłącznie po to mnie odratowali...
          Życie. Już ma sens...

          Agnieszka, mama Glorii
      • agablues Re: Po co ratować? 05.05.04, 23:06
        Aniu, u Was nie było dobrego wyjścia. Jak w greckiej tragedii - każde wyjście
        prowadziło do nieszczęścia. Zrobiłaś tak, jak czułaś, że będzie lepiej i pewnie
        tak było. To była najtrudniejsza decyzja, przed jaką może stanąć kobieta. Nie ma
        recept.
    • agablues Re: Po co ratować? 05.05.04, 23:00
      Andziu, to takie trudne pytanie.
      Moja malutka miała niespełna 2 tyg, kiedy zaczęły się bezdechy. była akurat w
      szpitalu ( dzień wcześniej wróciłyśmy z przepustki) więc pomoc była
      natychmiastowa. najpierw dostała tlen, potem był respirator. Nie oddychał za
      nią, tylko wspomagał oddech. Nie było wiadomo skąd te bezdechy - nie była
      jeszcze zdiagnozowana. Wykluczano różne potencjalne przyczyny - były rentgeny,
      usg, ekg. Co kilka minut gazometria - czyli kłucie pięty; wkłucie do żyły -
      trzeba podac antybiotyk, bo to może infekcja; próbowano załozyc sondę do żołądka
      przez druga dziurkę w nosku( w jednej była rurka od respiratora), ale nawet
      najmniejsza nie chciała przejść, sonda została założona przez usta. Widok był
      żałosny - malutkie ciałko i to wszystko. Pamietam jak jej szeptałam o uszka,
      żeby się trzymała, że będzie dobrze, a jednocześnie myślałam - jak ona może
      chcieć wracać? Co ja moge jej dać , żeby jej wynagrodzć ten ból. Pamietam jak
      płakałam na sam widok pielęgniarki z nowym wenflonem, nowym zestawem do
      gazometrii. Wtedy myślała, że jeżeli miałaby się tak męczyć dłużej -
      wolałabym,zeby odeszła. Ja bym to zniosła, byleby ona nie cierpiała.
      Potem, kiedy już było wiadomo dlaczego wystąpiły bezdechy ( główna przyczyna
      smierci dzieci z ZE, prócz powaznych wad serca), zastanawiałam się czy dobrze
      zrobiłam, nie decydując się na badania genetyczne jeszcze w ciąży. Bo gdyby była
      zdiagnozowana prenatalnie, nie byłybyśmy w szpitalu, bezdechy wystąpiłyby w domu
      , nie byłoby kłucia, rury w nosie i sondy w żołądku. Po tej rurce w nosie -
      prawą dziurkę miała zniekształconą przez dobre 1,5 mies....Jak ją to musiało boleć.
      Czy było warto? Czy to był mój egoizm?
      Przechodząc pod opiekę Hospicjum, podpisaliśmy zgodę, ze nie będziemy jej
      ratować np respiratorem. Wiemy, że to dla niej lepiej i to jest najważniejsze.
      Mimo wszystko, cieszę się , że jednak ją uratowano. Myślę, że gdyby pisano jej
      było odejść - nie udałoby się. Albo bezdechy zdarzyłyby się w domu.


      Chore dziecko, strata dziecka
      Warszawskie Hospicjum dla Dzieci
      Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą....

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka