Dodaj do ulubionych

"jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła"

19.10.10, 17:06
szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34939,8526174,_Jeszcze_po_mnie_jakas_mama_nie_przyszla_.html
no normalnie zaraz bym do Szczecina pojechała i adoptowała tego chłopca. powstrzymuje mnie fakt,ze ,jak pisze opiekuj, jego choroba wymaga całkowitego posiwecenia jednego z rodziców,a ja...czuje sie i tak mało wydolna przy czwórce.....
Obserwuj wątek
    • elgosia Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 19.10.10, 21:14
      Ja to nawet byłam bliska rodzinie zastępczej. Tak ładnie to sie przedstawia, że dzieci takie słodkie i wdzięczne. Ale nie zawsze tak jest. Jak sie wgłębiłam w temat okazało się, że to nie dla mnie. Nie jestem gotowa na zaburzenia rozwojowe - z własnymi dziećmi czasem sobie nie radze, a rozwijaja sie dobrze i w miarę przewidywalnie. Nie jestem gotowa na rezygnacje z pracy i zajęcie sie bez reszty obcymi dziećmi, podczas gdy do swoich cierpliwości mi czasem nie starcza. Pomijam kwestie finansowe, ale te by się przeskoczyło, jakby pozostałe warunki były spełnione.
      Podziwiam ludzi, którzy adoptuja, prowadzą pogotowia i rodziny zastępcze, ale też trochę drażni mnie ta słodka reklama takiego rodzicielstwa z dopiskiem małym druczkiem: jak nie chcesz brać takich dzieci jesteś bez serca.
    • mamaani1 Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 19.10.10, 21:57
      To straszene, ze dzieci czekaja tak na rodzicow. sama myslam tez o adopcja ale tak jak pisala moja poprzedniczka czasem dla wlasnych dzieci brak czasu i cierpliwosci.
      Mamaani1
      • verdana Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 21.10.10, 13:52
        Moim zdaniem podawanie takich informacji jest swoistą nieuczciwoscią. To granie na ludzkich emocjach, wpedzanie ludzi w poczucie winy. Tymczasem temu dziecku potrzebna jest bardzo wyspecjalizowana rodzina, ktoś, kto potrafi wychowywać dziecko ze świadomoscią,z ę to dziecko umrze. Tu już nawet nie chodzi o czas i możliwosci, ale o to, ze wiekszość osób nie nadaje się psychicznie do opieki nad śmiertelnie chorym dzieckiem.
        • aidan30 Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 21.10.10, 14:09
          Ja jestem rodziną zastępczą i zgadzam się z tym, że mało kto może być przygotowany psychicznie do opieki nad śmiertelnie chorym dzieckiem.Ciężko jest się rozstać z dzieckiem kiedy idzie ono do adopcji, ale tu pomaga fakt, że dziecko żyje i ma się miejmy nadzieję dobrze. U nas w powiecie, w styczniu był pogrzeb dziecka chorego na tą chorobę, przebywającego w rodzinie zastępczej(nie umiem sobie wyobrazić jak ta rodzina to przeżyła).
    • undomestic_goddess Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 22.10.10, 11:59
      Dla mnie to jest granie na uczuciach ludzi. Ile razy w tekscie powtarzaj, ze chlopiec jest grzeczny? Policzylyscie? A przeciez nie jest to najwazniejsza rzecz wymagana przy adopcji. Smiem twierdzic, ze przyszli rodzice adopcyjni/zastepczy za stwierdzenie, ze oczekuja od dziecka grzecznosci sa od razu skreslani z listy.

      Adopcja czy rodzina zast to nie jest zycie uslane rozami tylko codzienna mozolna praca i lepiej kierujac sie ta swiadomoscia decydowac sie na adopcje/rodzine zastepcza. I swoimi realnie ocenianymi mozliwosciami psycho-fiz-ekon.

      Nie cierpie wpedzania w poczucie winy przez media. Wiecej krzywdy temu juz skrzywdzonemu dziecku zrobi adopcja na emocjach, a potem rozczarowanie rodzicow adopcyjnych, ktorego nie da sie calkowicie ukryc niz pobyt w Pogotowiu. Pewnie, ze jest to okrutne i niesprawiedliwe. Jednak nikt go nie adoptuje po wdeptaniu w ziemie w poczucie winy przez media, a przynajmniej zaden osrodek adopcyjny nie zgodzi sie na adopcje, ktorej jedynym powodem jest wyrzut sumienia czy chec poswiecenia sie.

      Jakos bardziej wierze pobudkom racjonalnym w tym temacie. Czyli chce dziecko, godze sie na pewne sytuacje i swiadoma ograniczen wiazacych sie z dana sytuacja adopcyjna adoptuje. A nie bo ktos napisal artykul w prasie i serce mi szybciej zabilo.
    • goska81-gryfino Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 22.10.10, 12:10
      Aż coś w gardle ściska. Ja pieprzę. Skoro ma uregulowaną sytuację prawną, to może chociaż ktoś z zagranicy się zainteresuje. Bo u nas raczej nie będzie miał szans. To nie jest sama mukowiscydoza. On ma przecież szereg chorób towarzyszących. U mojego Pawła w klasie są dwie siostry z mukowiscydozą. Mają nauczanie indywidualne, choć do zerówki chodziły normalnie. Często chorują. Na dodatek rodzeństwo jest liczniejsze i z tego co wiem, to wszystkie dzieci są z orzeczeniem o niepełnosprawności. Jeden chłopak ma też problemy z trzustką, tak ja Adrian. Kuźwa, płakać się chce jak się czyta takie artykuły, zwłaszcza jak pięciolatek czeka na JAKĄKOLWIEK MAMĘ, byleby go wzięła i mówi, że JESZCZE nie przyszła. Czyli uważa to za zupełnie naturalne, że kiedyś przyjdzie jego kolej, że kiedyś JAKAŚ MAMA po niego przyjdzie. Oby przyszła. Bo może się okazać, że z każdym rokiem będzie do niego coraz więcej dochodziło, aż w końcu sam dojdzie do tego, że po niego nikt nie przyjdzie. A on tak czeka... Z taką nadzieją... Do tego to u mnie, pod nosem, się dzieje...
      Krzyś-1.02.2001, Paweł-10.05.2002, Wojtuś-4.07.2005, Olga-25.06.2008, Madzia-3.10.2010
      • mama.rozy Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 24.10.10, 11:29
        mnie tez to zatrzęsło,też z dwóch powodów-
        1.wiadomo,ze temat trzeba dobrze sprzedac,zeby ktoś przeczytał i się skusił.tylko czy az do tego doszło,ze dzieci trzeba porządnie zareklamowac,zeby ktoś sie nimi zainteresował?kwestia dyskusyjna...
        bo czy ktos,kto poweźmie decyzje o aspopcji dziecka,tu-bardzo chorego-zrobi to dlatego,ze tego dziecka chce,czy że dał sie złapac w marketingową pułapkę?
        a z drugiej strony-czy jeśli jest to jedyna szansa(czy ktoś wie,czy wszystkie inne zostały wykorzystane?),czy nie warto spróbowac...?przeciez to niejedyne dziecko,które jest w mediach prezentowane,jako gotowe do adopcji...jeśli sie nie myle,był kiedys nawet o takich dzieciach program w jakiejś tv.i cieszył sie dużą oglądalnością...
        tak sie zastanawiam...
        2-czy trudno jest przyjąc chore dziecko...?a może właśnie powinno byc łatwiej?przecież ciężka choroba może dotknąc także rodzone dziecko,każdy z nas niesie jakąś potencjalną bombę,nie przewidzimy.a tu jest dziecko już chore,już wiemy,co trzeba zrobic...powinno byc łatwiej...
        takie mam myśli,odkąd przeczytałam ten artykuł...
        • undomestic_goddess Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 25.10.10, 09:32
          Masz absolutna racje w punkcie 2. Jednak adopcja to nie jest cos, co mozna wymuszac rzewnymi artykulami. Takie podejscie etyczne nie jest.
          • mama.rozy Re: "jeszcze zadna mama po mnie nie przyszła" 25.10.10, 10:07
            no wiem,że nie można wymuszac,żadnym sposobem.tylko sie zastanawiam,czy takie akcje marketingowe(ktoś sie złapie),są spowodowane czyjąś kompletną głupotą,czy bezsilnością i rozpaczą.
            ktoś musiał dac zgodę na przedstawienie tego dziecka i placówki...pytanie,dlaczego to zrobił...
        • jkl13 mamo Róży 25.10.10, 12:23
          "czy trudno jest przyjąc chore dziecko...?a może właśnie powinno byc łatwiej?przecież ciężka choroba może dotknąc także rodzone dziecko,każdy z nas niesie jakąś potencjalną bombę,nie przewidzimy.a tu jest dziecko już chore,już wiemy,co trzeba zrobic...powinno byc łatwiej...
          takie mam myśli,odkąd przeczytałam ten artykuł... "

          Odpowiem ci z punktu widzenia mamy adopcyjnej - bardzo trudno. Dlatego jedno z pierwszych pytań podczas kwalifikacji na rodziców adopcyjnych brzmi "na jakie choroby u dziecka jesteście państwo gotowi". Inna jest bowiem sytuacja, gdy ma się dziecko i ono zachoruje, a zupełnie inna, gdy z góry wiesz, że twoje dziecko będzie chore. I nie chodzi tutaj o pokochanie dziecka, może nawet łatwiej jest kochać chore, ale o samą świadomość, tę pewność, że twoje dziecko będzie chorować, cierpieć. Przecież żadna mama w ciąży nie mówi "obojętnie, chłopiec czy dziewczynka, oby było chore". Każda marzy o zdrowym maluchu. Podobnie z rodzicami adopcyjnymi - większość też marzy o zdrowym dziecku. Co więcej, rodzice adopcyjni podczas warsztatów, rozmów z psychologiem dowiadują się o sobie więcej, niż rodzice biologiczni. Po prostu czas oczekiwania na dziecko jest dużo dłuższy, niż ciąża. I są w stanie przekonać się, czy poniosą trud wychowania chorego dziecka.

          Ponadto moim zdaniem o ile adopcja to zazwyczaj chęć spełnienia egoistycznych marzeń o posiadaniu dziecka, o tyle adopcja dziecka chorego rodzi się zazwyczaj z potrzeby poświęcenia się dla tego dziecka. Nie uważam, aby było to coś złego, ale adoptując chore dziecko nie wystarczy chcieć mieć dziecko. To jest po prostu dużo trudniejsze.

          Poza tym musisz pamiętać o jeszcze jednym aspekcie - o ile rodziny zastępcze otrzymują jakieś pieniądze na potrzeby przebywających u nich dzieci, o tyle rodziny adopcyjne muszą radzić sobie same. W przypadku choroby dziecka wymagającej znacznych nakładów finansowych i stałego przebywania z dzieckiem jednego z rodziców, nie jest to takie proste. W Polsce zazwyczaj trudno jest utrzymać rodzinę z jednej pensji.
          • mama.rozy Re: jkl13 25.10.10, 12:44
            dzięki,bo to kolejny problem,który mnie nurtuje...i się po prostu zastanawiam.
            a nie jest to też tak,że problem tkwi głównie w tym,ze to obce dziecko?i że tu już są schody?a co dopiero obce,chore dziecko?
            a może powiesz,jak Ty odbierasz taki artykuł ?czy jest to szansa na znalezienie domu dla jakiegokolwiek dziecka,czy tylko wywołanie sensacji?
            • jkl13 Re: jkl13 26.10.10, 09:24
              "a nie jest to też tak,że problem tkwi głównie w tym,ze to obce dziecko?i że tu
              już są schody?a co dopiero obce,chore dziecko?"

              Mogę się wypowiedzieć tylko w swoim imieniu - nigdy podczas "procedury adopcyjnej", czyli podejmowania decyzji o adopcji, kwalifikacji, oczekiwania na dziecko - naprawdę nigdy nie mieliśmy takich obaw, czy pokochamy obce dziecko. Dla nas adopcja była po prostu kolejnym, oczywistym krokiem ku spełnieniu naszego największego marzenia - posiadaniu dziecka. My jeszcze przed ślubem rozmawialiśmy o potencjalnej adopcji, nie wiedząc o naszych przyszłych problemach z poczęciem dziecka. I już wtedy byliśmy przekonani, że będziemy adoptować dziecko, jeśli nie będziemy mogli mieć dzieci biologicznych. Dlatego adopcja była dla nas czymś naturalnym.
              Nigdy też o przyszłym adoptusiu nie mówiliśmy "obce" dziecko. On był nasz, nasze własne wyczekiwane dziecko, tylko jego droga do naszej rodziny była dużo dłuższa i bardziej pokręcona.
              Natomiast nie byliśmy gotowi do adopcji chorego dziecka. O ile dopuszczaliśmy mniej poważne problemy zdrowotne (typu alergie, wady wzroku itp.), czy obciążony wywiad ciążowy, to nie byliśmy gotowi adoptować ciężko chorego dziecka. I w ośrodku adopcyjnym nikt takiej deklaracji nie potępiał, po prostu ze swojego doświadczenia psychologowie wiedzą, że nie każdy jest w stanie temu podołać. A dla nich liczy się przede wszystkim udana adopcja, a nie adopcja na siłę, z wyrzutów sumienia czy pod wpływem emocji.

              Dlatego odnosząc się do artykułu - na pewno jest to gra na emocjach. Ale wydaje mi się, że nie chodzi tutaj tyle o wywołanie sensacji, co właśnie o znalezienie domu dla tego dziecka. I to nie jakiegokolwiek domu, ale gotowego na przyjęcie tak chorego dziecka. Bo ośrodki adopcyjne jednak dość dokładnie weryfikują kandydatów i nie powierzą dziecka rodzinie, bo ta usłyszała o nim w telewizji, bo "on taki biedny i chory, to go przygarniemy". Samą chęcią pomocy "bidulce", czy nawet miłością, nie zapewni się mu odpowiedniego leczenia, warunków mieszkaniowych czy tak potrzebnej mu uwagi rodziców. Nie wszyscy rodzice poradzą też sobie ze świadomością, że ich dziecko umrze.
              Znam natomiast kilka sytuacji (pracuję w sądzie), gdy po takich apelach zgłosiły się rodziny mieszkające za granicą i dzieci trafiły do adopcji zagranicznej. Po prostu poza Polską pomoc dla rodzin z chorymi dziećmi jest dużo większa, niż w naszym kraju. Poza tym były to małżeństwa starsze, które wychowały już biologiczne dzieci, i kierowała nimi przede wszystkim chęć pomocy dziecku choremu, a nie osobista potrzeba posiadania dziecka. Dla adoptowanego dziecka mieli więc mnóstwo czasu (matki nie pracowały, nie mieli też innych dzieci na utrzymaniu), pieniędzy i godzili się ze świadomością, że uczestniczą w życiu swojego dziecka tylko przez krótki czas.
              • nata76 Re: jkl13 dziekuje 26.10.10, 11:58
                za Twoja rzetelna i madra wypowiedz. Pozdrawiam!
                • mama.rozy Re: jkl13 dziekuje 26.10.10, 13:57
                  ja też dziękuje,dużo o tym w nocy myślałam...
                  o artykule i w ogóle.też mi się wydało,że może jednak nie jest tylko obliczony na wywołanie sensacji,ale przede wszystkim na zwrócenie uwagi.bo na początku tez się oburzyłam-że jak było można,ze to nie w ten sposób.a potem pomyslałąm,że może został już tylko taki sposób...
                  moje podejście do chorych dzieci jest troche inne,bo pracowałam w hospicjum,przez "moje ręce"przeszło wiele osób...
                  a o adopcji kiedyś przeczytałam,że jest najlepiej,jeśli rodzice czują,że gdzieś tam,w jakimś domu,czeka na nich ICH dziecko.i że po prostu musza się znaleźc...
                  my myślimy o jakiejś formie rodzicielstwa zastępczego,na razie jeszcze muszę skończyc leczenie.ale myśli gdzieś jest...
                  jkl13,naprawdę dziekujęsmile
                  • jkl13 Re: jkl13 dziekuje 27.10.10, 08:58
                    Naprawdę dziewczyny, nie ma za co dziękować. Takie mam przemyślenia, doświadczenia związane z adopcją.
                    Poza tym ja jestem prosta w konstrukcji, więc nigdy nie rozbierałam kwestii adopcji na czynniki pierwsze, nie analizowałam wszystkiego przez długie lata. Do problemu podeszłam "zadaniowo" - nie da się naturalnie, medycyna nie może pomóc - nie ma problemu, jest jeszcze adopcja. Na szczęście mąż miał takie samo podejście, dlatego nam np. obce są problemy wielu par z forum Niepłodność, gdy np. na adopcję niemowlaka jest za późno, bo nie ten wiek; albo mąż nie wyraża zgody na adopcję, bo obce dziecko; albo kobieta za wszelką cenę musi być w ciąży, bo inaczej nie pokocha, bo biologia jest dla niej tak ważna. Dlatego udało nam się "wyrobić z rozmnażaniem" do 30-tki - mamy dwoje adoptowanych dzieci i życie, jakiego pragnęliśmy. Nie czekaliśmy na nie latami, ale bierzemy z niego tyle, ile jest nam w stanie zaoferować.

                    "my myślimy o jakiejś formie rodzicielstwa zastępczego"
                    Mi też marzy się bycie rodziną zastępczą, ale wiem, że z realizacją tego marzenia muszę poczekać, aż dzieci dorosną (teraz mają 6 lat i 1,5 roku). Na razie są za małe, aby udźwignąć ten ciężar, ten ogrom nieszczęscia, jaki może się przydarzyć dziecku, no i ewentualne rozstanie z dzieckiem, do którego przecież się przywiążą i pokochają. Ale też mi to chodzi po głowie. Co prawda najbardziej marzy mi się jeszcze adopcja dwójki dzieci,ale na razie mąż mówi stop (ze względów finansowych i niestety ma rację), więc to marzenie chyba nie zostanie zrealizowane...
                    • mama.rozy Re: jkl13 dziekuje 27.10.10, 09:51
                      Twoje przemyślenia sa o tyle cenne,ze pochodzą z pierwszej rękismile
                      razem z mężem robiliśmy kurs przedmałżeński u Dominikanów,gdzie poruszono tez temat ewentualnej niepłodności i możliwości rozwiązań.i tez rozmawialiśmy,coby było gdyby.teraz ta myśli jest raczej-kiedy będziemy mogli...
                      ja miałam dużo wykładów na studiach z rodzicielstwa zastępczego,jako pielęgniarka miałam też praktyki w Domu Małego Dziecka.to jednak zostawia jakiś ślad.
                      też myślę,że żeby adopcja czy RZ się udały,trzeba miec odchowane dzieci.moja najmłodsza ma niecałe 3 lata i jest tak do mnie przyklejona,że nie dałabym rady poświęcic nowym dzieciom tyle uwagi.tym bardziej,że dzieci"z odzysku" przeważnie są z różnymi deficytami.ja widziałam dwutygodniowe dziecko z potworną chorobą sierocą...
                      pozdrawiam serdecznie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka