Pisze tu, bo nie chce sie wyzalac wciaz mezowi. Ide jutro do szpitala, bo
tydzien temu skonczyl sie moj termin porodu. Jestem bardzo smutna i
zawiedziona. Moj organizm zawiodl mnie, jest mi tak przykro; jaki jest sens
doswiadczenia wywolywania porodu?? Taka mam wielka potrzebe zmierzenia sie po
raz trzeci z natura, marzylam o takim ostatnim planowanym porodzie, z ktorego
zostana znow piekne wspomnienia, boje sie tez masazu szyjki macicy, tego bolu
i ponizenia, ktorym uraczono mnie w poprzednim porodzie (masaz jest dla mnie
gwaltem na ludzkim ciele), a chyba z tego oczekiwania pelnego napiecia i
nadziei nie bede miala sily na negocjacje z lekarzem, zreszta, gdyby cos sie
zlego wydarzylo, mialabym potem poczucie winy, ze nie zaufalam fachowcom...
Musze tez pozegnac sie ze starszakami i juz teraz wiem, ze tesknic bede
niemilosiernie, a tu pewnie zapowiada sie dluzsze rozstanie... Czy Bog
wyslucha mnie, zostalo jeszcze kilka godzin, chwil

((((((((((