abram777
08.11.05, 19:57
Większość ludzi już przestała wierzyć, że coś może się zmienić w tym kraju. Po prostu, kto może wyjeżdża, aby gdzieś w normalnym świecie zapewnić byt sobie i swojej rodzinie, bo tu nie ma żadnej przyszłości...
Obecna sytuacja to nie przypadek, to dzieło misternej i perfidnej zarazem gry, którą prowadzi finansjera międzynarodowa wobec naszego państwa i narodu. A jak to się zaczęło ciekawie opisał Bush_w_wodzie:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=25173580&a=25174579
Do dziś funkcjonują mechanizmy, które ewidentnie działają na szkodę narodu polskiego, ale media będące w "czyichś rękach" kamuflują zjawiska upłynniania i wypływu za granicę dorobku kilku pokoleń naszych przodków.
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=17007&w=31249659
W ciagu kilkunastu lat stosunki własności zmieniły się tak radykalnie, że niewiele zakładów pracy, banków, dużych placówek handlowych jest w rękach polskich, sektor surowcowy, a więc strategiczny dla funkcjonowania państwa niszczy się, zbrojeniówka ledwie zipie, ciągle zmniejsza się nakłady na wojsko, ogranicza się liczbę żołnierzy, itd, itd, itd... , a zadłużenie zagraniczne przekroczyło już 100 mld dolarów, nie mówiąc o gigantycznym długu publicznym, którego najprawdopodobniej nie spłacą nawet wnuki naszych wnuków.
I oto przychodzą wybory 2005 r. Wszystko przygotowane, media w pogotowiu, agitacja, przekonywanie, ośrodki badań sondażowych ciągle podają kto (prawie napewno) zwycięży... I booooom!!! Zaskoczenie. Wygrywają Kaczyńscy na wszystkich frontach.
Zawsze myślałem, że układ "okrągłego stołu" był niemal monolitem. Kaczyńscy zawsze byli gdzieś obok i czasem blisko tego, co robiły kolejne rządy. Przedwyborcze deklaracje tworzenia koalicji POPiS również utwierdzały mnie w przeświadczeniu, że nic się nie zmieni po tych wyborach. A tu zaskoczenie... PiS zagarnia resorty siłowe, przez co PO się obraża i zrywa negocjacje. A więc wnioskuję, że PO dogadało się z SLD i chciały mieć spokój i gwarancję braku rozliczeń za przeszłość. Czyżby miały się skończyć te wszytkie afery, a Polską nareszcie miał zaczął rządzić Polak? Czy to możliwe? Nie bardzo w to wierzyłem w pierwszej chwili. Ale zmasowany atak mediów i prymitywne, nachalne i naprzykszające się argumenty coraz to nowych "dotychczasowych autorytetów" o tragedii niedojścia do koalicji z PO, przekonują mnie i dają nadzieję, że długo oczekiwani przez naród politycy nareszcie pojawili się na polskiej scenie politycznej. Gdyby tak było rzeczywiście, to czy mamy świadomość, że przewrót ten prawdopodobnie miałby większe znaczenie historyczne dla Polski niż cud 1920 roku?
www.gazetapolska.pl/?module=content&lead_id=495
"Antypisowska stronniczość salonowych mediów przekroczyła podczas minionej kampanii wszelkie granice nieprzyzwoitości. Jako symbol vel syndrom tego bezwstydu wskazałbym zachowanie trzech pań –– trzech mających status gwiazdy prezenterek dzienników w TVP, TVN i Polsacie. Gwiazdka TVP, podczas niedzielnego wieczoru, który przyniósł zwycięstwo parlamentarne PiS, mruknęła: „Niech nastrój poprawią nam siatkarki, które zdobyły złoto ...”. Gwiazdka TVN, podczas niedzielnego wieczoru, który przyniósł klęskę Tuska, jęczała zszokowana: „Ale może to nie jest jeszcze przesądzone... Może powtórzy się rok 1995, kiedy zasypialiśmy w niedzielę ze zwycięstwem Wałęsy, a w poniedziałek okazało się, że jednak zwyciężył o włos Aleksander Kwaśniewski...”. Bolało! Gwiazdeczkę Polsatu bolało nieomal do furii, gdy Sejm wybrał Marka Jurka –– prowadząc tego dnia „Wiadomości” była tak gniewna, iż zdawało się, że ze złości zacznie gryźć pulpit, przy którym siedziała (a jako autorytety zwerbowała wówczas posła SLD nomen omen Gadzinowskiego i swego przyjaciela nomen omen Lisa, który już dawniej tyrał na wizji jako „adwokat” PO).
Sondaże przedwyborcze tych dubeltowych wyborów wejdą do historii jako hańba polskich ośrodków badania opinii publicznej. Pomyłkę rzędu 3–5 proc. można tłumaczyć błędem „statystycznym” lub warsztatowym, jednak wyższa pomyłka to już oczywista manipulacja. Tydzień przed drugą (definitywną) turą wyborów prezydenckich „błąd” rodzimych sondażowni wahał się między 16 a 25 proc. –– horrendum! Była to cyniczna próba werbowania elektoratu dla PO i dla Tuska przy wykorzystaniu psychologicznego mechanizmu, który dawno już na świecie rozpoznano i zdiagnozowano: olbrzymia część wyborców nie mających sprecyzowanych preferencji politycznych przyłącza się do większości, którą jej podsuwają sondaże. Tym razem ta próba nie powiodła się całkowicie, gdyż mimo wszystko wygrali Kaczyńscy, jednak częściowo się powiodła, bo przy uczciwych sondażach wygraliby z przewagą dużo większą. Sondażowcy ukradli PiS–owi mnóstwo głosów. Korwin–Mikke słusznie pyta: jak długo jeszcze będą w Polsce bezkarne tak monstrualne oszustwa sondażowe?
I wreszcie konkluzja. „Służby”, przegrawszy jedne i drugie wybory mimo wielkiej operacji medialno–sondażowej, uczepiły się ostatniej deski ratunku: PO musi wziąć MSW, za wszelką cenę, inaczej z nami koniec, Kaczyńscy, Dorn, Ziobro i Wassermann rozwalą nas! O to –– o MSW, czyli o kontrolę nad „służbami” –– szła jedyna prawdziwa walka podczas prób montowania koalicji. Reszta rzekomych przyczyn krachu to bełkot PO mający zamydlić wzrok publice. Rozkaz dla PO był jasny: musicie przejąć ten resort, koszty są nieważne, oddajcie Kaczorom wszystko inne, byle nie MSW! Jednak bracia Kaczyńscy nie pozwolili zrobić z siebie idiotów –– chwała im za to! MSW w rękach klonu Unii Wolności i personalnie pana Rokity (antylustratora zwalczającego prawicę, gdy rządził Polską jako szef URM) oznaczałoby triumf „służb” starego, renegackiego chowu, a numeracja RP mogłaby zostać bez zmiany. Nie wyszło, towarzysze! I co teraz? Będziecie czekać aż Kwaśniewski rozwiąże Sejm dzięki sterowanej zmianie frontu sojuszników PiS, czy już kombinujecie zamach stanu, czy tylko fizyczny odstrzał paru wrogów? Uważajcie, duże ryzyko!..."