finlandia07
27.04.14, 01:51
Znalazlem sie w niekomfortowej sytuacji..
Po wielu "cichych" latach przyjechal do mnie moj brat.Niby glownym powodem byla/jest trudna sytuacja w kraju,w ktorym mieszka i nie pracuje-wiec zaoferowalem swoja pomoc,majac w domysle nadzieje,ze owa sytuacja jest dobra okazja do poprawy,naprawy zadnych stosunkow,wyjasnienia spraw niewyjasnionych,wypowiedzenia slow nigdy niewypowiedzianych itd.
Wiem juz z samych rozmow telefonicznych(2-3 razy w roku po kilka godzin) ze mial/ma wiele problemow ze soba,w tym z alkoholem.Nota bene zawsze rozmawialem z mniej badz bardziej "wstawionym"bratem.
Zawsze jednak tlumaczyl ze po prostu lubi wypic pare piw,chzy dobre wino bo... no...lubi,ot o co.
Oczywiscie jak chce,moze nie pic i takie tam znane mi dyrdymaly.
po przyjezdzie do mnie probowal sie hamowac,ale jego twarz,oczy,ruchy,gesty...wszystko...mowa ciala i jezyka obnazyla to co przewidywalem.Jest alkoholikiem,niestety tak zaklamanym w sobie ze zadne pragmatyczne fakty nie docieraja.Coz,nie walkuje mu ze jest kim jest,bo wiem na swoim przykladzie o co rozbijaja sie slowa .
Najgorsze ze pije coraz wiecej(deklaracje ze 1 piwo dziennnie do kolacji to max przeszly do lamusa) i zaczyna mi to przeszkadzac.
Gdy jest ze mna w mojej pracy jest ok.Oczywiscie po poludniu zaczyna mu doskwierac brak,meczy sie,ale jakos wytrzymuje..Po powrocie do domu niby to z pragnienia rzuca sie na cokolwiek co ma zawartosc procentowa i wtedy jest "poprawa".
W dni wolne daje juz sobie do wiwatu itd.A ja czuje ten smrod,odor z zoladka wczorejszy,dzisiejszy,sprzed tygodnia,roku...Nie mam zadnych mysli o napiciu sie itd,wprost przeciwnie.Serce mi sie kroi jednak gdy widze jak upada i ja nic nie moge zrobic,
Myslalem ze sobie z nim i jego problemami poradze,ale czuje ze mnie to przerasta.
Mam obawy...