pokochac_siebie
08.04.16, 15:17
Witam,
alkohol jest obecny w moim życiu od jakiś 12 lat. Już jako nastolatka potrafiłam się upić do urwania filmu (wtedy tłumaczyłam sobie to młodością i wyszaleniem się) później zrozumiałam, że piłam też po to by uciec od choroby (nerwica natręctw) alkohol mnie rozluźniał, pomagał odgonić natrętne, szantażujące myśli...mijały lata alkohol towarzyszył mi praktycznie cały czas, piłam z różnych powodów: dla zabawy, by odreagować, by odgonić natrętne myśli, by zasnąć, żeby być lepszą w łóżku-każdy powód był dobry!!! Prowadziłam przy tym normalne życie...studia, praca...ale nie potrafiłam utrzymać związku, jak zaczynało mnie coś irytować, przeszkadzać wolałam się napić i nie widzieć problemu a na drugi dzień na kacu nienawidziłam samej siebie...za zakłamanie...za maski jakie przybierałam będąc pod wpływem alkoholu...czułam się zupełnie zagubiona...nie przyznawałam się do problemu alkoholowego, więc partnerzy postrzegali mnie jako osobę "nie wiedzącą czego chce" i wszystkie związki się rozpadały...oprócz nerwicy i problemu alkoholowego popadałam w coraz głębszą depresje...dręczyły mnie: poczucie winy, odraza do samej siebie, ciągłe lęki o stracie kogoś czegoś...czułam jak czas ucieka a ja marnuje swoje życie, ale nie umiałam tego zmienić...zaczęłam chodzić do psychiatry z nerwicą, nie przyznając się do skłonności alkoholowych...przyjmowałam leki popijając sobie...jak wiedziałam, że będę pić więcej nie brałam leku...takie błędne koło trwało wiele lat...pogrążałam się coraz bardziej żyjąc normalnie przybierając ciągle maski...najbliźsi widzieli co się dzieje, ja też zdawałam sobie sprawę, że mam problem, ale bałam się coś zrobić, obiecywałam sobie, że już się nie napije, wytrzymywałam miesiąc...a później jak było już lepiej zaczynało się od nowa...jeden drink...kieliszek wina...za kilka dni trzy drinki albo butelka wina i taka sytuacja trwa do dziś...mam odpowiedzialną pracę, która dostarcza mi dużo stresu, alkohol mnie rozluźnia, sprawia, że czuję się dobrze sama ze sobą, jak jestem w pracy myślę o tym jak wieczorem napije się wina, już sama myśl mnie relaksuje...jak próbuje przestać jestem zła, rozdrażniona, krzyczę czepiam się najbliższych, mam ataki płaczu, lęki...alkohol jest moim ogromnym wrogiem, ale i przyjacielem, wiem, że to absurdalne, ale tak jest...ja po alkoholu (nie dużej ilości) normalnie funkcjonuje, bez niego jestem kłębkiem nerwów co odbija się też w znacznym stopniu na mojej pracy, bo nie skupiam się na niej tak jak powinnam, czuję się źle fizycznie...podczas mojego wolnego czasu również popijam...ja po prostu już chyba nie potrafię funkcjonować bez alkoholu, to tak jakby uczyć się od nowa żyć!!!...tylko jak to zrobić...czytałam, że mitingi aa są bardzo pomocne, ale ja tak bardzo się boję, że spotkam tam kogoś znajomego, boję się też życia bez alkoholu, który uwielbiam i nienawidzę...wiem, że to jest chore co piszę, ale tak czuję...proszę poradźcie mi co robić...dziękuję...