14.06.20, 16:35
,,...we wszystkich naszych poczynaniach " str 169
EKSTAZA
Nie powinniśmy godzić się na nijakie, letnie, bezbarwne AA; na łatwiznę półśrodków w stosowaniu Kroków; na zbyt wiele banału, monotonii i rutyny w naszym życiu na trzeź¬wo. Nie jeśli chcemy zachować trzeźwość.
Myślę, że wciąż musimy poszukiwać czegoś lepszego niż nuda, bezwyrazowość i apatia; lepszego niż tak zwane przeciętne życie; lepszego niż miernota duchowa. W artykule pt. „W poszukiwaniu ekstazy", napisanym dla miesięcznika „A.A. Grapevine", filozof Gerald Heard stwierdza: „Wygląda na to, że nikt z nas nie żyje w sposób na tyle krzepiący, aby mógł być zdolny - nie załamując się - do zmierzenia się ze stresami, na które jesteśmy dziś nieuchronnie narażeni... Alkoholizm (tak jak wszystkie uzależnienia) nie jest - u swych podstaw - poszukiwaniem najwyższego i ostatecznego uspokojenia. Jest pragnieniem e k s t a z y, wybicia się ponad przeciętność; pragnieniem wyrwania się z ograniczonej mierzeją laguny konformizmu i wypłynięcia na pełne morze - na wzburzone, nie zbadane wody, gdzie jedyną mapą jest rozgwieżdżone niebo".
Czy jest gdzieś na świecie choćby jeden trzeźwiejący alkoholik, dla którego słowa te nie miałyby głębokiego znaczenia?
Kilka lat temu siedziałem w barze w Nowym Jorku i rozmawiałem z dziennikarzem, który właśnie kolejny raz stracił pracę z powodu picia. Interesowała go moja historia w AA. Ale był pobudzony, wściekły i zupełnie nie był ciekaw jakiejkolwiek gadaniny, która miałaby służyć j e g o w ł a s n e j odnowie duchowej, przynajmniej nie tamtego dnia.
I wtedy coś mi przyszło do głowy. „Posłuchaj no, H... - powiedziałem. - Myślę, że największa frajda picia na całego i do upadłego polega na tym, że czujesz, ze trzymasz się z daleka od wszystkich tych durniów i frajerów. Idziesz inną drogą. Obowiązuje cię inny czas. Słyszysz inną muzykę. Dostajesz p r a w d z i w e g o, egzystencjalnego «kopa».
Wciąż balansujesz na linie, pomiędzy przyjemnością i bólem, postępem i katastrofą." I tak dalej w tym stylu. Spostrzegłem, że H. wreszcie zaczął mnie uważnie sluchać. I całkowicie się ze mną zgodził. Rajcowało go właśnie życie „na całego" i „do upadłego", nawet gdyby miało to oznaczać katastrofę. Życie takie jak życie „tych durniów i frajerów" śmiertelnie go nudziło, było ograniczeniem i przekleństwem.
Dziś myślę, że ów kompletnie chybiony wysiłek zaniesienia postania w ramach Dwunastego Kroku bardzo pomógł m n i e s a m e m u (modlę się, żeby H. należał już teraz do AA). Od tamtej pory jestem nieprzerwanie świadom faktu, że skoro jestem alkoholikiem, to nie powinienem raczej dą¬żyć do tego, żeby być „taki jak wszyscy", tak samo „zwykły" i „pospolity", tak samo „mdły". Prawdę mówiąc, nic nie wiem o tym, jak to jest być kimś „zwyczajnym" - czyli nie¬alkoholikiem - toteż nie powinienem wbijać sobie do głowy zakłamanej myśli, że będę żył niby to „normalnie". Nie; po¬zwólcie, że na razie będę się trzymał stanowiska, jakie za¬prezentował pan Heard. To, na co kładzie on nacisk, bardzo do mnie przemawia.
Jeśli więc - jako alkoholik - chcę wyróżnić się na tle innych i „wyrwać z ograniczonej mierzeją laguny konformizmu", to jak mam to uczynić, zachowując zarazem trzeźwość? Mam wstąpić do grupy rewolucjonistów? Zostać hipisem? Zacząć ćwiczyć jogę?
Ale przecież ja z n a m odpowiedź na to pytanie. Mam się zabrać za Dwanaście Kroków. Że to nudne? I czy już tego próbowałem? Przez pierwsze kilka lat w AA z pewnością nie wyszedłem za bardzo poza pierwsze Trzy Kroki. W pozostałych Dziewięciu widziałem coś w rodzaju ozdobnika dopełniającego całości obrazu; miały dla mnie wydźwięk raczej pobożny niż praktyczny. Uznałem, że nie trzeba przecież posuwać się a ź tak daleko... etc.
Ale po drodze miałem szczęście, choć nieco przewrotne¬go rodzaju. Zebrały mi się nad głową ciemne chmury - praca,
zdrowie, rodzina, wszystko to naraz całkiem na trzeźwo mi się pokomplikowało. I coś skłoniło mnie (teraz uważam, że zostałem do tego - w sensie duchowym -,,popchnięty") do zabrania się do Kroku Czwartego i Piątego, czyli do pracy nad inwenturą i wyznaniem istoty moich błędów. Nie wykonałem dobrej roboty. W ramach inwentury napisałem to i owo, ale nie wszystko. Podobnie z wyznaniem - przyznałem się do tego, co najbardziej dręczyło moje sumienie, ale nie do wszystkiego. Mimo to, praca ta zaowocowała ekscytującym rokiem postępów duchowych. Zaszła we mnie jakaś ważna przemiana.
Oczywiście potem - jak to się zwykle dzieje - przyszło spowolnienie. Zacząłem wite rozmyślać o Kroku Szóstym i Siódmym i uznałem, że wymagają one większej pracy. Interesującej. Trudnej. Że mają wymowę egzystencjalną. Że dotyczą balansowania na linie, pomiędzy postępem i kata¬strofą. Ze przynoszą nową świadomość Boga i siebie.
Zrozumiałem, że nie może być mowy o żadnej „lagunie konformizmu" w przypadku człowieka, który ujrzy w praw¬dzie swój charakter, przyzna się do niego, stanie się gotów go zmienić i poprosi Boga - jakkolwiek Go pojmuje - by zmiany tej w nim dokonał.
Istny dynamit! Ale czy się na to poważę? Czy nie mogę po prostu pozwolić, żeby cała sprawa rozeszła się po ko¬ściach? Czy nie mogę przystać na skromne, cichutkie, by najmniej nie wyjątkowe i niezbyt uduchowione, przeciętne życie? W końcu, X może na tym poprzestać i Y, i Z.
Tylko czy oni są alkoholikami? Nie. I czy ja wiem co¬kolwiek o ich życiu duchowym? Też nie.
Ale wróćmy do mnie. Miałem potrzebę zamanifestowa¬nia tego, że jestem o d m i e n n y od innych. I właśnie dlate¬go piłem. Poczucie odmienności nadal jest mi potrzebne. Skoro za pomocą narkotyków, nieumiarkowana i przesady wypróbowałem już toksyczny, zabójczy sposób na bycie „odmiennym", to teraz chcę spróbować „krzepiącego" (uży¬wając terminologii Hearda) sposobu, jakim są Kroki – droga zdrowia i radości. Dwanaście Kroków to specyficzne lekar¬stwo na to, co mi dolega (czy też służy - mniejsza z tym), czyli na alkoholizm. One są drogą do tego, żebym stał się „inny", a w dodatku poczytalny i zdrowy duchowo.
Oto, jak daleko zaszedłem: wiem, że kluczem do przy¬jęcia programu AA w całości - w takiej postaci, w jakiej przekazali go nam pierwsi członkowie Wspólnoty - nie jest perspektywa stania się jakimś tam odpychającym świętoszkiem. Już raczej „grozi" nam to, że będziemy żyli naprawdę w pełni i świadomie; a może nawet doznamy e k s t a z y. Zaczynam wierzyć, że jeśli nie zaakceptuję w s z y s t k i e g o, co ten Program oferuje (czego wymaga?), i odwrócę się od niego jako od czegoś więcej niż to, na co „się umawiałem", to niewykluczone, że się napiję.
Innymi słowy, jeśli Dwunastu Kroków AA nie potraktu¬ję poważnie i nie przyjmę ich w pełni, to nie mogę oczeki¬wać, że będę „na Programie".
Vermont
------
A...
Obserwuj wątek

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka