www.edziecko.pl/rodzice/1,79353,15818429,Matczyna_wscieklosc__czyli_zlosc__o_ktorej_nikt_nie.html#BoxPlotekTxt
Tak sobie myślę, że jeszcze pokolenie temu nie wywierano (a może mnie się tak wydaje?) takiej presji psychicznej na matki że muszą być idealne, że całe szczęście i zdrowie psychiczne ich dziecka w przyszłości zależy od tego czy "się sprawdzą". Począwszy od (nieznanej w innych krajach) diety eliminacyjnej w ciąży żeby "nie alergizować płodu" (tak, tak, były takie zalecenia jeszcze 5-10 lat temu, już powoli chyba się je wycofuje), poprzez diety eliminacyjne "na wszelki wypadek" promowane w szkołach rodzenia (sama się dałam miesiąc trzymać na ryżu i gotowanym kurczaku oraz jabłkach, potem mi przeszło), przez nacisk na to jak trzeba tworzyć bliskość, poczucie bezpieczeństwa, szczęście młodego człowieka (jasne, że trzeba, ale nie ma jedenj recepty dla 100% populacji matek w każdej sytuacji życiowej i z każdym charakterem, każda taka recepta opisana ex cathedra miała tylko jeden gwarantowany skutek: wpędzenie ogromnej rzeszy kobiet w poczucie winy i poczucie że nie są dobrymi matkami a to co innym przychodzi łatwo dla nich jest jak nauka mandaryńskiego). Efektem są tony poczucia winy, frustracji, zmęczenia i gry aktorskiej (której nie da się uprawiać non stop). Jeżeli dorosła kobieta czuje że bez paru chwil dla siebie nie jest w stanie funkcjonować, bez chwili samotności (nie wiem ile z nas tak ma, ja na pewno) a próbuje się jej wmówić że w imię rodzicielstwa bliskości i przyszłego szczęścia swego dziecka musi z nim spać/ jeść/ chodzić do kibla/ zajmować się nim non stop a wyjście na kawę do drugiego pokoju czy zamknięcie drzwi łazienki to prawie zaniedbanie to to się musi skończyć zaburzeniami psychicznymi. Na szczęście większośc ludzi nie daje się zwariować (mam nadzieję) i szybko odkrywa że życie jak opisane w gazetkach dla jedynie słusznych matek idealnych jest.... w jedynie słusznych gazetkach dla matek idealnych. I tylko tam. Ale czasem w konfrontacji z problemami w życiu, wymogami bycia idealną (odczuwanymi mniej lub bardziej), w stanie permanentnego zmęczenia osuwamy się w niebezpieczne rejony. Niebezpieczne dla nas, dla dzieci, dla rodziny. I dobrze że ktoś wreszcie napisał jaki bywa początek drogi w poważne problemy. Nie wynika tylko z patologii, nieczułości, złej woli, nałogów czy czego tam jeszcze. Czasem jest efektem tego że człowiek za bardzo chce/ stara się/ staje na palcach bo wierzy, daje sobie wmówić że tak trzeba, że to jedyna droga. A skutki mogą być przerażające. Dlatego o tej sytuacji IMHO trzeba rozmawiać do znudzenia. Bo wydaje mi się że większość młodych matek ociera się o sytuacje jak w tym artykule i nawet jeśli nie uderzą, nie wrzasną, wypracują modus vivendi i wychowają w końcu fajne dzieci ciesząc się macierzyństwem (to ciężka praca, ale wyjątkowo fajna

) to wiele prawie dotknęło czasem granicy. I zostało z problemem samemu. Bo to jest jedno z dzisiejszych tabu. Coś do czego nie można się przyznać: że własne, ukochane, wyczekane dziecko potrafi nudzić, męczyć, skrzywdzić słowami czy doprowadzić do furii wewnętrznej. A problem niewypowiedziany rośnie.
Co o tym myślicie?